Berno: zagadkowy napad na polską ambasadę

6 września 1982 roku, godzina 10:30. Czterech zamaskowanych mężczyzn z bronią w rękach wbiega do budynku polskiej placówki dyplomatycznej przy Elfenstrasse. W ciągu kilku sekund biorą 14 zakładników, w tym kobiety i dziecko. Żądanie? Zniesienie stanu wojennego w Polsce, uwolnienie Lecha Wałęsy i… pięć milionów franków szwajcarskich. Świat zamiera. Zimna wojna dochodzi do głosu.

Lider napastników, tajemniczy Florian Kruszyk, pseudonim „pułkownik Wysocki”, to były żołnierz, skazany szpieg i człowiek, który – jak się później okaże – grał w znacznie większą grę. Przez trzy dni Szwajcaria negocjuje, Polska wysyła komandosów, a media na całym świecie relacjonują dramat zakładników. Jednak to, co wydarzy się po odbiciu ambasady, będzie znacznie bardziej szokujące niż sam atak.

Bo kiedy 9 września elitarna jednostka „Stern” szturmuje budynek i uwalnia wszystkich zakładników, w chaosie wkraczają inni – ludzie w cywilnych garniturach, bez odznak, bez kamer. W ciągu kilku godzin znikają tajne archiwa polskiego wywiadu. Mapy wojskowe, listy agentów w NATO, dane o szpiegach w samym sercu Szwajcarii – wszystko zostaje skopiowane, sfotografowane, ukradzione.

Przez 30 lat nikt nie mówił prawdy. Aż do 2013 roku, kiedy to szwajcarscy dziennikarze odkryli dokumenty, które burzą mit neutralnej Szwajcarii. Bo czy państwo, które łamie Konwencję wiedeńską, by ukraść tajemnice dyplomatyczne, może nazywać się neutralnym?

Oto historia, w której terroryści okazują się pionkami, zakładnicy – tarczą, a szwajcarscy policjanci – szpiegami. Oto prawdziwa, nigdy w pełni nieopowiedziana opowieść o zamachu, który wstrząsnął Bernem, i kradzieży stulecia, o której przez dekady nie wolno było mówić.

Ta historia jest prawdziwsza, niż myślisz.

Dokładna data i godzina ataku to 6 września 1982 roku, choć źródła różnią się co do pory dnia – część wskazuje na ranek, inne na popołudnie. Czterech zamaskowanych mężczyzn wtargnęło do budynku polskiej placówki dyplomatycznej przy Elfenstrasse w Bernie. Uzbrojeni w strzelby Remington 870, noże i granaty, szybko obezwładnili personel i petentów. Napastnicy ogłosili, że należą do „Powstańczej Armii Krajowej” i zażądali zniesienia stanu wojennego w Polsce.

Początkowo wzięto 14 zakładników, w tym pracowników ambasady, attaché wojskowego oraz przypadkowe osoby, które akurat przebywały w budynku. Wśród zakładników znajdował się pułkownik Zygmunt Dobruszewski, polski attaché wojskowy, który stał się szczególnie ważnym celem napastników. Grupa groziła, że wysadzi budynek wraz z zakładnikami, jeśli ich żądania nie zostaną spełnione w ciągu 48 godzin. Groźba ta była szczególnie niepokojąca, ponieważ napastnicy twierdzili, że posiadają 50 funtów dynamitu.

Liderem grupy był Florian Kruszyk, 42-letni były żołnierz, a według części źródeł także były agent polskiej Służby Bezpieczeństwa. Kruszyk używał pseudonimu „pułkownik Wysocki”, nawiązując do popularnego przywódcy ruchu oporu. Już wcześniej był znany szwajcarskim i austriackim służbom – w 1968 roku został skazany w Austrii za szpiegostwo na rzecz Polski. W 1969 roku brał udział w napadzie z bronią w ręku na wiedeński sklep jubilerski, podczas którego wziął jako zakładników członków rodziny jubilera.

