Adrian Ś. czyli zabójca o twarzy dziecka

Płomienie nie zdążyły pochłonąć domu, ale dym unosił się nisko nad osiedlem, a nieprzyjemny swąd sprawił, że okoliczni mieszkańcy zamykali uchylone na noc okna. Strażacy weszli do środka niemal po omacku, przedzierając się przez kłęby czarnego dymu. W jednym z pomieszczeń natknęli się na ciało kobiety, częściowo nadpalone, leżało bezwładnie na podłodze. Nie była to jednak ofiara pożaru czy zaczadzenia. Kobieta miała związane ręce i nogi, a na głowie ślady brutalnej przemocy. Nikt już nie mógł jej pomóc. Szybko okazało się, że ofiarą była 75-letnia właścicielka domu, Zdzisława N.

Adrian Ś. z pewnością nie należał do nastolatków, których stawia się innym za przykład. Jego zachowanie, przyzwyczajenia i sposób bycia dalekie były od ideału, a źródeł tego należałoby szukać w dzieciństwie naznaczonym bolesnymi doświadczeniami.

Chłopiec wychowywał się w rodzinie, którą bez wahania można by określić mianem patologicznej, pełnej przemocy, chaosu i emocjonalnego zaniedbania, co nie mogło pozostać bez wpływu na jego rozwój. Gdy miał zaledwie 10 lat, dramatyczna sytuacja w domu rodzinnym doprowadziła do decyzji o umieszczeniu go pod opieką ciotki Janiny, która jako rodzina zastępcza podjęła trud wyprowadzenia chłopca na prostą.

Od 2012 roku, gdy zamieszkał z nią w Częstochowie, przy ulicy majora Sucharskiego, starała się stworzyć mu warunki odmienne od tych, które znał wcześniej. Pokazała mu świat bezpieczny, stabilny i pełen troski oraz miłości. Jednak mimo jej wysiłków, Adrian nie potrafił całkowicie uwolnić się od przeszłości. Obrazy z dzieciństwa, które na zawsze zapisały się w jego pamięci oraz wzorce, jakie chłonął przez pierwsze lata życia, odcisnęły na nim trwałe piętno, utrudniając pełne otwarcie się na nowe wartości i sposób życia proponowany przez dalszą rodzinę. Nikt jednak nie przypuszczał, że ten zbuntowany nastolatek, choć znany z kłopotliwego zachowania, przekroczy kiedyś granicę nie do pomyślenia. Nikt nie wierzył, że chłopak, który do tej pory uciekał się najwyżej do drobnych wybryków, potrafiłby podnieść rękę na kogoś słabszego, bezbronnego. A jednak, pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, to właśnie on stał się sprawcą okrutnej zbrodni.

Zdzisława od lat mieszkała sama w dużym, zadbanym domu. Choć prowadziła życie raczej spokojne i oszczędne, w okolicy uchodziła za kobietę zamożną, a sąsiedzi szeptali, że przez lata zgromadziła niemały majątek. Plotki krążyły od dawna: o drogich zegarkach ukrytych w szufladach komody, o biżuterii odziedziczonej po rodzinie, o oszczędnościach trzymanych gdzieś w domu, z dala od banków.

– Pewnie trzyma pieniądze w skarpetach – mówili niektórzy, zerkając zazdrośnie w stronę jej pięknego domu otoczonego ogrodem.

Adrian znał te opowieści. Słyszał je nie tylko od sąsiadów, ale i w domu, w którym sam mieszkał, tuż obok, u swojej cioci Janiny. To właśnie Janina często odwiedzała Zdzisławę, pomagając jej w codziennych sprawach, robiąc zakupy, doglądając ogrodu. Obie kobiety dobrze się rozumiały, darzyły się wzajemną sympatią i zaufaniem, co nie umknęło uwadze chłopaka. Czasem i on bywał u Zdzisławy. Wiedział, jak wygląda dom w środku, znał jego układ, orientował się, gdzie Zdzisława trzyma różne rzeczy. Wiedział też, że jest sama. I że nikt nie zareaguje od razu, jeśli coś się wydarzy.

Ulica majora Sucharskiego w Częstochowie to miejsce niemal zapomniane przez zgiełk miasta, jakby zatrzymane w czasie, gdzie życie toczy się własnym, spokojnym rytmem, bliskim naturze. Wąska, miejscami gruntowa droga biegnie pośród lasów i łąk. W tej cichej enklawie, tuż przy miejscu, gdzie Sucharskiego łączy się z drogą wojewódzką nr 483, rozsiane są nieliczne domy. W jednym z nich mieszkała Zdzisława N., starsza kobieta, która od lat była częścią lokalnej społeczności. Kilka kroków dalej, stał dom, w którym Adrian wraz z ciocią Janiną i jej rodziną tworzyli swoją codzienność. To tam jego życie zaczęło się od nowa, gdy jako 10-letni chłopiec w 2012 roku trafił pod opiekę Janiny.

Lata mijały, a Adrianowi zdarzały się pewne wybryki. Kilka lat wcześniej przydzielono mu nawet kuratora z powodu powtarzającego się sięgania po alkohol.

Tamtego pamiętnego wieczoru, 13 września 2018 roku, u Zdzisławy panowała niezwykła cisza. W powietrzu unosił się zapach kleju i papieru. Kobieta, z uporczywą troską i oddaniem, przygotowywała ozdoby choinkowe, jak co roku, z wyprzedzeniem. Odwiedziła ją Janina. Kobiety z uśmiechem i pełnym zaangażowaniem tworzyły ozdoby, rozmawiając przy tym o codzienności.

Pracowały długo i nieprzerwanie przez wiele godzin. Gdy zegar wskazał godzinę 1, Janina wróciła do domu. Poszła do łazienki, przygotowała się do snu, a kilkanaście minut później wsunęła się pod ciepłą kołdrę i zasnęła, nie wiedząc nawet, że nie wszyscy domownicy jeszcze śpią.

Tej nocy Adrian czekał cierpliwie w swoim pokoju na dogodny moment. Leżał na łóżku, nasłuchując kroków cioci, której wizyta u Zdzisławy bardzo się przedłużyła. Wreszcie usłyszał szczęk zamka w drzwiach, widział światło w korytarzu. Potem Janina krzątała się jeszcze cichutko, aż wreszcie zamknęła drzwi sypialni. Odczekał jeszcze chwilę, by mieć pewność, że ciotka zasnęła, po czym wymknął się niepostrzeżenie z domu.

Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po „Detektywa Wydanie Specjalne” 4/2025 (tekst Anny Strzelczyk pt. Zabójca o twarzy dziecka). Cały numer do kupienia TUTAJ.