Alicja Baran –  dlaczego zaufała swojemu mordercy?

Lato 1997 roku było wyjątkowo upalne. W całej Polsce termometry pokazywały ponad trzydzieści stopni, a fala gorąca zdawała się nie mieć końca. W małej, spokojnej Trzebnicy pod Wrocławiem, dziewiętnastoletnia Alicja Baran pakowała swój plecak. Jej jasne włosy, opalone na wakacyjnym słońcu ramiona i uśmiech, który zarażał wszystkich wokół, sprawiały, że wyglądała jak typowa nastolatka końca lat dziewięćdziesiątych – pełna marzeń, ufna i niecierpliwa wobec dorosłego życia, które stało przed nią otworem.

Nikt z jej bliskich nie przypuszczał, że sierpień tego upalnego roku okaże się ostatnim miesiącem jej życia. Śledztwo w sprawie zabójstwa Alicji Baran to dziś jedna z tych spraw, które spędzają sen z powiek polskich śledczych. Przez blisko trzy dekady pojawiały się nowe tropy, świadkowie, a nawet wizje jasnowidzów, ale pytanie pozostaje bez odpowiedzi: kto zabił Alicję i czy kiedykolwiek poniesie za to karę?

Aby zrozumieć tragedię Alicji, trzeba cofnąć się o kilka dekad i zrozumieć fenomen, który w latach 90. był na granicy zaniku, ale wciąż tlił się w świadomości młodych Polaków. Mowa o autostopie. Dla dzisiejszych nastolatków, którzy wsiadają do samochodów obcych przez aplikację z weryfikacją tożsamości, łapanie „stopa” na ruchliwej drodze wydaje się szaleństwem. Jednak dla pokolenia ich rodziców i dziadków autostop był nie tylko sposobem na tanie podróżowanie, ale wręcz elementem kultury, przygodą, a nawet szkołą życia.

W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej autostop został zinstytucjonalizowany w sposób, który dziś może bawić. Istniała nawet specjalna książeczka AK (Autostop Krajowy), wydawana przez Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze (PTTK). Kierowcy, którzy brali na pokład autostopowicza, otrzymywali specjalne kupony, a po zebraniu ich odpowiedniej liczby mogli liczyć na nagrody, np. znaczki, odznaki czy nawet bony paliwowe. System ten, choć niedoskonały, tworzył w Polsce sieć wzajemnej pomocy i zaufania.

W latach 90. system ten upadł razem z PRL-em. Zabrakło kuponów i centralnej organizacji, ale nie zabrakło ludzi. Dla wielu młodych ludzi, takich jak Alicja, autostop był naturalnym wyborem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie komunikacja autobusowa czy kolejowa była rzadka, droga lub po prostu niewygodna.

Autostop niósł za sobą romantyczną aurę wolności. Pokolenie wychowane na „Włatcach mórz” i piosenkach Marka Grechuty wierzyło, że ludzie są dobrzy, a przypadkowe spotkania na szosie to coś pięknego. W radio głośno było o pierwszych sukcesach polskich kierowców w rajdach, a samochód wciąż był dobrem luksusowym, ale i symbolem męskiej niezależności. Dla dziewczyny w wieku Alicji złapanie „okazji” było często szybsze i tańsze niż czekanie na wiecznie spóźniony PKS. To właśnie ta powszechna niegdyś praktyka, a dokładniej jedna, tragiczna decyzja o wsiadnięciu do niewłaściwego samochodu, zadecydowała o jej losie.

Alicja Baran była bystrą, otwartą dziewczyną. Uczyła się w Liceum Ekonomicznym we Wrocławiu, a codzienne dojazdy z Trzebnicy do stolicy Dolnego Śląska traktowała jako codzienność. Jej marzeniem były podróże. Zanim jednak wyruszyła na podbój świata, postanowiła spędzić wakacje klasycznie – nad polskim morzem.