Pozostali trzej napastnicy to emigranci zarobkowi bez kryminalnej przeszłości: Marek Michalski (20 lat), Mirosław Plewiński (23 lata) i Krzysztof Wasilewski (33 lata). Kruszyk zwerbował ich w prowadzonej przez siebie restauracji w Holandii zaledwie kilka miesięcy przed atakiem. Szwajcarskie służby określiły ich jako ludzi zagubionych, którzy dali się zmanipulować charyzmatycznemu przywódcy. W przeciwieństwie do Kruszyka, nie mieli oni żadnego doświadczenia wojskowego ani wywiadowczego.

Szwajcarskie władze natychmiast utworzyły „Sztab Specjalny ds. Zakładników” (Sonderstab Geiselnahmen), który przez cały czas trwania kryzysu koordynował działania. W skład sztabu wchodzili przedstawiciele policji, wojska oraz prokuratury, a nad całością czuwał szwajcarski minister sprawiedliwości Kurt Furgler. Łącznie odnotowano 35 nagranych na taśmę rozmów telefonicznych między negocjatorami a porywaczami. Rozmowy te prowadzone były w języku polskim i niemieckim.

Polska ambasada w Bernie była nie tylko placówką dyplomatyczną, ale również ważnym punktem operacyjnym wywiadu PRL. Według późniejszych ustaleń, w budynku znajdowało się tajne archiwum zawierające materiały wywiadowcze dotyczące państw NATO. Były tam m.in. raporty o szwajcarskich lotniskach wojskowych, plany, listy tajnych agentów w Niemczech i Francji oraz dane o ukrytych funduszach. To właśnie te dokumenty stały się prawdziwym celem ataku – przynajmniej według późniejszych rewelacji Kruszyka.

Drugiego dnia kryzysu (7 września) sytuacja uległa dramatycznej zmianie, gdy napastnicy odkryli ukrywającego się attaché wojskowego. Pułkownik Zygmunt Dobruszewski schował się w tajnym pomieszczeniu, ale został znaleziony podczas gruntownego przeszukania budynku. Kruszyk poinformował szwajcarskich negocjatorów, że jego ludzie mają w rękach całe tajne archiwum, w tym „akta szpiegowskie i stacje nadawcze”. Od tego momentu żądania polityczne zaczęły mieszać się z kwestią dostępu do tych dokumentów.

Lista żądań politycznych była rozbudowana i obejmowała zniesienie stanu wojennego, uwolnienie wszystkich więźniów politycznych i internowanych (w tym Lecha Wałęsy), zamknięcie obozów dla internowanych oraz zakończenie „represji wobec narodu polskiego”. Napastnicy domagali się również emisji swojego oświadczenia w polskim radiu i telewizji. Polskie władze komunistyczne pod przewodnictwem generała Wojciecha Jaruzelskiego stanowczo odrzuciły te żądania, uznając je za akt terrorystyczny. Władze w Warszawie próbowały jednocześnie przypisać atak skrajnym elementom w ramach „Solidarności”.

Z czasem żądania polityczne ustąpiły miejsca żądaniom finansowym i logistycznym, co sugerowało, że porywacze zdawali sobie sprawę z nierealności swoich pierwotnych postulatów. Napastnicy zaczęli domagać się kilku milionów franków szwajcarskich (według różnych źródeł od 3 do 5 milionów) oraz samolotu, który zabrałby ich do Chin lub Albanii. Ta zmiana tonu była interpretowana przez negocjatorów jako oznaka słabnącej determinacji. Jednocześnie Kruszyk zaoferował Szwajcarom sprzedaż tajnych dokumentów znalezionych w ambasadzie.

Kluczową postacią w negocjacjach był 80-letni polski dominikanin, ojciec Józef Maria Bocheński. Był on wybitnym filozofem i logikiem, profesorem Uniwersytetu we Fryburgu, cieszącym się ogromnym autorytetem moralnym. Bocheński – choć z wykształcenia logik, a nie negocjator policyjny – został poproszony o pomoc ze względu na swoje polskie pochodzenie i język. To dzięki jego staraniom udało się wynegocjować uwolnienie większości zakładników, w tym kobiet i osoby chorej.

