Czarna Mańka ze Stalowej. Dramat z 1 listopada

Praga-Północ przez dziesięciolecia była w Warszawie synonimem miejsca, do którego nie warto zaglądać. Przed wojną – robotnicza, żydowska, biedna, ale żywa. Po wojnie – odbudowana z gruzów, ale szybko zapomniana przez urbanistów. W PRL-u zaczęła chorować. Zniszczone kamienice, ciemne podwórka, przejścia między budynkami znane tylko miejscowym. „To był rejon, gdzie policja wolała wjeżdżać dwoma radiowozami” – mówi jeden z byłych funkcjonariuszy, który prosi o anonimowość. „Nie dlatego, że bandyci byli groźniejsi niż gdzie indziej. Po prostu układ ulic, bram, przejść – w razie pościgu mógł cię zabić. A ludzie mieli zasadę: nie widzę, nie słyszę, nie wiem.”

Ulica Stalowa, biegnąca między al. „Solidarności” a ul. Szwedzką, była osią tego świata. Do dziś stoją tam przedwojenne czynszówki z wykuszami, balkonami i odrapanymi tynkami. W 2015 roku wyglądały niewiele lepiej niż dziesięć czy dwadzieścia lat wcześniej. Klatki schodowe pachniały wilgocią, starym tytoniem i czymś jeszcze – niektórzy mówią, że strachem.

Na parterze jednej z takich kamienic, w lokalu o powierzchni około dwudziestu metrów kwadratowych, mieszkała Paulina L. Mieszkanie – jedno pomieszczenie, mały korytarz, aneks kuchenny, łazienka. Na tyle duże, by nie dać się zgnieść. Na tyle małe, by nie było gdzie uciec.

Paulina nie wybrała Pragi. To Praga wybrała Paulinę. Wychowała się w domu dziecka. Jej rodzice trafiali do więzienia. Kiedy była nastolatką, kontakt się urwał. Matka wyjechała za granicę po jednej z odsiadek. Ojciec został za kratkami. Na Pradze znalazła się sama, ale jak to na Pradze – nie znaczyło to, że była całkiem sama.

Ojcem jej pierwszej córki, Oliwii, był Marek z sąsiedztwa. Młody chłopak, który – w przeciwieństwie do wielu – nie odwrócił się od dziecka. Sąsiedzi widywali go codziennie. Przynosił jedzenie, pomagał finansowo, zabierał Oliwię na spacer. Z Pauliną utrzymywał poprawne relacje. Nie byli razem, ale – jak mówili świadkowie – „dzielnie się trzymali”.

Potem pojawił się Krzysztof. Z nim było inaczej. Awantury, alkohol, przemoc. Gdy Paulina zaszła w ciążę z Norbertem, mężczyzna wyprowadził się. Nie chciał uznać syna. Paulina została z dwójką dzieci, długami i widmem eksmisji.

Mieszkanie przy Stalowej zajmowała „na dziko”. Urzędnicy od miesięcy szukali dla niej lokalu socjalnego, bez skutku. Kilka dni przed tragedią zgłosiła się do Komitetu Obrony Lokatorów. Miała wrócić z dokumentami 3 listopada 2015 r. Nie wróciła.

Utrzymywała się z alimentów, świadczeń i handlu. Przed cmentarzem Bródnowskim sprzedawała znicze, wieńce i pańską skórkę – warszawski cukierek zawijany w papierki, który starsze pokolenie pamięta z dzieciństwa. „Była głośna, wybuchowa, ale dzieci kochała” – wspominali sąsiedzi. Oliwia regularnie chodziła do świetlicy środowiskowej. Norbert prawie nie schodził jej z rąk.

Mimo to, na podwórku mówiono o niej różnie. Niektórzy bali się jej języka. Inni szanowali, że próbuje sobie radzić. Wszyscy jednak wiedzieli, że Paulina jest stąd. Ze Stalowej. Z Pragi.

Magdalena M. też była stąd. Ale na innym prawie. W okolicy znano ją jako „Czarną Mańkę” – od ciemnych włosów i jeszcze ciemniejszej reputacji. Jej kartoteka w policji ciągnęła się latami: kradzieże, rozboje, narkotyki. We wrześniu 2015 r., zaledwie dwa miesiące przed tragedią, została zatrzymana po napadzie na salon gier. Groziła pracownicy nożem. Wyszła na wolność i czekała na proces.

