Wystarczy otworzyć Instagram, TikToka czy LinkedIn. Co widzisz? Uśmiechnięte twarze, wypożyczone tła, cytaty o „milionie w 30 dni” i przyciski „Zapisz się na darmowy webinar”. Dawniej oszuści dzwonili na domofony i sprzedawali garnki. Dziś sprzedają „mindset”, „skalowanie” i „automatyzację”. Różnica jest taka, że garnki można było dotknąć. Kursu – nie. A szkoda, bo przydałby się do wybicia sobie z głowy głupich pomysłów.
Problem jest systemowy: na rynku szkoleń online jest dziś więcej sprzedawców niż kupujących. Każdy chce uczyć, nikt nie chce uczyć się przez lata. Każdy chce skrótu, nikt nie chce drogi. I właśnie na tym żerują nasi bohaterowie.
Pan Mariusz „Lew z LinkedIn” – trener, który nigdy nie prowadził firmy
Kim jest?
Pan Mariusz ma 34 lata. Mieszka z dziewczyną w wynajmowanym mieszkaniu na obrzeżach miasta, ale na zdjęciach pozuje w przestrzeniach co-workingowych z widokiem na wieżowce. Ma trzy konta na Instagramie: jedno prywatne (z kotem), jedno biznesowe (z cytatami) i jedno tajne, którym obserwuje 19-letnie modelki. Na LinkedIn ma 500+ kontaktów, ale większość z nich to inni trenerzy, którzy wzajemnie sobie wymieniają się polubieniami.
Jego głównym narzędziem pracy jest Canva i generator cytatów. Oferuje „System 5K” – pięć kroków do pięciu tysięcy złotych dziennie. Koszt: 4997 zł (bo 5000 to już „zła energia ceny”). W skład pakietu wchodzi:
12 godzin nagrań video (w większości czytanych z kartki),
dostęp do zamkniętej grupy FB, gdzie codziennie wrzuca memy o bogactwie,
trzy „bonusy”, czyli stare webinary, które sprzedawał dwa lata temu pod inną nazwą,
oraz „certyfikat trenera sprzedaży” – który można sobie samodzielnie wydrukować.
Co naprawdę robi?
Pan Mariusz nigdy nie otworzył własnego sklepu internetowego. Raz próbował sprzedawać świece zapachowe, ale się nie wypaliło – dosłownie, bo jedna się zapaliła na paczce. Jego jedyne doświadczenie w sprzedaży to praca w call center przez trzy miesiące, gdzie zwolniono go za zbyt niską liczbę sprzedanych abonamentów. Ale on o tym nie mówi. Mówi za to o „lekcjach, które dało mu życie”.
Na pytanie uczestników: „A czy pan sam stosuje ten system?” – odpowiada zawsze to samo:
„Ja jestem na innym poziomie. Ja nie sprzedaję produktów, ja sprzedaję wizję. Moim sklepem jest moja głowa.”
To zdanie jest tak puste, że można by je oprawić w ramkę i sprzedać jako kolejny kurs.
Oszukany: Kamil, 27 lat, magazynier, marzyciel
Kamil pracuje w magazynie meblowym. Podnosi ciężkie paki, zarabia 3800 zł netto, a wieczorami ogląda rolki pana Mariusza. Zakochał się w obietnicy, że „wystarczy 2 godziny dziennie”. Wziął kredyt na 5000 zł, bo uznał, że to inwestycja.
Po kursie Kamil dowiedział się, że ma zacząć od marketingu afiliacyjnego. Pan Mariusz powiedział mu: „Nie wymyślaj koła na nowo, kopiuj to, co działa”. Kamil założył stronę na platformie za 29 zł/miesiąc, wrzucił linki polecające do kursów… innych trenerów. Przez dwa miesiące zarobił 17 zł. Wydał na reklamy 800 zł.
Napisał do pana Mariusza z prośbą o wsparcie. Dostał odpowiedź:
„Nie masz jeszcze wyrobionego mindsetu. Dokup moduł premium za 1500 zł, tam są zaawansowane techniki.”