Napastnicy zwolnili pierwszą zakładniczkę jeszcze 6 września – była to ciężarna kobieta, co było gestem mającym pokazać ich „dobre intencje” i ułatwić negocjacje. Kolejnego dnia uwolniono inne kobiety oraz jednego z pracowników ambasady, który chorował. Łącznie przed szturmem uwolniono 9 z 14 zakładników. Wśród uwolnionych był również student, który przypadkowo znalazł się w budynku w momencie ataku.

Jeden z zakładników – attaché o nazwisku Matusiak – zdołał uciec z własnej inicjatywy 8 września, przechodząc przez dach budynku. Co niezwykłe, napastnicy przez cały czas nie wiedzieli o jego obecności w ambasadzie. Szwajcarskie media zostały poproszone o niepublikowanie zdjęć uciekiniera, aby nie narażać go na niebezpieczeństwo, ale jeden ze szwajcarskich dzienników i tak opublikował fotografię mężczyzny w oknie. Po ucieczce Matusiaka w budynku pozostało już tylko pięciu zakładników, w tym attaché wojskowy.

Polskie władze natychmiast po ataku podjęły próbę wysłania do Berna własnej grupy antyterrorystycznej pod dowództwem pułkownika Jerzego Dziewulskiego, znanego specjalisty od działań specjalnych. Według ówczesnych doniesień, polska jednostka była w stanie gotowości i czekała tylko na zgodę Szwajcarów na przylot do Berna. Rząd szwajcarski, chcąc zachować kontrolę nad sytuacją na swoim terytorium i nie naruszać zasad neutralności, odrzucił tę ofertę. Ostatecznie to szwajcarska jednostka „Stern” przeprowadziła akcję odbicia ambasady.

W trakcie negocjacji pojawił się też wątek szpiegowski związany z samym Kruszykiem. Austriackie służby bezpieczeństwa nie wykluczały, że Kruszyk – który przyznał się do szpiegostwa na rzecz Polski – nadal mógł współpracować z polskim wywiadem. Sugerowano, że cała akcja mogła być prowokacją mającą na celu wydobycie tajnych dokumentów z ambasady i przekazanie ich Zachodowi. Kruszyk sam po latach podtrzymywał, że działał w porozumieniu ze Szwajcarami, co tylko pogłębiło tę tajemnicę.

Decyzja o szturmie zapadła na najwyższym szczeblu – 8 września wieczorem zebrał się cały Szwajcarski Rząd Federalny (Bundesrat) na nadzwyczajnym posiedzeniu. W obliczu zbliżającego się ostatecznego terminu (piątek, 10 rano) i obawiając się, że porywacze zrealizują groźbę wysadzenia budynku, rząd udzielił ministrowi sprawiedliwości Kurtowi Furglerowi „carte blanche” do podjęcia decyzji o użyciu siły. O godzinie 0:30 w nocy 9 września Furgler wydał rozkaz rozpoczęcia „Operacji Essen”.

Szturm rozpoczął się 9 września 1982 roku o godzinie 10:39 rano i trwał zaledwie 12 minut. Akcję przeprowadziło 35 funkcjonariuszy elitarnej jednostki antyterrorystycznej „Stern” (niem. Gwiazda), która podlegała władzom kantonu Berno. Funkcjonariusze byli uzbrojeni w karabiny maszynowe i wyposażeni w granaty hukowo-błyskowo-łzawiące. Cała operacja została przeprowadzona z precyzją zegarka, a jej sukces był całkowity – nikt nie zginął, a wszyscy zakładnicy zostali uwolnieni.

Kluczem do sukcesu był podstęp z wykorzystaniem skrzynki ze śniadaniem. Jeden z policjantów w cywilu podszedł do drzwi ambasady, niosąc kilka kartonów z jedzeniem, które miały być rutynowym dostarczeniem posiłków dla porywaczy. W jednej ze skrzynek ukryta była zdalnie odpalana petarda z gazem łzawiącym i materiałem oślepiającym (flash-bang). Kiedy policjant zobaczył wszystkich czterech napastników w holu, dał umówiony sygnał (przejechanie ręką po włosach i odwrócenie się) i odpalił ładunek.

