Béla Kiss – „Potwór z Cinkoty”. Seryjny zabójca

Béla Kiss w kronikach kryminalnych zapisał się jako „Potwór z Cinkoty”. To węgierski seryjny zabójca, zakonserwował swoje ofiary w beczkach i rozpłynął się w wojennej zawierusze

Kiedy w lipcu 1916 roku działała już artyleria pod Verdun, a Europa pogrążała się w gehennie Wielkiej Wojny, nikt w małej miejscowości Cinkota (wówczas pod Budapesztem, dziś XVI dzielnica stolicy Węgier) nie przypuszczał, że ich spokojne, senne miasteczko stanie się areną makabrycznego odkrycia, jakie na długie lata wstrząśnie opinią publiczną.

Wszystko zaczęło się od zaległości czynszowych. Właściciel posesji przy ulicy Kossutha 40, niejaki Márton Kressinszki, postanowił wejść do domu swojego lokatora, który od dwóch lat zalegał z opłatami. Ów lokator, blacharz i ślusarz Béla Kiss, został w 1914 roku wcielony do armii austro-węgierskiej i wysłany na front. Ponieważ krążyły pogłoski, że Kiss poległ w Karpatach lub dostał się do niewoli w Serbii, Kressinszki chciał wynająć dom nowemu lokatorowi.

Kiedy jednak wraz z sąsiadem – miejscowym farmaceutą – zajrzał do szopy za domem, zamiast spodziewanych rupieci zobaczył „siedem ułożonych na sobie, kopiastych, ołowianych beczek z blachy, przypominających trumny”. Zdjęto pokrywę z jednej. Zamiast benzyny, którą Kiss rzekomo magazynował na wypadek wojennych braków, uderzyła ich woń rozkładającego się ciała wymieszana z ostrym zapachem metanolu.

Ciała w środku były – jak się szybko okazało – doskonale zakonserwowane. Jak mówiła później prasa: Elvetemült asszonyirtó szörnyeteg!” („Zdeprawowany potwór, morderca kobiet!”).

Lecz nim przejdziemy do makabrycznej zawartości tych beczek, cofnijmy się o kilkanaście lat wstecz, by zrozumieć, kim był Béla Kiss i jak doszło do jego straszliwej przemiany.

Człowiek, który podobał się wszystkim

Béla Kiss urodził się 28 lipca 1877 w Izsáku na południu Węgier, w rodzinie Jánosa Kissa i Verony Vargi. Na przełomie wieków przeprowadził się do Cinkoty – niewielkiej podbudapeszteńskiej miejscowości, gdzie otworzył własny zakład blacharski i ślusarski.

Cinkota na początku XX wieku była typowym podmiejskim zaściankiem. Miasteczko liczyło niecałe dwa tysiące mieszkańców, miało jednego żandarma i nawet nie utrzymywało większej siły policyjnej. Ludzie znali się nawzajem. Było tu bezpiecznie, cicho i sennie.

Béla Kiss szybko zyskał sympatię sąsiadów. Był wysoki, przystojny, o jasnych włosach i ujmującym uśmiechu. „Stateczni obywatele miasta Cinkota słysząc, jak buty przybysza równo i miarowo uderzają o bruk, mimowolnie uchylali przed nim kapeluszy” – pisał ówczesny reporter. Kiss nie tylko świetnie znał swój fach, ale potrafił też dyskutować o historii i literaturze. Podobał się nie tylko pannom, lecz także ich ojcom, matkom, ciotkom i służącym. „Podobał się wszystkim”.

Wiódł jednak życie samotne. Jego gospodarstwo prowadziła prosta wiejska kobieta, pani Jakubec, lojalna wobec pracodawcy aż do przesady. Zatrudniał służące, ale one szybko znikały. Nikt jednak nie wiązał tego ze zbrodnią.

Kiss miał też drugie, mroczne oblicze. Fascynowała go astrologia, alchemia, okultyzm. W ukrytym pokoju, do którego tylko on miał klucz, gromadził książki o truciznach, metodach duszenia i nekromancji. A kiedy jesienią 1903 roku w budapeszteńskich gazetach zaczęły się pojawiać matrymonialne ogłoszenia podpisywane jako „Hoffman”, nikt nie łączył ich z przystojnym blacharzem z Cinkoty.