Wraz z przyjaciółką Beatą wynajęła pokój w Łebie, przy ulicy Sosnowej 5. Plan był prosty: leniuchowanie na plaży, spacery po wydmach i wspólne wieczory. Jednak los chciał inaczej. W połowie sierpnia rodzina Baranów miała wesele w Nienadowej koło Przemyśla, na południowym wschodzie Polski. Alicja, wzorowa córka, postanowiła przerwać swój pobyt nad Bałtykiem, wrócić do domu, a następnie pojechać z rodzicami na uroczystość. Nikt nie wiedział, że będzie to jej ostatnia podróż.

19 sierpnia 1997 roku, wczesnym świtem, rodzice odprowadzili Alicję na przystanek PKS w Nienadowej. Ojciec, Adam Baran, i matka Teresa żegnali córkę z uśmiechem. Mieli się zobaczyć za kilka dni. O godzinie 5:10 autobus ruszył w stronę Przemyśla. Tam Alicja bez problemu wsiadła do pociągu „Express Małopolska” relacji Przemyśl–Gdynia. Podróż na północ zapowiadała się długo, ale spokojnie.

W Gdyni przesiadła się do pociągu pospiesznego „Gryf” jadącego do Lęborka. Wszystko szło zgodnie z planem. W Lęborku wysiadła o 18:15. Do Łeby, jej docelowego miejsca, został już tylko ostatni, krótki etap. Miała wsiąść do pociągu, który szybko dowiózłby ją nad morze. I właśnie tam, na dworcu w Lęborku, wydarzyło się coś nieprzewidzianego.

Beata, jej przyjaciółka, czekała na nią w Łebie. Pociąg przyjechał, ale Alicji w nim nie było. Beata uznała, że koleżanka najprawdopodobniej spóźniła się na przesiadkę i przyjedzie kolejnym. Minął jednak wieczór, potem noc, a Alicja nie dotarła. Dopiero 21 sierpnia, zaniepokojona długą nieobecnością przyjaciółki, Beata wróciła do domu i zadzwoniła do rodziców Alicji.

To, co usłyszał ojciec, zmroziło go. „Alicja nie przyjechała do Łeby?” – zapytał. Przecież osobiście odprowadził córkę na autobus. Wiedział, że coś jest strasznie nie tak. Rodzice natychmiast zgłosili zaginięcie na policję w Trzebnicy, a następnie ojciec wsiadł w samochód i pojechał do Przemyśla. Na dworcu pokazywał zdjęcie córki przypadkowym przechodniom, konduktorom, sprzedawcom. Wszystkim, którzy mogli coś widzieć. Ale ślad po Alicji zaginął.

W tamtych czasach, gdy sprawy zaginięć często kończyły się na policyjnych półkach z braku środków i nowoczesnych technik kryminalistycznych, rodzice często sięgali po ostatnią deskę ratunku – media i… jasnowidzów. W Polsce najbardziej znaną postacią w tym świecie był Krzysztof Jackowski, który zasłynął pomocą w poszukiwaniach zaginionych. Zrozpaczona matka Alicji, Teresa, mimo początkowej rezerwy, postanowiła skorzystać z jego pomocy. Proboszcz jej parafii miał ją do tego przekonać.

Zabrała zdjęcie córki i jej spodnie od piżamy. Jackowski poprosił o chwilę samotności, po czym wręczył matce kartkę. To, co na niej napisano, było przerażająco szczegółowe. Jasnowidz przekazał, że Alicja nie żyje, a jej ciało znajduje się w lesie nad jeziorem, około 60 kilometrów od Łeby. Opisał mordercę: mężczyzna w wieku 35-38 lat, inteligentny, może nauczyciel lub opiekun. Miał czarne włosy, wąsy, okulary i ubrany był w flanelową koszulę w czerwoną kratę oraz spodnie wycierusy.

Co więcej, Jackowski miał stwierdzić, że sprawca podwiózł Alicję, a następnie pod pretekstem załatwienia potrzeby fizjologicznej zjechał w ustronne miejsce, gdzie zaatakował. Wizja ta, choć odrzucana przez twardych śledczych, miała wkrótce okazać się zatrważająco dokładna.