Początkowo zapalnik nie zadziałał, co groziło katastrofą. Funkcjonariusz musiał naciskać przycisk kilkukrotnie, zanim w końcu nastąpiła detonacja. W centrum dowodzenia panowała ogromna nerwowość, bo każda sekunda opóźnienia dawała napastnikom szansę na reakcję. Na szczęście dla zakładników, po kilku sekundach eksplozja wstrząsnęła holem, a gaz łzawiący i błysk oślepiły napastników. W ułamku sekundy po wybuchu do budynku wdarli się grenadierzy jednostki „Stern”.

Podczas szturmu nie oddano ani jednego strzału z broni palnej. Napastnicy zostali obezwładnieni siłą fizyczną i zaskoczeniem, zanim zdążyli użyć swojej broni. Okazało się, że porywacze nie mieli przy sobie ani 50 funtów dynamitu, którym grozili, ani żadnych innych materiałów wybuchowych. Jeden z pistoletów maszynowych, który nosili, okazał się atrapą. Po obezwładnieniu napastników, zakładnicy zostali ewakuowani z budynku na zewnątrz, gdzie czekała na nich pomoc medyczna.

Kurt Furgler osobiście nadzorował szturm z centrum dowodzenia i zaraz po jego zakończeniu zadzwonił z gratulacjami do szefa policji w Bernie. Kilka godzin później Furgler stanął przed kamerami, by poinformować opinię publiczną o sukcesie operacji. Na konferencji prasowej podkreślił, że Szwajcaria nie ugięła się przed szantażem, a porywacze zostaną osądzeni zgodnie z prawem. Dodał, że Kruszyk był „fanatykiem napędzanym politycznymi pragnieniami”, ale nie można go utożsamiać z ruchem „Solidarność”.

Bezpośrednio po odbiciu ambasady rozpoczęła się jednak druga, niejawna faza operacji – tym razem przeprowadzona przez szwajcarskie służby wywiadowcze. Wykorzystując chaos panujący po szturmie, funkcjonariusze Federalnej Policji (Bundespolizei) – nie czekając na przedstawicieli polskiej ambasady – wkroczyli do budynku. Ich celem nie była pomoc zakładnikom, ale przeszukanie pomieszczeń w poszukiwaniu tajnych dokumentów polskiego wywiadu.

Operacja ta była jawnym naruszeniem prawa międzynarodowego, w tym Konwencji wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych. Konwencja gwarantuje absolutną nietykalność pomieszczeń ambasady – szwajcarskie służby nie miały prawa wchodzić do budynku bez zgody Polski. Co więcej, zabieranie, kopiowanie lub choćby przeglądanie dokumentów ambasady jest traktowane jako akt wrogiej działalności szpiegowskiej. Szwajcaria, jako państwo neutralne, szczególnie narażała się na zarzut naruszenia tych zasad.

Kierownik sztabu negocjacyjnego Benno Schneider przyznał po latach, to on wydał ustny rozkaz skopiowania tajnych dokumentów. W wywiadzie dla „Tages-Anzeiger” w 2013 roku Schneider ujawnił: „Wydałem rozkaz, poinstruowałem uczestników, aby skopiowali akta, a następnie nienaruszone zwrócili je do ambasady”. Dodał, że cała operacja była „nielegalna z punktu widzenia prawa międzynarodowego”, ale uzasadniona względami bezpieczeństwa Szwajcarii. Minister Furgler, według Schneidera, zaaprobował tę akcję.

Dokumenty, które najbardziej interesowały Szwajcarów, dotyczyły ich własnego kraju. Polskie tajne archiwum zawierało szczegółowe analizy szwajcarskich lotnisk wojskowych, zdjęcia, plany oraz dane o szwajcarskich agentach werbowanych przez polski wywiad. Były tam również informacje o lokalizacjach tajnych skrzynek kontaktowych i systemach łączności. Dla Szwajcarów był to bezcenny materiał wywiadowczy, który ujawniał, jak dużo warszawski wywiad wiedział o ich kraju.

