Andrzej Dziamski: pojechał tylko oddać blachy od ciasta

Był 18 kwietnia 2001 roku. W Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem zapadał wieczór, a Andrzej Dziamski miał jeszcze jedną rzecz do załatwienia. Zamożny mechanik samochodowy i handlarz częściami wyjechał z domu, aby oddać rodzinie blachy do pieczenia ciasta. Trudno o bardziej zwyczajny powód podróży.

Nie była to wyprawa, która wymagała szczególnych przygotowań. Nie chodziło o dużą transakcję, spotkanie biznesowe ani daleki wyjazd. Dziamski miał po prostu wykonać rodzinną przysługę, a potem wrócić do swoich spraw. Tak zapewne wyglądało wiele jego wieczorów – zwyczajnych, przewidywalnych, pozbawionych jakiegokolwiek przeczucia nadchodzącej tragedii.

Tymczasem właśnie ten wyjazd miał stać się ostatnim, o którym jego bliscy mogli powiedzieć coś pewnego. Samochód ruszył, a Andrzej Dziamski zniknął z życia rodziny. Nikt nie wiedział jeszcze, że zamiast zwykłego powrotu rozpocznie się jedna z najbardziej tajemniczych spraw kryminalnych w okolicach Poznania.

KONTROLA, KTÓRA NIE BYŁA KONTROLĄ

Wkrótce pojawiły się informacje, że Dziamski został zatrzymany przez mężczyzn ubranych w jaskrawożółte kamizelki z napisem „policja”. Taki widok mógł przypominać zwyczajną kontrolę drogową. Kierowca miał wszelkie powody, by sądzić, że funkcjonariusze wykonują swoje obowiązki, a zatrzymanie potrwa zaledwie kilka minut.

Według relacji dotyczących sprawy mężczyźni nie byli jednak prawdziwymi policjantami. Mieli wykorzystać policyjne oznaczenia, aby zatrzymać samochód i przejąć kontrolę nad sytuacją. Nie wiadomo, jak dokładnie wyglądały kolejne chwile i co wydarzyło się bezpośrednio po zatrzymaniu. Te szczegóły przez lata pozostawały przedmiotem zainteresowania śledczych.

Można sobie wyobrazić, jak niepozornie musiała rozpocząć się ta scena. Samochód zwalnia, kierowca spogląda na stojących przy drodze mężczyzn, a jeden z nich daje znak do zatrzymania. Nikt postronny nie musi nawet zauważyć, że za chwilę dojdzie do wydarzeń, które na zawsze zmienią życie jednej rodziny.

SAMOCHÓD NA POBOCZU

Andrzej Dziamski nie wrócił do domu. Z czasem stało się jasne, że nie chodzi o spóźnienie, nieprzewidzianą awarię ani zwykłą zmianę planów. Mężczyzna zniknął, a jego bliscy zaczęli szukać odpowiedzi, której przez wiele lat nie udało się znaleźć.

Później odnaleziono jego samochód pod Poznaniem. Pojazd nie przyniósł jednak rozwiązania zagadki, lecz kolejne pytania. Na karoserii znajdowały się ślady po pociskach, co wskazywało, że samochód mógł mieć związek z gwałtownym i niebezpiecznym zdarzeniem.

W aucie nie było jego właściciela. Pozostał natomiast materialny ślad wydarzeń, które mogły rozegrać się podczas ostatniej podróży Dziamskiego. Dla śledczych samochód stał się ważnym elementem układanki, dla rodziny zaś – bolesnym dowodem, że zniknięcie przedsiębiorcy nie było przypadkowe.

W takich chwilach każdy szczegół zaczyna nabierać znaczenia. Miejsce odnalezienia samochodu, jego stan, ślady na karoserii i wszystko, co mogło znajdować się w środku, stawało się częścią rekonstrukcji wydarzeń. Najważniejszego elementu wciąż jednak brakowało – samego Andrzeja Dziamskiego.

TELEFON OD PORYWACZY

Wkrótce do rodziny dotarły informacje, że mężczyzna został uprowadzony. Pojawiło się żądanie okupu, a wraz z nim nadzieja, że skoro ktoś domaga się pieniędzy za jego uwolnienie, Andrzej może nadal żyć. Ta nadzieja musiała jednak mieszać się z przerażeniem, ponieważ życie bliskiego człowieka znalazło się w rękach nieznanych sprawców.

