Edmund Kolanowski mówił o sobie „zimny chirurg”. Jego przestępczy życiorys to jedna z najbardziej makabrycznych historii w kronikach kryminalnych PRL-u. Kolanowski był nekrofilem, który swoją chorą fascynację martwym ciałem zamienił w sposób na życie. Jego zbrodnie wstrząsnęły opinią publiczną, a samo śledztwo na długie lata zapisało się w annałach polskiej kryminalistyki. Dzisiaj mija 40 lat od dnia, kiedy wykonano na nim karę śmierci.
Noc, 7 maja 1983 roku. Poznański cmentarz na Miłostowie, miejsce spoczynku tysięcy zmarłych, staje się sceną finałowego aktu polowania. W ciemnościach czają się funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej, którzy od miesięcy bezskutecznie usiłują namierzyć nekrofila terroryzującego miasto. Nagle słychać odgłos łopaty wbijającej się w ziemię. To on. Z każdym uderzeniem przybliża się do realizacji swojej chorej fantazji. W ciszy nocy rozlega się charakterystyczny dźwięk przeładowywanego pistoletu. Sylwetka zrywa się do ucieczki i znika w mroku. Zostawia jednak ślad, który odmieni wszystko – kawałek szarego papieru z napisem „Pollena Łaskarzew”.
Edmund Kolanowski – korzenie zła
Edmund Kolanowski przyszedł na świat 24 października 1947 roku w Poznaniu jako drugi syn państwa Kolanowskich. Jego dzieciństwo było naznaczone tragedią, która wydarzyła się przed jego narodzinami – starszy brat Andrzej zmarł, mając zaledwie dwa latka. Matka, pogrążona w niekończącej się żałobie, zabierała małego Edmunda na cmentarz Miłostowo, gdzie całymi dniami opłakiwała zmarłe dziecko. Słowa, które do niego kierowała, miały pozostać w jego pamięci na zawsze: „Żałuję, że nie utopiłam cię w pierwszej kąpieli”.
Ojciec chłopca, były więzień Auschwitz, po wojnie zatrudnił się w fabryce spirytusu, co tylko pogłębiło jego nałóg. Pod wpływem alkoholu znęcał się nad rodziną, a Edmund nieraz próbował stawać w obronie bitej matki. Do tego dochodziły problemy zdrowotne – chłopiec cierpiał na skazę wysiękową, która powodowała, że jego twarz pokryta była ranami i strupami. Dzieci w szkole unikały go, obawiając się zarażenia, a jego wygląd stał się obiektem drwin.
Edukacja szkolna była dla niego koszmarem. Powtarzał pierwszą, trzecią i piątą klasę, nie potrafiąc odnaleźć się wśród rówieśników. Był nadpobudliwy, sprawiał problemy wychowawcze, często wdawał się w bójki i wagarował. W wieku 11 lat, z uwagi na problemy psychiczne, trafił do zakładu dla nerwowo i psychicznie chorych w Mościszkach koło Kościana. To właśnie tam, w szpitalnym prosektorium, narodziła się jego chorobliwa fascynacja. Wraz z innymi chłopcami wdrapywał się na drzewa, skąd przez okna obserwował sekcje zwłok. Masturbował się, patrząc na martwe kobiece ciała.
Edmund Kolanowski – od napaści do nekrofilii
W wieku 15 lat Edmund trafił przed sąd dla nieletnich za napastowanie kobiet w centrum Poznania. Zaczepiał je, wkładał im ręce pod ubranie, dotykał bielizny. Wyrok poprawczaka został zawieszony na dwa lata. W 1966 roku, za pobicie, trafił do więzienia na półtora roku. To doświadczenie miało być dla niego traumatyczne – został tam dwukrotnie zgwałcony. Po wyjściu na wolność, w wieku 22 lat, podjął próbę samobójczą, wbijając sobie nóż w brzuch. Powodem była nieudana próba odbycia stosunku seksualnego – jak wspominał, partnerka wyśmiała go z powodu braku erekcji.