Poza materiałami dotyczącymi bezpośrednio Szwajcarii, w ręce szwajcarskich służb wpadły również dokumenty o znaczeniu międzynarodowym. Wśród skradzionych (a następnie skopiowanych) papierów znalazła się m.in. teczka z napisem „NATO”. Zawierała ona prawdopodobnie informacje o działaniach polskiego wywiadu wobec państw Sojuszu Północnoatlantyckiego. Gdy Szwajcarzy zwracali te dokumenty polskiemu attaché wojskowemu, ten stwierdził, że nigdy wcześniej ich nie widział, co było oczywistą próbą zatuszowania skali szpiegowskiej działalności.

Proceder kopiowania dokumentów trwał najwyraźniej jakiś czas, a nie tylko kilka chwil po szturmie. Świadczy o tym fakt, że policja nie wykonała żadnych zdjęć tajnego archiwum ani miejsca pracy attaché wojskowego. Jest to niezwykle podejrzane, ponieważ standardowa procedura policyjna nakazuje dokumentowanie miejsca zdarzenia. Brak zdjęć sugeruje, że nikt nie chciał pozostawiać materialnych dowodów na to, że akta zostały naruszone – a tym bardziej wyniesione z budynku.

Sprawa wyszła na jaw dopiero po 30 latach, w 2013 roku, dzięki dziennikarskiemu śledztwu „Tages-Anzeiger”. Szwajcarscy dziennikarze Balz Spörri i Julian Schmidli dotarli do odtajnionych dokumentów w Archiwum Federalnym, a także do relacji świadków, w tym Benno Schneidera. Okazało się, że przez trzy dekady szwajcarski establishment polityczny utrzymywał tę informację w ścisłej tajemnicy. Nawet w oficjalnych raportach śledczych pojawiał się jedynie enigmatyczny zapis o „ogólnym zamieszaniu po szturmie”.

Sam Furgler zdementował pogłoski o kradzieży dokumentów podczas konferencji prasowej tuż po odbiciu ambasady. Zapytany przez dziennikarzy, czy Szwajcaria przejęła polskie tajne akta, odpowiedział z oburzeniem, że „sztab specjalny nie jest w posiadaniu akt szpiegowskich”. Zapewnił też, że ambasada zostanie zwrócona Polakom w stanie nienaruszonym, zgodnie z zobowiązaniami prawa międzynarodowego. Było to jedno z największych kłamstw w historii szwajcarskiej dyplomacji, choć przez wiele lat nikt nie był w stanie go zweryfikować.

Polska strona od początku podejrzewała, że Szwajcarzy mogą wykorzystać sytuację do pozyskania tajnych dokumentów. Dlatego tak bardzo zależało jej na wysłaniu własnych komandosów, którzy zabezpieczyliby tajne archiwum. Gdy Szwajcaria odmówiła, w Warszawie narastała frustracja i podejrzenia. Po latach okazało się, że te obawy były jak najbardziej uzasadnione. Dla służb PRL była to ogromna kompromitacja i cios wizerunkowy, a także dekonspiracja wielu metod pracy wywiadowczej.

Rewelacje z 2013 roku potwierdziły, że główny autor akcji – Florian Kruszyk – mówił prawdę, gdy twierdził, że działał w porozumieniu ze Szwajcarami. Kruszyk wielokrotnie po wyjściu z więzienia powtarzał, że celem zamachu nie było zniesienie stanu wojennego, ale zdobycie i przekazanie Zachodowi tajnych dokumentów polskiego wywiadu. Przez lata nikt nie brał jego słów na poważnie, uznając je za fantazje skazańca. Dziś wiemy, że jego relacja była zadziwiająco zgodna z tym, co naprawdę wydarzyło się w ambasadzie po szturmie.

Szwajcaria kategorycznie odrzuciła polski wniosek o ekstradycję skazanych, co było ogromnym rozczarowaniem dla władz PRL. Kurt Furgler uzasadnił to stwierdzeniem, że Polska nie jest stroną Europejskiej konwencji o zwalczaniu terroryzmu. Dodał też uszczypliwie, że czterech mężczyzn „może woleć być w Szwajcarii niż w kraju, gdzie wolność nie ma tej samej wartości”. Decyzja ta wywołała w Warszawie oburzenie i zrozumiałe podejrzenia, że Szwajcarzy chronią sprawców, by nie ujawnili oni prawdy o kradzieży dokumentów.