Porywacze mieli oczekiwać pieniędzy w zamian za uwolnienie Dziamskiego. W archiwalnych relacjach prasowych dotyczących sprawy pojawia się kwota 600 tys. złotych. Informowano również, że rodzina domagała się dowodu, iż porwany przedsiębiorca wciąż żyje.

Dla bliskich każda wiadomość od porywaczy musiała mieć ogromne znaczenie. Nawet najbardziej lakoniczny komunikat mógł oznaczać, że Andrzej jest jeszcze gdzieś tam – przetrzymywany, pozbawiony wolności, ale żywy. Jednocześnie każda rozmowa niosła ze sobą nowe zagrożenie, bo sprawcy mogli w każdej chwili zmienić żądania albo całkowicie zerwać kontakt.

W takich sytuacjach rodzina zostaje uwięziona pomiędzy nadzieją a strachem. Z jednej strony chce zrobić wszystko, aby odzyskać bliskiego człowieka, z drugiej musi podejmować decyzje pod presją ludzi, którzy mogą posunąć się do najgorszych czynów. W przypadku Andrzeja Dziamskiego ta dramatyczna sytuacja nie doprowadziła jednak do szczęśliwego zakończenia.

NAGLE ZAPADŁA CISZA

Kontakt z porywaczami został przerwany. Nie pojawiła się wiadomość, która pozwoliłaby rodzinie odzyskać spokój, nie nadszedł też moment, w którym można byłoby odebrać Andrzeja i przywieźć go do domu. Zamiast kolejnego telefonu pozostała cisza, a wraz z nią coraz bardziej rozpaczliwe pytanie o los zaginionego.

Początkowo bliscy mogli jeszcze wierzyć, że sprawa znajdzie rozwiązanie. Być może porywacze odezwą się ponownie, być może pojawi się nowy ślad, a może Andrzej zostanie odnaleziony w miejscu, którego nikt dotąd nie brał pod uwagę. Każdy kolejny dzień bez wiadomości odbierał jednak część tej nadziei.

Czas działał na niekorzyść wszystkich, którzy próbowali rozwikłać zagadkę. Wspomnienia świadków zacierały się, ślady traciły znaczenie, a ludzie związani ze sprawą mogli znikać z pola widzenia. Rodzina Dziamskiego pozostała natomiast z pytaniem, na które nie można było odpowiedzieć żadnym dokumentem ani urzędowym pismem.

Co stało się z Andrzejem po uprowadzeniu?

ĆWIERĆ WIEKU OCZEKIWANIA

Lata mijały, a sprawa nie doczekała się rozwiązania. Andrzej Dziamski pozostawał zaginiony, a jego los był przedmiotem kolejnych ustaleń i poszukiwań. Dla rodziny nie była to jednak wyłącznie niewyjaśniona sprawa kryminalna – chodziło o człowieka, który pewnego wieczoru wyszedł z domu i nigdy już do niego nie wrócił.

W takich przypadkach czas nie przynosi prawdziwego zakończenia. Nie ma pewności, że człowiek nie żyje, ale nie ma też dowodu, że można na niego czekać. Każdy telefon może wzbudzać nadzieję, a każda informacja o odnalezionych szczątkach lub nowych ustaleniach śledczych może otwierać stare rany.

Sprawa Dziamskiego przez lata pozostawała jednym z tych śledztw, w których brakowało najważniejszej odpowiedzi. Nie było wiadomo, gdzie przetrzymywano przedsiębiorcę, co dokładnie wydarzyło się po jego uprowadzeniu ani gdzie mógł znajdować się jego grób. Zagadkę komplikował również fakt, że mimo upływu czasu nie udało się odnaleźć jego ciała.

STARA SPRAWA WRACA DO ŚLEDCZYCH

Po latach do sprawy powrócili policjanci zajmujący się niewyjaśnionymi przestępstwami. Ponowna analiza dawnych materiałów mogła otworzyć nowe możliwości, których nie było w 2001 roku. Zmieniały się metody pracy, techniki analityczne i sposób łączenia informacji pochodzących z różnych postępowań.

Śledczy ponownie przyjrzeli się zgromadzonym dowodom i relacjom dotyczącym zaginięcia Dziamskiego. Według obecnych ustaleń policji udało się odtworzyć istotne elementy wydarzeń oraz wskazać osoby, które miały odpowiadać za uprowadzenie przedsiębiorcy. Trop prowadził do grupy przestępczej określanej jako gang „Borusia”.

