Emil P. przeszedł do historii polskiej kryminalistyki jako sprawca zabójstwa, który zwłoki ofiary zabetonował w 200-litrowej beczce. Za liczne przestępstwa przesiedział za kratkami 34 lata. Więcej ich nie popełni, bo zmarł w wieku 81 lat.
Urodził się w Łętowni, niedużej miejscowości w połowie drogi z Krakowa do Zakopanego. Wychowywał się w rodzinie robotniczej. Ojciec był stolarzem, inwalidą po I wojnie światowej, matka zajmowała się domem i rodziła kolejne dzieci. W sumie z mężem doczekali się ich dziesięciorga. Utrzymywali się z pracy głowy rodziny, mieli też dwa hektary ziemi.
Emil P. był siódmym dzieckiem z kolei, przyszedł na świat w prima aprilis, 1 kwietnia 1937 roku. Jego najstarsza siostra była z rocznika 1926. I to ją oraz drugą siostrę Niemcy wywieźli na roboty w czasie II wojny światowej. W rodzinne strony wróciły tuż po 1945 roku, ale wtedy rodzice zdecydowali, że będą szukać szczęścia na ziemiach odzyskanych. Najstarsze córki i jeden z braci zamieszkali koło Opola, w niedużej miejscowości przy granicy z Czechami. Emil P. mieszkał tam przez 1,5 roku, chodził do miejscowej podstawówki, później wrócił do Łętowni. I stamtąd w 1952 roku wyruszył w świat.
Charakterystyczne dla jego życiorysu były różne wersje jego odejścia. Jedna z sióstr twierdziła, że został przyłapany na kradzieży jabłek i pobity przez sąsiada. Wtedy uciekł z domu i nie dawał znaku życia przez 30 lat. Inna z wersji głosiła, że po awanturze w szkole, jako 14-latek, nie chciał kontynuować edukacji w siódmej klasie. Matka miała mu powiedzieć, że skoro nie chce się uczyć, to niech nie wraca do domu. Uniósł się honorem i faktycznie zniknął. Jaka była prawda, trudno dociec, bo Emil P. miał taki rys charakteru, że jeśli mógł, to podawał odmienne wersje swojego życiorysu. W rozmowie z jednym z dziennikarzy podał jeszcze inną wersję swojego zniknięcia:
– Kiedy miałem 14 lat, rodzice postanowili oddać mnie do zakonu – opowiadał.
Dodał, że wcześniej za klasztorne mury wysłano jego siostrę. Kiedy dowiedział się, że następnego dnia mają przyjść po niego zakonnicy, poczekał aż zapadnie zmrok.
– I wówczas uciekłem z domu – wspominał Emil P.
***
To raczej wątpliwa wersja jego ucieczki, bo jego siostra trafiła do żeńskiego zakonu w 1958 roku, gdy Emil miał już 21 lat. Nie ma jednak wątpliwości, że faktycznie za młodu zniknął z domu. Wyjechał pociągiem do Szczecina, zamieszkał w internacie i tam w 1952 roku podjął naukę w Zawodowej Szkole Energetycznej. Podróżowanie po kraju było wtedy łatwe, bo w powojennej rzeczywistości wystarczyło, że zadeklarowało się podjęcie roboty w Ochotniczych Hufcach Pracy i dla takiej osoby były bezpłatne bilety kolejowe.
Po 2 latach nauki Emil P. na dobre porzucił edukację i poszedł do pracy w przedsiębiorstwie Celuloza w Kostrzynie nad Odrą, potem, około 1954 roku zaczął dorabiać w Państwowym Gospodarstwie Rolnym w pobliskim Dąbroszynie. Chwalił się, że był traktorzystą, ale z dokumentów wynikało, że pracował jako tzw. szwajcar, czyli specjalista od dojenia krów. Następnym miejscem pracy od stycznia do czerwca 1956 roku był szpital psychiatryczny w Gorzowie Wielkopolskim, był tam salowym na różnych oddziałach.
– Mieszkałem na terenie lecznicy, ale musiałem się stamtąd wynieść, bo miałem porachunki z Cyganami – zezna po latach Emil P.
Na tamten czas datowany jest jego pierwszy kontakt z wymiarem sprawiedliwości.
– Gdy mieszkałem w Dąbroszynie, byłem podejrzany o usiłowanie kradzieży silnika elektrycznego na szkodę PGR-u – nie krył Emil P.
Po kilku miesiącach w celi został zwolniony bez wyroku. Jego nazwisko przewijało się także w sprawie kradzieży rzeczy ze szpitalnego magazynu w Gorzowie.
Pierwsze zatrzymania i wyroki
W1959 roku Emil P. przeniósł się na Dolny Śląsk, gdzie spędził kilkadziesiąt lat. W Wałbrzychu zamieszkał u Stanisława B., który z członkami rodziny trudnił się dokonywaniem przestępstw. Namówili Emila P. do wspólnego skoku na sklep. Po wpadce sąd skazał go na 4 lata więzienia.
– Tyle odsiedziałem w zakładach karnych w Wołowie i we Wronkach – przyznał po latach.
Za kratkami dorabiał jako malarz i murarz i takiej roboty podjął się na wolności od 1964 roku. Kilka lat później zaczął pracować w elektrowni Zgorzelec. Mieszkał tuż przy niemieckiej granicy u Franciszki B. Pani wynajmowała kwatery, handlowała wódką, miała męża pijaka i to on zaproponował Emilowi P. pozbycie się upierdliwej żony. Emil P. przystał na takie rozwiązanie. Wykopał w lesie dziurę w ziemi, sproszkował 60 opakowań luminalu i zgłosił miejscowej milicji, że został wynajęty przez… kobietę, by pozbyć się jej męża. Pokazał dół, wręczył fiolki z lekiem. Skutecznie oczernił kobietę, która trafiła za kratki, ale w końcu intryga wyszła na jaw, że to panowie zawiązali przestępcze porozumienie.
– Potem małżonkowie B. doszli do porozumienia i mnie oskarżyli o przestępstwo, byle tylko żona wyszła zza krat, a ja byłem niewinny – bronił się po latach Emil P. przed Sądem Powiatowym w Zgorzelcu
W 1968 roku dostał wyrok 3 lat więzienia za fałszywe oskarżenie Franciszki B.
Na wolności uporządkował trochę sprawy rodzinne. Pracował wtedy w podwrocławskim Będkowie przy remoncie szpitala. Poznał tam przyszłą żonę, Zofię. Kobieta, oprócz pracy w lecznicy, uczyła się jeszcze w szkole medycznej we Wrocławiu. Wzięli ślub w 1970 roku. Małżeństwo przetrwało 5 lat, rozwód odbył się bez orzekania o winie.
– Urodziła mi syna, który został z nią po rozwodzie. Potem wzięła drugi ślub z partyjnym milicjantem. Zgodziłem, się, że nie będę się wtrącał w ich małżeństwo i do wychowania naszego syna, ale pod warunkiem, że nie będę płacił alimentów – wspominał Emil P.
Chcesz poznać ciąg dalszy tej historii? Sięgnij po Detektywa 12/2025 (tekst Artura Drożdżaka pt. Wszystkie sprawki „Betoniarza”). Cały numer do kupienia TUTAJ.