Proces odbył się w dniach 3-6 października 1983 roku przed Szwajcarskim Trybunałem Federalnym w Lozannie. Był to proces stosunkowo szybki, sąd nie miał wątpliwości co do winy oskarżonych. Florian Kruszyk otrzymał najwyższy wyrok – 6 lat pozbawienia wolności (Zuchthaus) oraz 15 lat wydalenia z kraju. Pozostali trzej mężczyźni usłyszeli wyroki od 2,5 do 3 lat więzienia oraz pięcioletni zakaz wjazdu do Szwajcarii. Wymiar kary był stosunkowo łagodny jak na czyny, o które byli oskarżeni.

Podczas procesu Kruszyk utrzymywał, że jego organizacja (Powstańcza Armia Krajowa) liczy ponad 3000 członków, w tym 200 żołnierzy polskiego wojska. Twierdził, że cieszy się poparciem władz Albanii i innych państw bloku wschodniego. Sąd odrzucił te tezy jako całkowicie niewiarygodne, uznając, że była to tylko czteroosobowa grupa, a rzekome struktury istniały jedynie w wyobraźni Kruszyka. Sprawdzono również jego kontakty z albańskim wywiadem – okazały się mocno przesadzone.

Po wyjściu z więzienia Kruszyk zorganizował prowokacyjną konferencję prasową przed polską ambasadą w Bernie. Podczas tego wystąpienia powtórzył swoją wersję wydarzeń: akcja była zaplanowana wspólnie ze szwajcarskimi służbami, a jej prawdziwym celem było wykradzenie dokumentów. Dziennikarze, którzy przyszli na konferencję, nie wiedzieli, jak traktować te rewelacje – czy to urojenia skazańca, czy ujawnienie jednej z największych tajemnic zimnej wojny. Dziś, po ujawnieniu dokumentów przez „Tages-Anzeiger”, wiemy, że Kruszyk mówił prawdę.

Polski wywiad poniósł ogromne straty w wyniku ujawnienia tajnych dokumentów. Według materiałów Instytutu Pamięci Narodowej, „pociągnęło to za sobą poważne następstwa w pracy wywiadowczej Zarządu II Sztabu Generalnego wyrażające się w dekonspiracji form i metod pracy wywiadowczej”. Wielu cennych agentów musiało zostać wycofanych z terenu Niemiec, Francji i Szwajcarii. Dla Polski była to katastrofa wywiadowcza porównywalna z ucieczką na Zachód pułkownika Kuklińskiego.

Polskie władze próbowały wykorzystać atak do własnej propagandy, przypisując go skrajnej antyrządowej opozycji. W oficjalnych komunikatach w Warszawie sugerowano, że za zamachem stoją „ekstremiści związani z Solidarnością”, co miało zdyskredytować ten ruch społeczny. Rzecznik rządu PRL Tadeusz Kohno rewicz ogłosił, że Polska jest gotowa wysłać własną jednostkę antyterrorystyczną. Był to również pretekst do dalszego zaciskania śruby w kraju i uzasadniania stanu wojennego.

Zaskakującym uczestnikiem wydarzeń był ojciec Józef Maria Bocheński, który nie tylko pomagał w negocjacjach, ale później wystąpił jako świadek w procesie. Bocheński, mimo podeszłego wieku (80 lat), wykazał się niezwykłą odwagą i zimną krwią, wielokrotnie wchodząc w bezpośrednie rozmowy z uzbrojonymi napastnikami. Po procesie udzielił kilku wywiadów, w których wyrażał mieszane uczucia co do postawy porywaczy – z jednej strony potępiał ich metody, z drugiej rozumiał ich polityczną frustrację. Jego udział nadaje całej historii wymiar moralny i humanitarny.