Miesiąc po zaginięciu, 18 września 1997 roku, spokój późnego lata przerwał koszmar. W lesie nieopodal miejscowości Steknica, kilka metrów od torów kolejowych, grzybiarz natknął się na ludzkie szczątki. Ciało było nagie, ułożone twarzą do ziemi, w stanie daleko posuniętego rozkładu. Ofiara miała na sobie tylko skarpetki i jeden biały but na lewej stopie.

Przy głowie, jakby rzucone w pośpiechu, leżały dwa przedmioty: złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie litery „A” oraz drugi z wizerunkiem delfina. W szczęce brakowało jednego zęba. Sekcja zwłok wykazała, że kobieta w wieku 15-30 lat zginęła na skutek ciosu w głowę tępym narzędziem. Patolog stwierdził, że narzędziem tym mógł być kawałek podkładu kolejowego – na takim znaleziono włosy ofiary.

Dla rodziców Alicji identyfikacja była koszmarem na jawie. Pokazano im przedmioty znalezione przy zwłokach. Łańcuszek z literą „A”, biżuteria, skarpetki – to wszystko nie pozostawiało wątpliwości. Badania DNA i analiza kart dentystycznej potwierdziły po trzech miesiącach: znalezione ciało należało do Alicji Baran.

Śledztwo ruszyło pełną parą. Udało się ustalić, że po spóźnieniu na pociąg w Lęborku, Alicja próbowała złapać autostop. Kilkoro świadków widziało, jak zatrzymuje się przy niej samochód. Wsiadła i odjechała w kierunku Łeby. To był ostatni raz, gdy widziano ją żywą.

Motyw zbrodni do dziś nie jest pewny. Najbardziej prawdopodobny jest napaść na tle seksualnym. Ciało było nagie, co sugeruje, że sprawca chciał zgwałcić swoją ofiarę. Istnieje też teoria, że doszło do próby gwałtu, a Alicji udało się uciec z samochodu. Wtedy zabójca miał ją gonić i ostatecznie zabić podkładem kolejowym. Nie wyklucza się również motywu rabunkowego – nigdy nie odnaleziono jej rzeczy osobistych, kosmetyczki czy kluczy. Co ciekawe, pod koniec sierpnia 1997 r. mężczyźni wykonujący prace porządkowe na trasie Lębork-Łeba znaleźli elementy damskiej garderoby, kosmetyczkę oraz klucze. Niestety, rzeczy te zakopali i nie byli w stanie później wskazać dokładnego miejsca.

Tajemniczy gość z hotelu: 7 października 1997 r., niecały miesiąc po znalezieniu ciała, w miejscowości Nowy Dwór, w niewielkim hotelu, zatrzymał się zdenerwowany mężczyzna. Spędził tam tylko jedną noc. Sprzątająca po nim pokojówka znalazła pozostawiony przez niego „Dziennik Bałtycki”. Gazeta była otwarta na stronie z artykułem o śmierci Alicji Baran. Dziennik ten był wydawany wyłącznie na Pomorzu, co wskazywało, że mężczyzna mógł być związany z okolicą lub celowo szukał informacji o zbrodni. Niestety, funkcjonariusze nie zdążyli z nim porozmawiać – jeszcze tego samego dnia zginął on w wypadku samochodowym.

Informator z 1999 roku: W grudniu 1999 r. na policję zgłosił się anonimowy informator. Podsłuchał on rozmowę grupy młodych osób, podczas której jeden z mężczyzn opowiadał ze szczegółami o zabójstwie dziewczyny, która zginęła 19 sierpnia 1997 r. mówiąc o rzeczach, które znał tylko morderca. Na podstawie jego zeznań sporządzono portret pamięciowy domniemanego sprawcy. Rysopis był bardzo ogólny, ale media w całej Polsce opublikowały podobiznę. Mimo ogólnopolskiej akcji, nigdy nie udało się zidentyfikować mężczyzny z portretu.