W 1970 roku ożenił się z Zofią, z którą miał dwie córki (urodzone w 1970 i 1972 roku). Małżeństwo szybko zaczęło się psuć – żona, obawiając się kolejnej ciąży, odmawiała współżycia, co dla Edmunda, mającego niezwykle wysoki popęd seksualny (podobno na początku związku odbywali stosunki nawet 23 razy w tygodniu), było nie do zniesienia. Frustracja narastała, a jego fantazje stawały się coraz mroczniejsze.
Pierwszym symptomem jego choroby było zdarzenie, gdy w mieszkaniu, które dzielił z dwiema starszymi kobietami, zmarła jedna z sąsiadek. Edmund wykorzystał okazję, że został sam na sam ze zwłokami. Zaczął je rozbierać i dotykać, masturbując się przy nich. To doświadczenie miało otworzyć puszkę Pandory.
27 października 1970 roku Kolanowski dokonał swojego pierwszego morderstwa. W barze na dworcu PKP w Poznaniu poznał 21-letnią Kazimierę G. Kobieta zgodziła się z nim pojechać do siebie, ale Edmund miał inny plan. W Baborówku zaatakował ją konarem drzewa, bijąc w głowę, aż przestała oddychać. Następnie wyciął scyzorykiem skórę w okolicy jej narządów płciowych, po czym wciągnął ciało do dołu i przysypał piaskiem. Ciała Kazimiery nigdy nie odnaleziono.
W 1972 roku, nie mogąc powstrzymać swojego popędu, Edmund rozpoczął swoją działalność na cmentarzach. Wykopał zwłoki kobiety, ale były w zbyt zaawansowanym rozkładzie, by odbyć z nimi stosunek. Poprzestał na masturbacji. W tym samym czasie zaczął napadać na kobiety nad jeziorem Rusałka. Terroryzował je nożem, kopał, szarpał za włosy, próbował gwałcić. Został aresztowany, a sąd udowodnił mu trzy napaści, skazując na 9 lat więzienia. Wyszedł na wolność w 1979 roku, po odbyciu dwóch trzecich kary. W 1975 roku, na wniosek jego żony, orzeczono nieważność małżeństwa.
Edmund Kolanowski – manekin z ludzkich części.
Po wyjściu z więzienia Edmund związał się z Gabrielą T., z którą miał córkę. Mieszkali na Starym Mieście przy ulicy Wodnej. Dla otoczenia był spokojnym partnerem, dobrym dla rodziny, stroniącym od alkoholu. Miał jednak sekret, który skrywał w komórce.
Kolanowski nie ustawał w realizacji swoich chorych fantazji. Latem 1980 roku włamał się do kaplicy cmentarnej w Nowej Soli, gdzie okaleczył zwłoki 72-letniej Stanisławy K., wycinając jej skórę z okolic narządów płciowych. W nocy z 15 na 16 marca 1981 roku w Warszawie, na terenie Wawra, zamordował 20-letnią kobietę. Uderzył ją metalowym prętem w głowę, po czym wyciął jej piersi i skórę z narządów płciowych. Co robił z wyciętymi fragmentami ciał? W swoim zacisznym schowku konstruował ze znalezionych na śmietniku szmat manekiny, do których przyszywał amputowane piersi i żeńskie narządy płciowe. „Bawiłem się” z nimi, wkładając swojego członka w przyszyte narządy, wykonując ruchy posuwiste, aż do wytrysku. Po dwóch–trzech dniach odpruwał je i palił w piecu kaflowym, a lalkę wyrzucał do śmieci. Z czasem zaczął nazywać siebie „Zimnym chirurgiem”.
