Barbara Blida i jedna z głośnych afer III RP

Lata 90. XX wieku to czas przemian, transformacji gospodarczej. Dawne państwowe przedsiębiorstwa, molochy, jak te działające w branży wydobywczej, to łakomy kąsek dla zagranicznego biznesu. Nie brakowało ludzi, którzy zamierzali skorzystać na milionowych transakcjach.

W kopalnianym zagłębiu od lat mówiło się o „układzie” bądź nawet o systemie „układów”. Pieniądze z węglowych spółek miały płynąć szerokim strumieniem do ludzi powiązanych ze światem polityki i biznesu. W plotki wierzono tym bardziej, że przez całe lata 90. nikomu nie postawiono zarzutów w związku z malwersacjami finansowymi. To tylko potwierdzało ciche przekonanie, że za korupcją w organach ścigania najwyraźniej musieli stać ludzie wysoko postawieni. Jak wysoko? Wkrótce bomba miała wybuchnąć.

Zaczęło się od tąpnięcia. I to dosłownie, bo na głębokości 700 metrów w jastrzębskiej kopalni Jas-Mos. 6 lutego 2002 roku na podkładzie wydobywczym pod ziemią doszło do wybuchu pyłu węglowego. Zginęło 10 górników, 37 udało się wydostać na powierzchnię. Ci mieli szczęście, bo nie odnieśli większych obrażeń.

Rozpoczęło się dochodzenie przyczyn katastrofy. Już w marcu 2003 roku 11 pracowników spółki zostało pociągniętych do odpowiedzialności. Kilku z nich objęto czasowym zakazem pracy w górnictwie, 5 osób usłyszało zarzuty dotyczące zaniedbań w zakresie BHP.

Na jaw wyszły szokujące fakty, jak ten, że w jastrzębskiej spółce nie przestrzegano wewnętrznych regulaminów. Uwagę śledczych zwrócił też sprzęt, urządzenia używane w kopalniach, co do których istniało podejrzenie, że nie spełniają norm bezpieczeństwa. W świetle tych ustaleń stało się jasne, że górnicy schodzący każdego dnia pod ziemię, być może wchodzą do swojego przyszłego grobowca.

– Kiedy ktoś nie wie, co zrobić z problemem, powołuje zespół. To taka stara zasada, która sprawdza się w każdej rzeczywistości. I trzymają się jej decydenci, by mieć czyste ręce – powie po latach jeden z pracowników kopalni.

Według tej zasady, zdecydowano, że konieczne jest opracowanie raportu na temat nieprawidłowości w przemyśle górniczym. Dokument, nad którym pracował specjalnie powołany zespół analityczny w strukturach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, był tajny. Wiadomo, że powstał. I to właściwie tyle.

W 2007 roku tygodnik „Wprost” poinformował o tajemniczym zaginięciu raportu, do czego doszło jeszcze za czasów rządu SLD. Ministrem odpowiedzialnym za powstanie dokumentu był Krzysztof Janik, szef MSWiA.

– Raport podpisałem i poleciłem przekazać go przedstawicielom innych resortów – minister wypowiadał się dla tygodnika. – Był opis nieprawidłowości w kopalniach, a dotyczyły one sprzętu i handlu węglem. Nie wiem natomiast nic o konkretnych sprawach, które miały się później znaleźć w załącznikach do raportu – dodaje Krzysztof Janik.

Dlaczego postać ministra Janika jest istotna w tej sprawie? Z kilku względów. Po pierwsze, lata później stanie przed sądem w związku z aferą korupcyjną i jedną z firm węglowych z Katowic. Po drugie, w czasie kiedy powstawał raport, szefem gabinetu Janika był Janusz Ocipka. On z kolei miał udziały w spółce Agrokompleks, kupującej węgiel od kopalń na odroczony termin płatności. Okazało się też, że sam Janik zasiadał w radzie nadzorczej innej firmy węglowej powiązanej z Agrokompleksem. Powstało podejrzenie konfliktu interesów i to na szczeblu ministerialnym.

