Cypis zapłakał nad swoim grobem

– Przepraszam za błędy młodości, proszę o łagodny wyrok, bo ciężko żyć w kryminale. Chciałbym, by sąd dał mi szansę – łkając, mówił w ostatnim słowie.

Ta skrucha mu nie pomogła i ma teraz 25 lat do odsiadki.

Zanim „Cypis” znalazł się przed obliczem wymiaru sprawiedliwości, długie lata unikał wpadki i mogło się wydawać, że nie poniesie odpowiedzialności za swoje kryminalne sprawki. A tych nie brakowało.

W 1996 roku, w krakowskiej dzielnicy Podgórze, Mariusz K. poznał w pubie Przemysława Z., wypili piwo, pogadali i zgodzili się, że razem będzie im łatwiej działać w przestępczym fachu. Dołączył do nich wkrótce Bronisław G. We trzech zaplanowali pierwszy skok. Wszyscy pochodzili z podkrakowskiej Skawiny, ale od dawna żyli w mieście pod Wawelem. Szybko wytypowali pierwszy cel w przestępczej robocie.

– Wiem, gdzie mieszka bogata handlarka złotem. Robota będzie prosta, bezpieczna i dochodowa – przekonywał „Cypis”.

Nie krył, że bywał w domu kobiety przy ulicy Zbrojarzy, bo był związany z jej córką. Wtedy zorientował się, jakie są tam zabezpieczenia, gdzie zamontowany jest system alarmowy i w jaki sposób działa. Wiedział również, gdzie gospodyni – Elżbieta D. – trzyma gotówkę i że do biednych osób nie należy. Była właścicielką kantoru, handlowała walutami, biżuterią i do tego miała sklep z drogimi futrami.

13 lutego 1996 roku Elżbieta D., około godziny 19:30, wyszła z córką i dwoma znajomymi na występ kabaretu do jednej z krakowskich kawiarni. W domu jednorodzinnym został tylko pies. Kobieta włączyła alarm przed wyjściem, zamknęła drzwi, wróciła tuż po północy. Po przekroczeniu progu zwróciła uwagę, że włączył się alarmowy system świetlny, ale nie ten dźwiękowy, bo, jak się okazało, wyładował się jeden akumulatorek. Alarm włączył się nie bez powodu. W środku domu panował bałagan, rzeczy były powyrzucane z półek, widać było, że ktoś splądrował wnętrze. Elżbieta D. zrozumiała, że padła ofiarą włamywacza. O tym, w jaki sposób dostał się do jej lokum świadczyło wypchnięte w kuchni okno na I piętrze budynku. Zszokowana odkryła, że sprawca ciężko poranił jej pieska, czworonożnego pupila znalazła w łazience w kałuży krwi.

Elżbieta D. nie miała pojęcia, że włamywaczem był znany jej „Cypis”, który ze wspólnikami precyzyjnie zaplanował skok. Włamanie, oprócz celu finansowego, miało też charakter zemsty, bo sprawca chciał odegrać się na córce właścicielki wilii. Nie mógł się bowiem pogodzić, że kiedyś zerwała z nim znajomość. Dziewczyna traktowała ją dość luźno, ale „Cypis” uważał inaczej, dlatego tak bardzo zabolała go reakcja rzekomej narzeczonej.

Sprawcy włamania spotkali się przed blokiem „Cypisa”, autem podjechali w pobliże miejsca skoku, dalej ruszyli na piechotę. Mieli ze sobą pałkę, łom i scyzoryk. Na głowy założyli kominiarki. Widzieli, że w domu Elżbiety D. pali się światło, ale po godzinie obserwacji uznali, że kobiety nie ma w środku, a tylko zostawiła włączoną lampę. We trzech weszli na posesję.

Jakie było nastawienie emocjonalne „Cypisa” przed włamaniem mogły świadczyć jego słowa do wspólników, że gdyby ktoś był w środku i pozna go po głosie to „on tę osobę zabije”. Przemysław Z. podsadził go pod kuchenne okno, obaj się wspięli i znaleźli się w środku budynku. Bronisław G. pozostał wtedy na czatach na terenie posesji. Dwóch włamywaczy, po upewnieniu się, że w środku nie ma ludzi, zaczęło plądrować szafki, zabrali kamerę, magnetowid, biżuterię i duże futro. Siłą oderwali kasetkę przymocowaną śrubami do podłogi. „Cypis” pożyczył nóż od kolegi i pociął nim tapicerkę foteli i kanapy, wyrzucił też rzeczy z kredensów.

– Tak zrobiłem, by się zemścić – nie krył ze złośliwym uśmiechem.