Benno Schneider, szef sztabu negocjacyjnego, przez lata nosił w sobie tajemnicę i dopiero na starość zdecydował się ją ujawnić. W wywiadzie dla „Tages-Anzeiger” w 2013 roku przyznał, że zdawał sobie sprawę z nielegalności działań, ale uważał je za uzasadnione. „To była kwestia bezpieczeństwa naszego kraju” – tłumaczył. Schneider zmarł kilka lat po ujawnieniu tych informacji, a jego spowiedź jest jednym z kluczowych dowodów w tej sprawie. Bez jego odwagi cywilnej świat nigdy by się nie dowiedział o szpiegowskim epizodzie tej historii.

W 1984 roku w Polsce powstał film fabularny „Ultimatum” w reżyserii Janusza Kidawy, luźno oparty na wydarzeniach w Bernie. W filmie wątek szpiegowski został całkowicie pominięty, a całość skupiała się na heroicznej postawie polskich dyplomatów i walce z „zachodnim terroryzmem”. Była to typowa dla tamtych czasów produkcja propagandowa, która miała umocnić w społeczeństwie poczucie zagrożenia ze strony wrogich sił zewnętrznych. Rzeczywista historia – ze szwajcarskim szpiegostwem w tle – była zbyt niewygodna, by ją pokazywać.

Atmosfera zimnej wojny sprawiła, że wydarzenia w Bernie były obserwowane przez wszystkie mocarstwa. Zarówno Związek Radziecki, jak i Stany Zjednoczone uważnie śledziły rozwój sytuacji, wiedząc, że polska ambasada jest ważnym punktem wywiadowczym Układu Warszawskiego. Dla Amerykanów potencjalne ujawnienie dokumentów było cennym źródłem informacji o metodach pracy wroga. Dla Rosjan była to z kolei kompromitująca wpadka sojusznika, która ujawniła słabości polskiego aparatu bezpieczeństwa.

Szwajcarzy, którzy zawsze chwalą się swoją neutralnością i przestrzeganiem prawa, wyszli z tej sprawy z mocno nadszarpniętym wizerunkiem. Naruszenie Konwencji wiedeńskiej było aktem arogancji i pogwałceniem własnych zasad. Choć przez trzy dekady udawało się utrzymać aferę w tajemnicy, to ujawnienie dokumentów w 2013 roku było ciosem dla wizerunku szwajcarskiej dyplomacji. Do dziś rząd Szwajcarii oficjalnie nie odniósł się do tych rewelacji, a winnych nie ukarano – co tylko potwierdza, że akcja była aprobowana na najwyższym szczeblu.

Kruszyk, mimo że był skazanym przestępcą i szpiegiem, przez niektórych środowisk emigracyjnych był postrzegany jako bohater. Dla części Polaków na Zachodzie każda akcja skierowana przeciwko komunistycznemu reżimowi była warta poparcia, niezależnie od metod. Kruszyk umiejętnie wykorzystywał tę sympatię, przedstawiając się jako żołnierz podziemia. Dopiero po procesie, gdy wyszły na jaw jego kryminalna przeszłość i związki z wywiadem, stracił poparcie. Do końca życia pozostał jednak postacią niejednoznaczną i budzącą skrajne emocje.

Wśród dokumentów, które wpadły w ręce Szwajcarów, znajdowały się podobno również materiały dotyczące agentów w samym szwajcarskim rządzie. To wyjaśniałoby, dlaczego Berno tak bardzo zależało na ich przechwyceniu – i dlaczego całą sprawę utrzymywano w tajemnicy przez 30 lat. Jeśli polski wywiad miał swoich ludzi w szwajcarskiej administracji, byłby to skandal polityczny pierwszej wody. Dotychczas nie ujawniono jednak żadnych nazwisk, a dokumenty te nadal mogą znajdować się w tajnych archiwach szwajcarskiego wywiadu.

Atak na ambasadę w Bernie nie był pierwszym ani ostatnim incydentem z udziałem Floriana Kruszyka. W latach 70. podejrzewano go o udział w kampanii terrorystycznej przeciwko polskim instytucjom dyplomatycznym w Hadze. W 1978 roku odmówiono mu azylu w Szwajcarii, ale mimo to nie wydalono go z kraju. To właśnie wtedy mógł nawiązać pierwsze kontakty ze szwajcarskimi służbami, co – jeśli wierzyć jego wersji – zaowocowało późniejszą współpracą. Jego życiorys jest labiryntem zdrad, kłamstw i sprzecznych lojalności.