Paulina i Magdalena spotykały się regularnie. Czasem handlowały razem pod cmentarzem, czasem odwiedzały się w mieszkaniach. Sąsiedzi widywali „Czarną Mańkę” pod blokiem. Nikt nie zwracał większej uwagi. Na Pradze nie zadaje się za dużo pytań.

Tyle że ta znajomość miała cień. Według późniejszych wyjaśnień Magdaleny, chodziło o pieniądze – pożyczki, niespłacone długi – oraz o zazdrość. Karol, partner Magdaleny, miał podobno rozmawiać z Pauliną o tych długach. Magdalena nie mogła tego przełknąć.

W tle – mefedron, amfetamina, alkohol. Koktajl, który w tej okolicy miesza się częściej, niż ktokolwiek chce przyznać.

Dzień Wszystkich Świętych. Dla handlarzy przy cmentarzu Bródnowskim to jeden z nielicznych momentów w roku, gdy można zarobić. Paulina wstała około trzeciej nad ranem. Przygotowała szyszki z prażonego ryżu i kukurydzy, pańską skórkę, znicze. Cały dzień spędziła pod cmentarzem, zmęczona, niewyspana, ale – jak mówili znajomi – w dość dobrym humorze. Sprzedała część towaru. Resztę zabrała do mieszkania.

Wieczorem położyła Oliwię i Norberta. Mieli zasnąć szybko. Sama szykowała się do snu. Wtedy zadzwoniła Magdalena. Chciała przyjść, porozmawiać. Paulina zgodziła się, choć była już zmęczona.

Co wydarzyło się w środku? Śledczy odtwarzali to przez miesiące. Kłótnia. Paulina podeszła do drzwi – chciała, żeby Magdalena wyszła. Wtedy na kuchennym bloku leżał nóż. Ciosy padały w korytarzyku. Sekcja zwłok wykazała liczne rany cięte i kłute, przede wszystkim w okolice szyi i głowy. Przecięta krtań. Zgon z powodu wykrwawienia.

Dzieci spały. Oliwia i Norbert nie obudzili się od razu.

Potem Magdalena okradła Paulinę. Pieniądze zarobione pod cmentarzem, dwa telefony komórkowe, biżuteria – cztery pierścionki zdjęte z palców ofiary, łańcuszek zerwany z szyi. I podłożyła ogień w kilku miejscach: przy aneksie kuchennym, śmietniku, w przedpokoju. Łatwopalna substancja, zamknięte od zewnątrz drzwi. Klucz przekręcony.

Wyszła na ulicę. Usiadła gdzieś w pobliżu. Piła piwo.

Około pierwszej w nocy jedna z mieszkanek kamienicy poczuła intensywny zapach dymu. Zadzwoniła po straż pożarną. Strażacy przyjechali szybko. Obeszli budynek, weszli na klatkę. Dym był, ale słaby. Płomieni nie widzieli. Zapukali do drzwi mieszkania Pauliny – nikt nie otworzył. Uznali, że nie ma realnego zagrożenia. Odjechali.

Magdalena – według relacji świadków – siedziała na zewnątrz i uspokajała strażaków. „To nic takiego, grill, ktoś coś przypalił”.

W środku ogień po kilku minutach zaczął gasnąć z braku tlenu. Ale mieszkanie wypełnił toksyczny dym i tlenek węgla. Oliwia musiała się obudzić. Jej ciało znaleziono niedaleko okna – próbowała się do niego dostać. Obok leżał roczny Norbert. Martwy pies rodziny też.

Przez wiele godzin nikt nie wiedział, że w kawalerce na parterze leżą trzy ciała.

2 listopada Oliwia nie przyszła do szkoły. Norbert nie siedział jak zwykle przy oknie. Rolety były opuszczone. Znajomi próbowali dzwonić do Pauliny – bez skutku.

Po południu jeden z nich przyszedł pod mieszkanie. Pukał. Nikt nie odpowiadał. Odchylił prowizorycznie zamocowaną kratę, wybił szybę. Z wnętrza buchnęły gęste kłęby dymu.

