Badał polityków i celebrytów. Jest bezkompromisowy – nie ufa komputerom, pracuje wyłącznie na sprzęcie analogowym. To jego metoda i znak rozpoznawczy. Liczba jego zasług nieustannie się wydłuża. O badaniach wariograficznych jako narzędziu poszukiwania prawdy, z Jackiem Bieńkuńskim – niezależnym ekspertem psychofizjologicznych badań poligraficznych – rozmawia Anna Rychlewicz.
Jedną z najbardziej złożonych spraw, w których wydawał Pan opinię było pozbawienie życia 71-letniego księdza w Odworążku w 2001 roku. Opowie Pan coś więcej na ten temat?
Rzeczywiście ta sprawa jest jednym z najtrudniejszych przypadków, z którymi miałem do czynienia. Tutaj, mimo braku materialnych dowodów, 16-letnia dziewczyna przyznała się do udziału w zbrodni, jednocześnie wskazując trzech współsprawców. Wszyscy spędzili pół roku w areszcie. Dziewczyna zobaczyła, jak to wygląda… Była tam wielokrotnie molestowana. W końcu odwołała swoje zeznania, ale ani policja ani prokuratura nie chciały sprawdzić nowych informacji. Dopiero po przejęciu śledztwa przez prokuraturę nadrzędną i wykonaniu badań poligraficznych sprawa ruszyła. Dzięki tym badaniom udało się wykazać, że żadna z tych czterech osób nie miała nic wspólnego ze zbrodnią. Okazało się natomiast, że sprawcą był starszy brat 16-latki. Wyniki te potwierdziły się później w sądzie, a on został skazany na 25 lat pozbawienia wolności. Dziewczyna wzięła winę na siebie, wierząc, że ze względu na młody wiek uda jej się uniknąć kary…
***
Czy zdarza się, że podejrzani w sprawach kryminalnych – nie tyle nie zgadzają się na poddanie badaniom – ale zmieniają zdanie w ostatniej chwili? Pamięta Pan jakieś konkretne przypadki?
Tak, jednym z takich przypadków była głośna sprawa zaginionej w lutym 2025 roku Katarzyny Błaszko z Wojborza koło Kłodzka. Kilka dni po jej zniknięciu, odnaleziono ciało. Policja zatrzymała jej byłego partnera, Dawida T., który mógł mieć związek ze sprawą. Początkowo był przesłuchiwany jako świadek. Przyznał, że w dniu zaginięcia widział się z Katarzyną, ale stanowczo zaprzeczył, jakoby miał coś wspólnego z jej zniknięciem. Zgodził się na badanie wariografem. Dzień później usłyszał już zarzut bezprawnego pozbawienia wolności i znów zadeklarował chęć poddania się testowi. Przygotowałem więc zestaw pytań, takich jak: „Czy zanim dowiedziałeś się o zaginięciu Katarzyny, wiedziałeś, że mogło się jej coś stać?”, „Czy byłeś obecny podczas uprowadzenia?”, „Czy brałeś udział w pozbawieniu jej wolności?”, „Czy wiesz, kto to zrobił albo kogoś podejrzewasz?”.
Celem badania miało być sprawdzenie, czy w systemie nerwowym podejrzanego zapisane są ślady pamięciowe związane z tym czynem. Wszystko było gotowe – urządzenie skalibrowane, a pytania uzgodnione – gdy nagle, tuż przed rozpoczęciem badania, mężczyzna wycofał swoją zgodę. Na pytanie o powód powiedział tylko: „Nie chcę tych badań, ponieważ zamierzam pokazać miejsce, gdzie znajduje się ciało Katarzyny”. Śledczy natychmiast pojechali we wskazane przez niego miejsce – w masywie leśnym, pod gałęziami odnaleziono zwłoki kobiety. Ciało było częściowo rozebrane, z licznymi ranami kłutymi. Mimo takiego przełomu, Dawid T. nadal twierdził, że nie miał z tą śmiercią nic wspólnego – i że kobieta… sama zadała sobie ciosy. Sprawa ta nadal jest w toku.