Prace Archiwum X: Do sprawy powracano wielokrotnie. W 2020 roku zajęli się nią ponownie śledczy z Gdańskiego Archiwum X – specjalnej jednostki powołanej do rozwiązywania starych, niewyjaśnionych zbrodni. Dzięki nowoczesnym metodom, takim jak analiza śladów DNA, możliwe jest ponowne prześwietlenie dowodów. Niestety, od czasu poszukiwań minęło już prawie 30 lat, a sprawcy wciąż nie ujęto.

Każda historia o zabójstwie młodej kobiety wstrząsa sumieniem, ale tragedia Alicji Baran ma w sobie dodatkowy, gorzki posmak. Symbolizuje koniec pewnej epoki – epoki naiwności i zaufania. W latach 90. Polska zmieniała się w błyskawicznym tempie. Zniknęły granice, pojawiły się pierwsze komórki i dostęp do internetu, ale stary, peerelowski świat wciąż miał się dobrze. Świat, w którym nie zamykano drzwi na klucz, a podróżowanie autostopem było normalne.

Alicja była dzieckiem tego przełomu. Ufała ludziom. Zabiło ją to zaufanie, ale przede wszystkim zabiła ją bestia, która żeruje na bezbronnych. Morderca, ktoś, kto pod postacią pomocnego kierowcy ukrywał swoje chore instynkty.

Historia autostopu jest dziś głównie wspomnieniem. Stacje benzynowe, przy których kiedyś zbierały się grupy młodych ludzi z wyciągniętymi kciukami, dziś są miejscem, gdzie rodzice uczą dzieci, by nigdy, przenigdy nie wsiadały do samochodu z nieznajomym. Wychowaliśmy się na filmach o seryjnych mordercach i sprawie Alicji Baran, która stała się jednym z symboli tamtych naiwnych czasów.

Od tragicznego sierpnia 1997 roku minęło już 29 lat. Adam Baran, ojciec Alicji, dziś już starszy mężczyzna, wciąż ma nadzieję. W jednym z wywiadów powiedział: „Chciałbym doczekać dnia, w którym ktoś spojrzy mi w oczy i powie, kto zabił moją córkę. Nawet jeśli sprawca jest już martwy, chcę wiedzieć. Dla świętego spokoju”.

Śledztwo nie jest umorzone. W Archiwum X w Gdańsku wciąż istnieją pudła z aktami oznaczonymi nazwiskiem Baran. Co jakiś czas pojawiają się nowe informacje – listy, telefony od osób, które coś pamiętają, domniemania.

Być może kluczem jest jeden z dwóch tropów: tajemniczy mężczyzna z hotelu, który zginął w wypadku, być może nawet nieświadomy, że wiozła gościnna dziewczyna do śmierci. A może to osoba z portretu pamięciowego z 1999 roku, która do dziś spaceruje wolno po Polsce?

Jedno jest pewne: dopóki trwa życie rodziców Alicji i dopóki funkcjonują polskie archiwa, sprawa nigdy nie zostanie zamknięta w szufladzie. Jest ostrzeżeniem dla każdego nastolatka, dla każdej dziewczyny, która myśli, że „mnie to nie spotka”. To dowód na to, że zło często ma ludzką twarz, przyjazny gest i skrywa się za kierownicą zwykłego samochodu.

Alicja wsiadła do samochodu mordercy, bo nie miała powodu, by nie ufać. Bo świat w 1997 roku wydawał się jeszcze w miarę bezpieczny. Bo autostop był częścią młodzieńczej przygody. Zapłaciła za to najwyższą cenę. Jej historia, poruszana co kilka lat przez media, ma szansę przypominać kolejnym pokoleniom: na drodze, i w życiu, NIE UFAJ NIKOMU. Nie tej naiwnie, ale z rozsądkiem.

Czy Archiwum X rozwiąże tę sprawę? Czas pokaże. Póki co, w lasach pod Steknicą wiatr wciąż szeleści w koronach drzew, a w Trzebnicy, w domu państwa Baranów, stoi puste krzesło przy rodzinnym stole. I czeka na sprawiedliwość, która ma twarz młodej dziewczyny z uśmiechem, który zgasł pewnego upalnego sierpniowego dnia 1997 roku.