Samotne serca z Budapesztu

„Samotny wdowiec z prowincji, właściciel dobrze prosperującego warsztatu, posażna panna w celach matrymonialnych” – brzmiały mniej więcej ogłoszenia Kissa pod pseudonimem „Hoffman”. Adres zwrotny wskazywał na hotel w centrum Budapesztu.

Na listy odpowiadały kobiety w średnim wieku. Wdowy z oszczędnościami. Samotne nauczycielki. Zubożałe arystokratki. Kobiety, które nie miały bliskich, które nikt by nie szukał.

Kiss, podający się za inżyniera lub bogatego rzemieślnika, umawiał się ze swymi ofiarami w stolicy, po czym zapraszał je do siebie do Cinkoty. Pani Jakubec widziała te panie – wchodziły do domu, ale nigdy z niego nie wychodziły. „Nie obchodziło jej, co on robił z nimi całymi nocami”. Nikt w Cinkocie nie zadawał pytań. Kiss był przecież taki sympatyczny.

Związek z kobietami nie ograniczał się jednak tylko do matrymonialnych oszustw. W 1912 roku Kiss poślubił Marię, kobietę piętnaście lat od niego młodszą. Małżeństwo nie było jednak szczęśliwe – Maria zaczęła romansować z młodym artystą o nazwisku Paul Bikari.

Kiedy Kiss odkrył zdradę, udusił żonę i jej kochanka. Ciała włożył do metalowych beczek, zalał metanolem i zakopał na podwórku. Sąsiadom opowiadał, że Maria uciekła z kochankiem do Ameryki.

Maria i Bikari byli jego pierwszymi ofiarami, ale bynajmniej nie ostatnimi.

Beczki – makabryczna kolekcja

Po zabójstwie żony i jej kochanka Kiss kontynuował proceder. Wabił samotne kobiety, wysysał z nich oszczędności, po czym dusił je sznurem lub gołymi rękami. Niektóre ofiary miały na szyjach dwie nakłucia, jak po wampirzych kłach – stąd przydomek, jakim obdarzyła go prasa: „Wampir z Cinkoty”.

Zwłoki trafiały do dużych blaszanych beczek. Kiss zalewał je metanolem (alkoholem drzewnym), który działał jak środek konserwujący, niemal zatrzymując proces rozkładu. Kiedy policja otworzyła beczki w 1916 roku, niektóre ciała były tak dobrze zachowane, że nadawały się do identyfikacji.

Łącznie na posesji przy Kossutha 40 znaleziono od 24 do aż 32 ciał. Większość stanowiły kobiety. Tylko jeden mężczyzna – Paul Bikari, kochanek jego żony. Według węgierskiej Wikipedii liczba ofiar wyniosła co najmniej 24, ale polska edycja podaje 32. Różnica wynika z częściowo rozłożonych zwłok, które niekiedy identyfikowano jako należące do kilku różnych ofiar. Wszystkie kobiety zostały uduszone. Niektóre miały wycięte żyły, z których spuszczono krew.

W tajnym pokoju policja znalazła ponad 74 paczki listów od kobiet. Każda koperta zawierała prośbę o spotkanie, wyznanie miłości, czasem czeki na znaczne sumy. Wszystkie kobiety z tych listów – niezależnie od tego, czy odwiedziły Kissa, czy nie – zostały przez niego wyłudzone z oszczędności.

Wojenna ucieczka – mistrz kamuflażu

W 1914 roku wybuchła Wielka Wojna. Béla Kiss, jako rezerwista, został wcielony do armii austro-węgierskiej i wysłany na front serbski. W swoim domu w Cinkocie pozostawił panią Jakubec, której zlecił opiekę nad majątkiem.

Na przełomie 1915 i 1916 roku do Budapesztu zaczęły docierać wieści, że Kiss poległ w Serbii lub zmarł na tyfus. Władze wojskowe potwierdziły – konkretny numer ewidencyjny, konkretne nazwisko. Sprawa wydawała się zamknięta, zanim w ogóle się zaczęła.