Alinka i punkt zwrotny
Makabryczna działalność Kolanowskiego nie mogła pozostać niezauważona. 26 lutego 1982 roku wyniósł z kaplicy cmentarnej na Naramowicach zwłoki 69-letniej kobiety, pozostawiając po niej jedynie książeczkę do nabożeństwa, różaniec i pantofle. Ciało znaleziono następnego dnia na polu, okaleczone w charakterystyczny sposób.
Jednak to, co wydarzyło się 4 listopada 1982 roku, wstrząsnęło całym krajem. 11-letnia Alinka wyszła z domu, by nazbierać trawy dla królików, i zaginęła. O zaginięciu dziewczynki pisał „Express Poznański”. Jej nagie ciało, porzucone na nasypie kolejowym, odnaleziono po kilku tygodniach. Miało wycięte piersi i narządy rozrodcze. Milicja, która do tej pory utrzymywała sprawę w tajemnicy, postawiła wszystko na nogi. Śledztwo otrzymało kryptonim „Nekrofil”.
Jak złapano „Zimnego chirurga”.
Po tragedii Alinki na cmentarzach zarządzono nocne czaty. 7 maja 1983 roku na Miłostowie milicjanci spłoszyli Kolanowskiego, który uciekł, zostawiając łopatę, linki, taśmę klejącą i szary papier z pieczątką „Pollena Łaskarzew”. To był klucz do zagadki. Papier ten używany był tylko w dwóch miejscach w Poznaniu, w tym w spółdzielni „Ziołolek”. 16 maja 1983 roku funkcjonariusze przyszli do pracy 36-letniego palacza Edmunda Kolanowskiego. Jedno spojrzenie wystarczyło: mężczyzna miał twarz pokiereszowaną od krzaków.
Podczas przesłuchań Kolanowski początkowo przyznawał się tylko do profanacji zwłok. Dopiero gdy porównano grupę krwi zamordowanej dziewczynki (B Rh-) z plamami na jego kurtce i przesłuchano dróżniczkę z przejazdu kolejowego na Naramowicach, pękł. Po czterech miesiącach przyznał się do zabicia Alinki.
Edmund Kolanowski – proces i egzekucja
Traumatyczne zeznania zszokowały śledczych. Opowiadał o seksie z martwymi ciałami, o tym, jak wycinał i przyszywał narządy do lalek, a potem palił je w piecu. Biegli psychiatrzy orzekli, że Kolanowski nie jest chory psychicznie ani upośledzony umysłowo – stwierdzili u niego jedynie psychopatię w postaci nekrofilii i fetyszyzmu. Jeden z nich stwierdził, że „czegoś takiego ani polska, ani światowa psychologia czy seksuologia jeszcze nie widziała”.
Proces rozpoczął się 22 stycznia 1985 roku. W jego trakcie Kolanowski odwołał swoje wcześniejsze zeznania, twierdząc, że były wymuszone. Sąd Wojewódzki w Poznaniu uznał go jednak za winnego trzech morderstw, pięciu profanacji zwłok i kradzieży złotego pierścionka. 4 czerwca 1985 roku skazał go na karę śmierci.
Sąd Najwyższy podtrzymał wyrok. 28 lipca 1986 roku Edmund Kolanowski został powieszony w Areszcie Śledczym przy ulicy Młyńskiej w Poznaniu. Była to ostatnia egzekucja wykonana w tym mieście. 1 sierpnia 1986 roku jego ciało spoczęło na cmentarzu Miłostowo – tym samym, który od lat był sceną jego makabrycznych czynów.
Sprawa Edmunda Kolanowskiego, „Zimnego chirurga”, do dziś pozostaje jedną z najmroczniejszych kart w historii polskiej kryminalistyki. Jej echo wciąż pojawia się w książkach, audioserialach i filmach dokumentalnych. Do dziś nie wiadomo, czy przyznawał się do sześciu zabójstw, czy było ich więcej. Pytanie, jak wiele zła może narodzić się w człowieku, któremu zabrakło miłości, wciąż pozostaje bez odpowiedzi.