Kamil nie dokupił. Spłaca teraz kredyt, a na ścianie w pokoju wisi wydrukowany certyfikat, który sam podpisał długopisem. Czasem na niego patrzy i myśli: „Może jednak to nie dla mnie”. Ale pan Mariusz na Instagramie właśnie wrzucił zdjęcie z wypożyczonego Porsche i podpis: „Ci, którzy się poddają, nigdy nie wygrywają”. Kamil znowu daje lajka.
Pani Klaudia „KryptoKapłanka” – sprzedawczyni powietrza z blockchainem w tle
Kim jest?
Pani Klaudia ma 29 lat, ale na zdjęciach wygląda na 22, bo używa filtrów nawet podczas płatnych konsultacji. Ma długie rzęsy, różowe włosy i w tle zawsze słychać relaksującą muzykę. Nazywa siebie „Doradczynią finansową nowej ery” – choć nie ma żadnego wykształcenia finansowego, nawet licencjatu z marketingu.
Jej specjalnością są kryptowaluty, ale ona nie tyle ich uczy, co „przyciąga ich energię”. Jej flagowy produkt to „Kod Dostatku 777” – miesięczny program, w którym codziennie wysyła uczestnikom wiadomość głosową z afirmacjami oraz link do wykresu bitcoina (którego nie analizuje). Koszt: 1500 zł za miesiąc.
Dodatkowo oferuje „sesje uzdrawiania portfela” – za 800 zł rozmawia z klientem na Zoomie, mówiąc mu, że jego pieniądze są zablokowane przez negatywne przekonania i że musi otworzyć kanał przepływu.
Co naprawdę robi?
Pani Klaudia nie ma ani jednego bitcoina. Nie ma też żadnych oszczędności. Żyje z kursów, a swoją działalność finansuje z kolejnych wpłat uczestników. Kiedyś zainwestowała 200 zł w shitcoina o nazwie Dogecoin, sprzedała po tygodniu za 180 zł i uznała, że to sygnał od wszechświata, że musi uczyć innych.
Jej wiedza techniczna ogranicza się do umiejętności czytania nagłówków na CoinMarketCap. Gdy uczestnik zapytał ją o różnicę między Proof of Work a Proof of Stake, odpowiedziała: „To są stare paradygmaty. Ważna jest intencja, nie technologia”. Uczestnik nie zapytał więcej.
Oszukany: Grzegorz, 52 lata, emerytowany górnik, szukający sensu
Grzegorz odszedł na wcześniejszą emeryturę po 30 latach pod ziemią. Ma 180 tys. zł odprawy. Myślał, że to spokojna starość. Potem zobaczył panią Klaudię na TikToku. Mówiła: „Pieniądz jest energią, a energia lubi być w ruchu”. Grzegorz pomyślał: „No właśnie, siedzi mi to na koncie i nic nie robi”.
Zapisał się na Kod Dostatku 777. Pani Klaudia powiedziała mu, że najwyższy czas wejść w krypto, bo za rok bitcoin będzie po milionie dolarów. Grzegorz nie wiedział, co to portfel sprzętowy ani giełda. Pani Klaudia poleciła mu aplikację, którą sama miała poleconą (dostała za to 15% prowizji od wpłat).
Grzegorz wpłacił 40 000 zł. Kupił kryptowalutę o nazwie SafeMoon – bo pani Klaudia powiedziała, że ma fajną nazwę i dobry vibe. W ciągu trzech tygodni wartość spadła o 87%. Grzegorz napisał do niej z paniką. Usłyszał:
„To jest test twojej wiary. Wszechświat sprawdza, czy wytrzymasz. Sprzedawać teraz to błąd. Dokup, bo średnia cena ci się obniży.”
Grzegorz dokupił za kolejne 15 000 zł. Teraz jego portfel jest wart 7 200 zł. Pani Klaudia wysłała mu w ramach rekompensaty darmowy dostęp do „Sesji Uzdrawiania Portfela”, podczas której powiedziała mu, że musi wybaczyć sobie biedę. Grzegorz wybaczył. Pieniądze nie wróciły.
Od tygodnia pani Klaudia promuje nowy token – Luna 2.0. Grzegorz myśli, żeby dołożyć. Bo może tym razem.
Pan Arek „Dropshippingowy Książę” – facet, który nie wysłał paczki od miesiąca
Kim jest?