To właśnie w tym momencie sprawa, przez lata pozostająca symbolem niewyjaśnionego zaginięcia, nabrała nowego znaczenia. Pojawiły się konkretne nazwiska, nowe czynności procesowe i działania prowadzone wobec osób podejrzewanych o udział w przestępstwie. Nie oznaczało to jednak, że wszystkie pytania zostały już rozstrzygnięte.

GANG „BORUSIA”

Według ustaleń śledczych jednym z ludzi związanych ze sprawą miał być Michał B., pseudonim „Boruś”. Mężczyzna przez lata przebywał poza Polską, a następnie został zlokalizowany w Hiszpanii. Po zatrzymaniu i przeprowadzeniu procedury ekstradycyjnej sprowadzono go do kraju, gdzie przedstawiono mu zarzuty.

22 września 2026 roku sąd zastosował wobec niego tymczasowe aresztowanie. Jest to decyzja procesowa, a nie prawomocne rozstrzygnięcie o winie. Odpowiedzialność karna podejrzanego może zostać ostatecznie ustalona wyłącznie przez sąd w toku postępowania.

W śledztwie pojawiły się również inne osoby. Zarzuty usłyszał Sebastian Rz., pseudonim „Uśmiech”, natomiast Damian W., pseudonim „Donald”, przebywa w Hiszpanii i oczekuje na ekstradycję do Polski. Sebastian Sz. jest poszukiwany przez organy ścigania.

Policja wskazuje także Krzysztofa K., pseudonim „Kosa”, jednak podkreśla, że nie przedstawiono mu zarzutów dotyczących uprowadzenia Andrzeja Dziamskiego. Według informacji śledczych osoby związane z tą grupą miały mieć również związek z innymi napadami, między innymi na kierowców luksusowych samochodów i transporty drogocennych towarów.

NAJWAŻNIEJSZE PYTANIE WCIĄŻ POZOSTAJE BEZ ODPOWIEDZI

Nawet jeśli śledczy ustalili osoby, które – według ich podejrzeń – odpowiadają za uprowadzenie przedsiębiorcy, nie oznacza to jeszcze pełnego wyjaśnienia sprawy. Nadal nie odnaleziono Andrzeja Dziamskiego, a jego ciała nie udało się zlokalizować. Nie wiadomo również, gdzie dokładnie doszło do wszystkich zdarzeń związanych z jego zniknięciem.

Policja podejrzewa, że Dziamski został zamordowany. To jednak wciąż ustalenie śledczych, które musi zostać ocenione w toku postępowania dowodowego. Dopóki nie zostaną odnalezione wszystkie istotne dowody, w tym informacje pozwalające ustalić ostateczny los zaginionego, sprawa nie może zostać uznana za całkowicie zamkniętą.

Dla rodziny najważniejsza pozostaje odpowiedź na pytanie, co stało się z Andrzejem po jego uprowadzeniu. Samo wskazanie podejrzanych nie pozwala przecież ustalić miejsca, w którym znajduje się zaginiony, ani odtworzyć wszystkich ostatnich godzin jego życia. Właśnie dlatego poszukiwanie prawdy w tej sprawie wciąż ma tak ogromne znaczenie.

BLACHY DO PIECZENIA CIASTA

W tej historii szczególnie przejmujący jest jej początek. Andrzej Dziamski nie wyjechał z domu, aby spotkać się z ludźmi, którzy mogli mu zagrażać, ani nie wyruszył w nieznaną podróż. Miał oddać rodzinie blachy do pieczenia ciasta – przedmiot, który w tamtym momencie nie miał żadnego szczególnego znaczenia.

Dopiero po jego zniknięciu ten zwyczajny szczegół nabrał zupełnie innego wymiaru. Blachy stały się symbolem ostatniej, codziennej czynności, którą Dziamski miał wykonać przed tragedią. Zwykły rodzinny obowiązek został na zawsze związany z pytaniem o jego los.

Samochód odnaleziony pod Poznaniem, ślady po kulach, informacje o fałszywych policjantach i żądanie okupu – wszystkie te elementy tworzą historię, która przez lata nie dawała się zamknąć w jednej, pewnej wersji wydarzeń. Dziś śledczy twierdzą, że udało się wskazać osoby odpowiedzialne za uprowadzenie, ale najważniejsza tajemnica nadal czeka na rozwiązanie.

Gdzie jest Andrzej Dziamski?

Wieczorem 18 kwietnia 2001 roku wyjechał z domu, aby oddać blachy do pieczenia ciasta. Miał wrócić, lecz zamiast niego pozostał samochód, ślady po kulach i rodzina, która przez 25 lat czekała na odpowiedź.