Przemysław Z. w tym czasie poturbował jamnika właścicielki, uderzył go 2 razy pałką, gdy pies zaczął szczekać. Zwierzak szybko ucichł. Potem sprawcy z domu ruszyli w stronę garażu, ale gdy Bronisław G. zapukał do nich w szybę, włączył się alarm. Żaden z nich nie przypuszczał, że w garażu też jest instalacja antywłamaniowa. Szybko przeskoczyli ogrodzenie i ze skradzionymi rzeczami zapakowali się do samochodu. Koło bloku „Cypisa” łomem rozbili zabraną kasetkę i wyjęli z niej dolary i biżuterię. Łup był duży. W sumie wzięli 5 tys. zł, 400 funtów, 20 tys. szylingów austriackich, 20 tys. lirów włoskich. Łączna wartość obcych walut wynosiła około 25 tys. zł. Skradli też 9 pierścionków, wisiorki i kolczyki warte 34 tys. zł.

„Cypis” nie zamierzał próżnować i już miesiąc później, w marcu 1996 roku, namówił wspólników do kolejnego przestępstwa. Zgodził się przy tym, by do ich bandy dołączył czwarty mężczyzna, Robert H. Ten uchodził za osiłka, był bywalcem siłowni i bramkarzem w krakowskich klubach. Nie miał żadnych oporów, by wziąć udział w napadzie rabunkowym na majętnego ogrodnika, mieszkającego w podkrakowskim Gaju.

Za skok na Elżbietę D. jeden ze sprawców kupił używany samochód – ładę samarę – ale wszyscy apetyty mieli większe, liczyli na znacznie większe pieniądze. Tym bardziej, że banda miała już czterech członków.

Ogrodnik Janusz J. miał ładny dom na obszernej, liczącej ponad 3 hektary działce, posesja była duża, dom znajdował się pośrodku, obok niego garaż, do którego można się było dostać wąskim, podziemnym korytarzem. Mężczyzna posiadał samochód osobowy i większe, transportowe auto. Posiadłość była ogrodzona siatką i drewnianymi sztachetami.

Janusz J. dorobił się majątku na sprzedaży egzotycznych drzew i krzewów. Przy okazji zajmował się też montażem kominków. Mieszkał z matką Zenobią, żoną Anną i 14-letnią córką Jadwigą. Tak się złożyło, że w przeddzień napadu rozmawiał z członkami rodziny o sprawach bezpieczeństwa w okolicy. Nie miał pojęcia, że sam za kilkanaście godzin później na własnej osobie doświadczy brutalnej przemocy.

„Cypis” i członkowie jego bandy przygotowali się do tego skoku. Wybrali się na miejsce ładą samarą, zaparkowali 500 metrów od posesji Janusza J. Założyli ciemną odzież, na głowy założyli kominiarki. Zza krzaków obserwowali życie domowników, potem przeskoczyli ogrodzenie i czekali na dogodny moment do ataku. Mieli kij bejsbolowy, broń gazową, pojemnik z gazem, nóż oraz taśmę klejącą.

 Gdy napotkamy opór ze strony domowników, to ich obezwładniamy – zarządził Mariusz K.

Gospodarz i jego najbliżsi nie przeczuwali, że może się im przytrafić coś złego. Zenobia J. tamtego dnia wróciła z kościoła około godziny 17 i w pokoju oglądała telewizję, Anna J. z córką siedziały w salonie, a Janusz J. poszedł do garażu. Postanowił zaparkować swoją toyotę i zamknąć bramę wjazdową. Wjechał samochodem do garażu, gdy wysiadał z auta, zaskoczyli go zamaskowani bandyci. Podbiegli, gdy brama garażowa się zamykała. Doskoczyli do zaskoczonego kierowcy.

– Dawaj gotówkę – zażądali.

– Panowie, o co chodzi? Nie mam pieniędzy – odparł gospodarz.

Wypowiedzi nie zdołał rozwinąć, bo otrzymał cios w głowę. Jeden z napastników, po krótkiej szarpaninie uderzył go mocno kijem bejsbolowym. Janusz J. upadł obok samochodu, nie ruszał się, ale „Cypis” ponowił atak i zadał leżącemu dodatkowe ciosy w tułów i nogi, choć gospodarz nie stawiał najmniejszego oporu, jedynie lekko się poruszał, z trudem oddychał. Mariusz K. został, by go pilnować, przeciągnął go tylko do pomieszczenia pobliskiej pralni, a pozostali trzej wspólnicy korytarzem dostali się do wnętrza domu.

Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po „Detektywa Wydanie Specjalne” 4/2025 (tekst Artura Drożdżaka pt. Cypis zapłakał nad swoim grobem). Cały numer do kupienia TUTAJ.