***
Czy badanie wariografem może ujawnić coś więcej, niż zakładało śledztwo? Załóżmy, że podejrzany w konkretnej sprawie kryminalnej ma za sobą przeszłość, która do tej pory nie została ujawniona. Wyjdzie na jaw podczas badania?
Oczywiście, miałem również takie przypadki. Doskonale pamiętam sprawę z Płocka z 1996 roku. O zgwałcenie i zabójstwo młodej dziewczyny oskarżony został 17-letni chłopak. Początkowo zgodził się na badanie, ale zanim dotarłem do prokuratury, przyznał się do zabójstwa. Zaprzeczył jednak, jakoby dopuścił się gwałtu. Mimo tego zdecydowano się na przeprowadzenie badania. Wyniki jednoznacznie potwierdziły, że chłopak miał związek zarówno z morderstwem, jak i ze zgwałceniem. Ale co najciekawsze – badany bardzo silnie zareagował na jedno z pytań kontrolnych: „Czy przed 1996 rokiem brałeś udział w innej zbrodni zabójstwa dotąd niewykrytej?”. Po badaniu zapytałem go, co mogło wywołać tak intensywną reakcję. Chłopak zaskakująco szczerze przyznał, że wspólnie z kolegą zamordował wcześniej stróża, który pilnował zamkniętego zakładu przemysłowego. Śmierć tego mężczyzny uznano wtedy za naturalną, a sprawę dawno umorzono. W orzeczeniu do wyroku sąd wojewódzki wyraźnie podkreślił, że moja opinia była jednym z kluczowych dowodów, które podważyły wiarygodność wyjaśnień oskarżonego składanych w trakcie procesu.
***
Czy w swojej pracy miał Pan do czynienia ze sprawą, w której wyniki badania wariograficznego nie zostały uwzględnione, a mogłyby według Pana zmienić przebieg śledztwa?
Nie musimy daleko szukać… Proszę spojrzeć – mam opinię z 1997 roku, którą – gdyby ówczesna pani prokurator wzięła pod uwagę – Tomasz Komenda prawdopodobnie nigdy nie trafiłby do więzienia. Dwa miesiące po tragedii w Miłoszycach przebadałem dwie osoby, które miały bezpośredni kontakt z ofiarą tamtej nocy. Na podstawie ich reakcji wskazałem, że mogą one posiadać wiedzę na temat tego, kto był sprawcą. Niestety – moja opinia nie została uwzględniona. Prokuratura ją zignorowała, nikt nie próbował nawet jej zweryfikować. Tymczasem jeden z tych mężczyzn przyznał w trakcie badania, że w sylwestrową noc wyszedł z zabawy razem z Małgosią. W pewnym momencie podszedł do nich inny mężczyzna, który przedstawił się jako kuzyn dziewczyny – niejaki Irek. Powiedział, że ją odprowadzi. Nie odprowadził… Ten trop został wtedy całkowicie zignorowany. Dopiero po uniewinnieniu śp. Tomasza Komendy, w lutym 2019 roku, prokuratura postawiła zarzuty między innymi wspomnianemu Irkowi.
***
A jak to jest ze sprawami komercyjnymi, gdy zgłaszają się do Pana prywatne osoby lub firmy. Zakładam, że często robią to z konkretnymi podejrzeniami i liczą, że badanie poligraficzne dostarczy im potwierdzenia. Czy zdarzają się sytuacje, w których wynik badania całkowicie przeczy tym podejrzeniom i zaskakuje nawet samego zleceniodawcę?
Tak, była taka sytuacja – zgłosił się do mnie właściciel warsztatu samochodowego, który padł ofiarą kradzieży. Z sejfu w firmie zniknęło blisko pół miliona złotych. Zgłosił sprawę policji, ale tam usłyszał, że skoro nie było włamania, nie zajmą się tym. Już nieco bezsilny, poprosił mnie o pomoc w wytypowaniu sprawcy. Wyjaśnił, że podejrzewa wszystkich swoich siedmiu pracowników – co prawda nie o tę konkretną kradzież, ale o drobne wynoszenie części z warsztatu, o czym wiedział i co do pewnego stopnia, tolerował. Tym razem jednak straty były zbyt poważne. W warsztacie pracował też 17-letni uczeń, któremu właściciel ufał najbardziej – pomagał jego rodzinie i był przekonany, że to ostatnia osoba, która mogłaby go okraść. Po przeprowadzeniu badań wariograficznych okazało się jednak, że za kradzieżą stał właśnie ten chłopak. Co więcej – test wykazał również, że wcześniej wyniósł z firmy kilka tysięcy złotych i laptopa.