Polska prasa i telewizja w 1982 roku przedstawiały wydarzenia w Bernie w sposób mocno tendencyjny. Mówiono o „bandytach” i „agentach obcych służb”, unikając szczegółów, które mogłyby świadczyć o słabości polskiego wywiadu. Nie wspominano też o tym, że Szwajcarzy odrzucili pomoc polskich komandosów, bo świadczyłoby to o braku suwerenności. Propaganda sukcesu polegała na podkreślaniu, że „zakładnicy wrócili cali i zdrowi”, a sprawcy zostaną ukarani – niezależnie od tego, gdzie toczy się proces.

Nawet po latach IPN prowadził śledztwo w sprawie wycieku tajnych dokumentów z ambasady w Bernie. Śledczy próbowali ustalić, kto ponosi odpowiedzialność za brak zabezpieczenia archiwum i czy doszło do zaniedbań ze strony przełożonych attaché wojskowego. Sprawa jednak nigdy nie została w pełni wyjaśniona, a akta śledztwa są nadal częściowo zastrzeżone. Wiele osób uważa, że polskie służby celowo pozostawiły dokumenty w ambasadzie, by sprawdzić, czy Szwajcarzy się na nie połakomią – ale ta hipoteza nigdy nie została potwierdzona.

Atak na ambasadę w Bernie był echem głębokiego kryzysu politycznego w Polsce lat 80. Stan wojenny wprowadzony 13 grudnia 1981 roku sparaliżował kraj, a opór społeczny był ogromny. Kruszyk i jego towarzysze chcieli zwrócić uwagę świata na sytuację w Polsce, choć ich metody były skrajnie niewłaściwe. Samo żądanie zniesienia stanu wojennego było zrozumiałe dla wielu Polaków na emigracji, co początkowo dawało napastnikom pewien kredyt zaufania. Gdy jednak zaczęli domagać się pieniędzy i ucieczki, stracili poparcie.

Operacja „Stern” była jednym z nielicznych tak spektakularnych akcji antyterrorystycznych w historii Szwajcarii. Państwo to, na ogół spokojne i bezpieczne, rzadko musi sięgać po takie środki. Sukces operacji był tym większy, że obyło się bez ofiar i bez rozlewu krwi. Do dziś jednostka „Stern” (choć dziś działająca w innej strukturze) wspomina tę akcję jako wzór skutecznego działania. Dokumentacja szkoleniowa z tego szturmu była przez lata wykorzystywana do szkolenia kolejnych pokoleń szwajcarskich antyterrorystów.

Sprawa polskiej ambasady w Bernie jest często przywoływana w kontekście etyki działań służb specjalnych. Czy można usprawiedliwić naruszenie prawa międzynarodowego w imię „wyższego dobra”, jakim jest bezpieczeństwo własnego państwa? Czy Szwajcaria miała moralne prawo przeglądać cudze tajne dokumenty, skoro sama jest sygnatariuszem konwencji wiedeńskiej? Te pytania pozostają bez odpowiedzi i każdy badacz tej sprawy musi sam ocenić, czy cel uświęca środki. Dla Polaków sprawa jest szczególnie bolesna, bo pokazuje, jak łatwo można wykorzystać czyjeś nieszczęście.

Mimo upływu lat, pełna prawda o wydarzeniach w Bernie w 1982 roku wciąż nie jest znana. Dokumenty szwajcarskiego wywiadu dotyczące tej sprawy są nadal tajne, a kolejne ich partie mają zostać odtajnione dopiero za kilkadziesiąt lat. Być może wtedy dowiemy się, kto dokładnie wydał rozkaz skopiowania akt i jakie były dalsze losy tych materiałów. Do tego czasu historia ta pozostanie jedną z najbardziej fascynujących zagadek zimnej wojny – symbolem tego, jak polityka, szpiegostwo i ludzka desperacja splatają się w nierozerwalną całość.

Fot. Beat Estermann, wikipedia.org