Do prokuratury trafiło wówczas zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Śledczy sprawę umorzyli, bo nie dopatrzono się znamion czynów o charakterze kryminalnym.

Zamknięto w ten sposób jedno śledztwo, ale w tym czasie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego prowadziła już inne szeroko zakrojone postępowanie węglowe. Na jego efekty nie trzeba było długo czekać. W 2005 roku zatrzymano biznesmenów związanych z firmą zajmującą się pośrednictwem w handlu kopalinami Funa.

I w tym momencie na scenę wkroczyła Barbara K., zatrzymana do sprawy właścicielka firmy Agencja K., znana jako „Śląska Alexis”. Nazywano ją tak w nawiązaniu do cieszącego się dekadę wcześniej szaloną wręcz popularnością amerykańskiego serialu „Dynastia” o intrygach bogaczy z Denver. Barbara K. miała odegrać bodaj najważniejszą rolę w wielkiej aferze „mafii węglowej”.

„Śląska Alexis” była bizneswoman na miarę swoich czasów. A modus operandi jej przedsiębiorstwa był nieskomplikowany niczym polskie reklamy telewizyjne z lat 90. Agencja K. zarabiała na prowizjach z obrotu węglem. Jak? Kupowała kopalinę od spółek wydobywczych na Górnym Śląsku i sprzedawała je dużym, przemysłowym odbiorcom, głównie elektrociepłowniom.

Działała podobnie, jak wspomniana firma Ocipki, Agrokompleks. Sęk w tym, że tanio kupowała z kopalni węgiel niskiej jakości i klasy energetycznej, następnie fałszowano dokumenty, w tym tzw. klasówkę, czyli poświadczenie, że paliwo jest wysokoenergetyczne. I sprzedawała drożej odbiorcom, jako produkt pełnowartościowy. Z tym interesem wiązała się konieczność opłacania (czytaj: korumpowania) prezesów firm wydobywczych. Prowizja od sprzedaży była rzędu 10 procent, a łapówki to miesięcznie kilkanaście tysięcy złotych (dla jednego prezesa, rzecz jasna). W pakiecie K. dostawała gwarancję pierwokupu i zapewniała sobie nieprzerwany ciąg dostaw towaru. Kopalniom spółka Agencja K. nie płaciła od razu, tylko z odroczonym terminem.

Sprawa wyszła na jaw, kiedy w wyniku zatrzymania części osób związanych z tym procederem, spółka K. straciła płynność, długi wobec kopalń zaczęły narastać, a w końcu konieczne było ogłoszenie upadłości firmy.

Barbara K. usłyszała zarzuty korupcyjne nie tylko w wątku dotyczącym pośrednictwa w obrocie węglem. Odpryskiem tej sprawy były również nieprawidłowości dotyczące rzekomych milionowych wyłudzeń z państwowych funduszy związane z działalnością spółki Hydrobudowa Śląska i innych spółek. W kręgu podejrzanych znalazła się też jej córka, Katarzyna, która miała uczestniczyć w tym procederze.

Potem wybuchła kolejna bomba. A dokładniej, nastąpiło kolejne tąpnięcie. Tym razem w kopalni Halemba. Do tragedii tam doszło 21 czerwca 2006 roku. Chodnik zawalił się w wyniku eksplozji metanu i w następstwie tego, wybuchu pyłu węglowego. Zginęło 23 górników. Spośród nich 8 było zatrudnionych w kopalni, a 15 miało umowy z firmą zewnętrzną. Pojawiły się kolejne podejrzenia nieprawidłowości w działaniu również innych kopalni. Wrócił też wątek badany wcześniej – dotyczący korumpowania szefów spółek węglowych i instalowania w szybach urządzeń starych i wadliwych.

Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa Wydanie Specjalne 4/2025 (tekst Macieja Czerniaka pt. Krwawe „czarne złoto”). Cały numer do kupienia TUTAJ.