Pan Arek ma 38 lat, jest po rozwodzie, ma na utrzymaniu dwójkę dzieci, ale na swoich szkoleniach opowiada o „wolności finansowej i podróżach”. Na zdjęciach jest w Tajlandii, ale w rzeczywistości od dwóch lat nie wyjechał dalej niż do Biedronki. Jego oferta: „Sklep w 48 godzin – gotowy dropshipping, który zarabia sam”. Koszt: 3499 zł.
W pakiecie:
gotowa strona na Shoperze (szablon z 2018 roku),
lista 50 dostawców z AliExpress (większość z czasem wysyłki 45-60 dni),
5 godzin nagrań o reklamach na Facebooku (z których połowa jest nieaktualna),
oraz dostęp do grupy wsparcia, gdzie uczestnicy wzajemnie pocieszają się brakiem sprzedaży.
Co naprawdę robi?
Pan Arek ma jeden własny sklep, który założył na szkoleniu dwa lata temu. Sprzedaje w nim zapalniczki z nadrukiem motywacyjnym. W ciągu ostatniego roku sprzedał 7 sztuk. Ale na swoich szkoleniach pokazuje zrzuty ekranu z „przychodów” – które pochodzą… z jego własnych przelewów z drugiego konta, żeby wyglądało to na sprzedaż.
On nie testuje produktów, nie bada rynku, nie ma pojęcia o UX ani o content marketingu. On zna za to jedno hasło: „testuj, testuj, testuj” – ale sam nigdy nie testuje, bo boi się, że wyjdzie, że nie działa.
Ola, 23 lata, studentka, która chciała być niezależna
Ola studiuje psychologię, ale nie widzi w niej przyszłości. Chciała spróbować czegoś swojego. Znalazła pana Arka, który obiecał, że „sklep postawi się sam”. Ola nie miała 3500 zł, więc pożyczyła od matki, mówiąc, że to na czesne (trochę kłamała, ale myślała, że odda z nawiązką).
Arek postawił jej sklep z etui na telefony. Wybrał za nią produkty – wszystkie z kotkami i napisami w stylu „Nie dotykaj”. Powiedział: „Dziewczyny to kupują”. Ola puściła reklamy na Facebooku za 600 zł. Sprzedała trzy etui. Zarobiła 27 zł.
Potem Arek doradził jej: „Zmień target na mężczyzn z napisami motywacyjnymi”. Ola zmieniła. Dodała etui z napisem „Tylko silni” i „CEO od zaraz”. Sprzedała zero. Wydała kolejne 400 zł na reklamy.
Wtedy Arek zaproponował „premium upgrade” za 1200 zł – miał rzekomo dostać lepszych dostawców z Europy. Ola dopłaciła. Dostała listę… tych samych dostawców, tylko z angielskimi nazwami.
Dziś Ola ma w domu 200 etui. Jej mama już wie, że czesne poszło na szkolenie. Ola sprzedaje etui na targach studenckich po 15 zł, żeby odzyskać choć część. Na jednym z etui jest napis: „Sukces to podróż, a nie cel”. Ola patrzy na nie i myśli: „Gdybym tylko wiedziała, że ta podróż prowadzi do piwnicy”.
Pani Ewa „Szczęśliwa Bogaczka” – mistrzyni pustych słów
Kim jest?
Pani Ewa ma 35 lat, mieszka z rodzicami w bloku z wielkiej płyty, ale na swoich filmach spaceruje po willowej dzielnicy (wynajmuje posesję na godziny od znajomego fotografa). Uczy „mindsetu finansowego” – czyli tego, jak myśleć bogato, żeby być bogatym.
Jej kurs to „Metoda Lustra” – 40 dni pracy nad sobą, codzienne nagrania z pytaniami typu: „Czy kochasz siebie wystarczająco, by przyjąć milion?”. Koszt: 2500 zł. Wersja premium za 4200 zł zawiera dodatkowo „spacer z Ewą” – czyli godzinny Zoom, w którym ona spaceruje w tle (również wynajętym).
Co naprawdę robi?
Pani Ewa nigdy nie zarobiła więcej niż 4000 zł miesięcznie w życiu. Nie ma oszczędności, nie ma inwestycji, nie ma firmy. Jej jedyny dochód to szkolenia. Ale ona wierzy w swoją metodę. Naprawdę. I to jest najsmutniejsze: ona oszukuje sama siebie, a pociąga za sobą innych.