Po badaniu pokazałem chłopakowi rolkę z zapisem reakcji i wskazałem momenty największych zmian psychofizjologicznych. Powiedziałem, że jeśli potrafi to wyjaśnić w racjonalny sposób, mogę wziąć to pod uwagę przy interpretacji. Wtedy spanikował i przyznał się do wszystkiego. Wskazał miejsce, w którym ukrył pieniądze. Dzięki temu właścicielowi udało się odzyskać całą skradzioną kwotę. Innym kalibrem są sprawy, w których zazdrośni mężczyźni chcą sprawdzić wierność swoich kobiet, a raczej udowodnić im niewierność. Chcą wiedzieć, z kim, ile razy i w jakim układzie geometrycznym, zostali zdradzeni. A najlepiej jeszcze – czy ich kobieta była usatysfakcjonowana.
***
Podejmuje się Pan takich spraw?
Zwykle jak dzwonią, to odsyłam do psychologa. Jak trudniejszy przypadek – prosto do psychiatry. Zrobiłem takich badań sporo w swojej praktyce, by mieć w tym zakresie jakieś doświadczenie, ale generalnie odmawiam.
Dlaczego?
Badania wariograficzne w takich sprawach stają się bardziej narzędziem do manipulacji niż prawdziwego dochodzenia prawdy. Facet, który zakoduje sobie, że kobieta go zdradziła, będzie za wszelką cenę szukał dowodów na to, że tak było. Obiektywne oceny go nie interesują. Zdarzały się przypadki, w których orzekłem, że żona nie zdradziła, a facet wpadł w szał, że mnie przekupiła, że wypłakała, wybłagała. Wolę nie brać rodzin na swoje sumienie.
Panie Jacku, a gdybyśmy na koniec porozmawiali sobie o sprawach, które nie są związane stricte ze światem kryminalnym, ale zapadły Panu szczególnie w pamięć. Pamięta Pan jakieś nietypowe doświadczenie z pracy?
Badałem wiele gwiazd i celebrytów. Osób z pierwszych stron gazet. Jedną z najbardziej kontrowersyjnych spraw było chyba poddanie badaniu Janusza Palikota. Miało mu to pomóc w kampanii wyborczej… Była to specyficzna sytuacja, która miała miejsce, gdy polityk ten wycofał się z Platformy Obywatelskiej i założył Ruch Palikota. Zbliżał się okres przedwyborczy, a on intensywnie działał w mediach, odwiedzając redakcje i udzielając wywiadów. Wówczas redakcja jednego z dzienników złożyła mu propozycję: dwie rozkładówki pod warunkiem, że podda się badaniu wariograficznemu. Palikot przystał na to bez mrugnięcia okiem. Pytania przygotowała sama redakcja, ja tylko doprecyzowałem je tak, aby spełniały określone wytyczne. Były dosyć specyficzne – kontrowersyjne.
Rozumiem jednak, że tutaj celem była poczytność, a im więcej kontrowersji, tym lepiej. Jedno z pytań dotyczyło tego, czy Palikot jest obrzezany. Sam nie zadałbym takiego pytania, ale działałem na zlecenie redakcji. W takich sytuacjach mimo wszystko staram się zachować profesjonalizm i przestrzegać ustalonych zasad. Powiem tak – nie skłamał w tej kwestii. I słusznie. Wiemy już, że kłamstwo ma krótkie nogi, a wariograf potrafi je dogonić. Dziękuję bardzo za rozmowę.
Chcesz poznać ciąg dalszy wywiadu? Sięgnij po Detektywa 9/2025 (tekst Anny Rychlewicz pt. Prawda pod napięciem). Cały numer do kupienia TUTAJ.