Gdy w lipcu 1916 roku detektyw Károly Nagy z budapeszteńskiej policji otrzymał wezwanie od właściciela posesji Kressinszkiego i rozpoczął śledztwo, dowiedział się, że podejrzany prawdopodobnie nie żyje od roku. Mimo to wojsku wysłano nakaz aresztowania Kissa na wszelki wypadek.

Dwa tygodnie później z Serbii nadeszła sensacyjna wiadomość: Béla Kiss żyje! Widziano go w szpitalu polowym pod Valjevo, gdzie leczył rany po walkach.

Kiedy oddział żandarmerii dotarł do szpitala, Kiss już zniknął. Na swoim łóżku zostawił zwłoki innego żołnierza, który zmarł na tyfus. Przejął jego tożsamość i dokumenty, po czym rozpłynął się w wojennym chaosie.

Widmo, które nie daje spokoju

Przez lata policja węgierska otrzymywała doniesienia o rzekomych obserwacjach Kissa w różnych zakątkach świata.

1932, Nowy Jork: detektyw Henry Oswald był przekonany, że rozpoznał Kissa wychodzącego z metra na Times Square. Mężczyzna jednak zniknął w tłumie i nigdy go nie odnaleziono.

Lata 30., Turcja: niepotwierdzone doniesienia, jakoby Kiss zmarł na żółtą febrę w Stambule.

1936, Rumunia: plotka głosiła, że Kiss siedzi w rumuńskim więzieniu za włamanie.

Francuska Legia Cudzoziemska: według niektórych teorii Kiss zaciągnął się do Legii pod przybranym nazwiskiem i zginął w Afryce Północnej.

Śledztwo z 2002 roku: węgierski dokumentalista László Kovács odnalazł w tureckich archiwach ślad mężczyzny o nazwisku „Béla Kiss”, który w 1922 roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Dalszy trop prowadził do Nowego Jorku, gdzie rzekomo miał umrzeć w 1940 roku. Dokumenty jednak nie zawierały zdjęcia, a nazwisko Kiss było wówczas w Węgrzech tak powszechne jak „Kowalski” w Polsce.

Do końca jego losy pozostały nieznane. Jedni mówili, że zginął w więzieniu w Związku Radzieckim. Inni – że dożył sędziwego wieku pod przybranym nazwiskiem w Ameryce Południowej. Jedna z hipotez głosi nawet, że wrócił na Węgry i zmarł w biedzie jako bezdomny, nierozpoznany przez nikogo. Prawda przepadła gdzieś między frontami Wielkiej Wojny a powojennym chaosem.

Epilog: Wampir, który przetrwał legendę

Béla Kiss nigdy nie stanął przed sądem. Jego proces odbył się wyłącznie na łamach gazet – od „Népszavy” przez „Az Est” aż po bulwarowe brukowce, które przez wiele tygodni żyły „cinkotą bestią” i „węgierskim Sinobrodym”.

Kiss pozostawił po sobie tylko kilka rozmazanych fotografii, stos listów od kobiet, które zginęły z jego ręki, oraz blaszane beczki. Jedna z nich, oryginalna, znajduje się w Budapeszteńskim Muzeum Kryminalistyki. Często pokazywana jest zwiedzającym jako przerażający eksponat i przypomnienie, że największe potwory nie zawsze pochodzą z ludowych podań – czasem mieszkają w sąsiedztwie, są przystojne, oczytane i wiedzą, jak zdobyć sympatię.

Pewien budapeszteński detektyw, który brał udział w śledztwie, miał podobno powiedzieć: „Gdyby nie wojna, może udałoby się go schwytać. Gdyby nie wojna, może w ogóle nie zacząłby zabijać. Ale Wielka Wojna wszystko zmieniła – także Belę Kissa.”

A legenda „Wampira z Cinkoty”? Rozeszła się po świecie. Pojawiła się w książkach, podcastach, a nawet filmie grozy. I pozostaje ostrzeżeniem – że nawet w najbardziej spokojnych zakątkach Europy mogą czaić się demony. I że wojna, która przynosi zniszczenie i zamęt, jest najlepszą tarczą dla prawdziwego potwora.

Bo Béla Kiss nie został skazany. Nie został osądzony. Został tylko zapamiętany.