Na pytanie: „A czy pani stosuje własną metodę?” – odpowiada z uśmiechem:
„Ja jestem już po tej drodze. Teraz tylko dzielę się światłem.”
Tymczasem jej „światło” to pięć kartek A4 z afirmacjami i nagranie, w którym mówi, że trzeba zmienić słownik z 'nie stać mnie’ na 'jestem w drodze’.
Zenon, 48 lat, kierowca TIR-a, marzyciel na parkingu
Zenon jeździ po Europie. Ma 48 lat, samotny, dzieci nie widział od dwóch lat. W kabinie słucha nagrań pani Ewy. Uwierzył, że jego życie jest takie, bo myśli biednie. Zapisał się na kurs. Potem na poziom mistrzowski. Potem sprzedał swojego Forda Mondeo, żeby opłacić „indywidualny coaching z Ewą” – za 7000 zł.
Ewa powiedziała mu:
„Twoja ciężarówka to twój stary mindset. Czas na nowy pojazd – pojazd myśli.”
Zenon sprzedał samochód, kupił za 800 zł rower (bo „to symbol swobody”) i resztę wpłacił Ewie. Teraz dojeżdża rowerem do bazy, a stamtąd wyjeżdża ciężarówką cudzą. W kabinie ma zdjęcie Ewy wydrukowane z Instagrama. Codziennie rano mówi do niego: „Jestem bogaty, jestem wolny”.
Nie jest. Spłaca długi po kursach. Ale Ewa właśnie wrzuciła nowy post: „Prawdziwa zmiana kosztuje. Ale koszt braku zmiany jest większy”. Zenon daje serce. I czeka. Na myśl. Która nigdy nie przyjdzie.
Dlaczego wszyscy na tym tracą (oprócz trenerów)
Wszyscy ci trenerzy łącznie mają jedno: sprzedają marzenia, bo marzenia się nie zwracają. Marzenia są świetnym produktem, bo:
nie wymagają jakości,
nie trzeba ich testować,
zawsze można powiedzieć, że „klient nie uwierzył wystarczająco”,
nie podlegają reklamacji,
nie da się ich zwrócić.
Tymczasem prawdziwy e-commerce, prawdziwa sprzedaż, prawdziwy sukces – to brudna, nudna, ciężka praca, która nie mieści się w rolce na TikToku. To sprawdzanie magazynów, odbieranie reklamacji, płacenie podatków, uczenie się na błędach przez lata. To nie jest sexy. To nie sprzedaje kursów.
I właśnie dlatego na rynku jest teraz 1000 trenerów i 10 faktycznych przedsiębiorców. A ci 10 – nie mają czasu na nagrywanie historii na Instastory. Oni mają pracę do wykonania.
Zatem ostrzeżenie na koniec:
Jeśli widzisz kogoś, kto obiecuje wolność finansową w miesiąc, pasywny dochód bez pracy albo cudowną metodę, o której banki nie chcą, żebyś wiedział – to nie jest trener. To jest sprzedawca twoich nadziei. A nadzieja to najdroższy towar na świecie. I najłatwiej nim manipulować.
Zanim zapłacisz – zapytaj siebie: „Czy ta osoba ma to, czego mnie uczy?”. Jeśli odpowiedź jest niejasna – to znaczy, że odpowiedź brzmi „nie”. I oszczędź sobie kursu. Kup książkę. Idź na darmowy webinar bez karty kredytowej. Spytaj kogoś, kto faktycznie prowadzi biznes od 10 lat – powie ci, że nie ma skrótów. Są tylko drogi. I na każdej drodze – dużo cięższej niż obiecują guru – trzeba po prostu iść.
A najlepsi trenerzy… nie nazywają się trenerami. Nazywają się doświadczeniem.
Tekst jest satyrą na patologie rynku szkoleniowego. Wszystkie postaci są fikcyjne, choć ich historie powstały na podstawie autentycznych mechanizmów, które można zaobserwować w polskim internecie. Jeśli czujesz się opisany – być może to znak, żeby zmienić branżę.