Nie czekał na straż. Wszedł z wujkiem Pauliny. W środku panowała cisza. Na podłodze leżała Oliwia. Niedaleko – Norbert. Ciało Pauliny w kałuży krwi, z ranami od noża.

Dopiero wtedy zadzwoniono na policję.

Śledztwo nabrało tempa po anonimowym telefonie. Kobieta, która twierdziła, że w noc zbrodni rozmawiała z Magdaleną M., przekazała policji, że „Czarna Mańka” miała powiedzieć: „Zrobiłam coś głupiego. Włącz telewizor”.

3 listopada funkcjonariusze weszli do mieszkania Magdaleny. Znaleźli dwa telefony komórkowe należące do ofiar – Pauliny i Oliwii. Na ciele podejrzanej – świeże zadrapania.

Początkowo Magdalena nie przyznawała się. Mówiła, że telefony przekazał jej znajomy. Potem, że w mieszkaniu Pauliny pojawił się jakiś „Piotr”, który wszystkiego dokonał. Policja szybko zweryfikowała – „Piotr” w czasie zbrodni przebywał w szpitalu.

W końcu przyznała, że była na Stalowej. Twierdziła, że pamięta wydarzenia jak przez mgłę – wcześniej zażyła mefedron, który pomyliła z amfetaminą. Mówiła o kłótni o pieniądze i o zazdrość. O to, że Paulina kontaktowała się z jej partnerem Karolem.

Niedługo potem sąsiedzi zobaczyli na Stalowej policyjne taśmy. Wieść o zatrzymaniu „Czarnej Mańki” rozeszła się błyskawicznie. Mieszkańcy Pragi byli wstrząśnięci, ale niektórzy – trzeba to powiedzieć – nie całkiem zaskoczeni.

Proces ruszył w grudniu 2016 r. przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga. Magdalena M. wielokrotnie zmieniała wersję wydarzeń. Raz tłumaczyła się narkotykami, innym razem próbowała umniejszać swoją winę. Biegli psychiatrzy stwierdzili u niej osobowość nieprawidłową – egocentryczną, nastawioną na natychmiastową realizację potrzeb, z ignorowaniem otoczenia. Ale nie poczytalności.

Kluczowe dowody: telefony, ślady biologiczne na ubraniach i butach oskarżonej, opinie biegłych z zakresu pożarnictwa. I fakt, że drzwi były zamknięte od zewnątrz. Dzieci – śpiące, a potem duszące się wewnątrz – nie miały szans.

12 czerwca 2017 r. zapadł wyrok: 25 lat więzienia za zabójstwo Pauliny i dożywocie za zabójstwo Oliwii i Norberta. Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał wyrok 15 listopada 2017 r. W uzasadnieniu napisano:

„To, że los dzieci stał się oskarżonej obojętny ze względu na jej osobisty interes w postaci zatarcia śladów wcześniej dokonanego zabójstwa ich matki, nie może przemawiać za zasadnością apelacji.”

Dziś przy ulicy Stalowej nie ma już śladów po tamtym pożarze. Kamienica wygląda inaczej. Nowe okna, wyremontowana klatka. Gdyby nie stare gazety w internecie i zeznania świadków, można by pomyśleć, że nic się tu nie wydarzyło.

Mieszkańcy Pragi jednak pamiętają. Paulinę – głośną, wybuchową, samotną matkę, która próbowała się nie poddać. Oliwię, która nie poszła do szkoły 2 listopada. Norberta, który nie zdążył nauczyć się chodzić.

Na Pradze-Północ, w rejonie, który jeszcze dekadę temu był „zakazany”, działa zasada milczenia. Ale czasem, przy okazji takich spraw, milczenie pęka. Nie dlatego, że ktoś chce mówić. Dlatego, że nie da się oddychać, gdy w małej kawalerce na parterze wciąż unosi się zapach dymu.

Kamienica przy ulicy Stalowej stoi. Tramwaje jeżdżą, ludzie wchodzą i wychodzą. Pod oknem, w którym kiedyś Oliwia próbowała wybić szybę, dziś parkują samochody. Znicze zgasły dawno temu. Ale w pamięci dzielnicy to miejsce wciąż boli – bo Praga nie zapomina swoich.

Fot. Fotopolska.pl