Eugeniusz Bodo: śmiertelny wypadek pod Łowiczem

Na przełomie lat 20. i 30. Eugeniusz Bodo był postacią niezwykle rozpoznawalną. Występował na deskach teatrów rewiowych, śpiewał, grał i podbijał ekrany kin. Po latach sukcesów pozwolił sobie na pierwszy poważny wydatek – nowiutkiego Chevroleta z miękkim dachem. Jak na ironię, samochód ten stał się katalizatorem jego życiowego dramatu: Bodo jeździł zaledwie od miesiąca, a samochód kupił zaledwie dwa tygodnie przed feralną nocą.

W sobotę 25 maja 1929 roku, tuż po zakończeniu rewii Warszawa w kwiatach w warszawskim kabarecie „Morskie Oko”, Bodo zaproponował przyjaciołom nocną eskapadę do Poznania. Mimo że podróż w obie strony zajmowała około 16 godzin, a artyści mieli wrócić na niedzielne przedstawienie, pomysł wydawał się wszystkim znakomitą zabawą. Przed budynkiem teatru zebrała się jeszcze część publiczności, a gdy artyści wyszli w strojach automobilowych, tłum żegnał ich gromkimi okrzykami. Ktoś krzyknął: „– Dokąd jedziecie? – Do Poznania! Na wystawę!” – odpowiedział wesoło Bodo. W środku towarzystwa panowała wesoła atmosfera, śpiewy i śmiech.

Prowadzony przez Eugeniusza Bodo Chevrolet (kabriolet typu Torpedo) wiózł tego wieczoru łącznie pięć osób. Oprócz aktorki Zofii Oldyńskiej w samochodzie znajdowali się również bracia Michał i Marian Reczkowie – inżynierowie, u których Bodo uczył się jeździć, oraz aktor Witold Roland.

Niedługo po godzinie 2 w nocy, około 3–4 kilometry przed Łowiczem, na trasie Warszawa–Poznań, kierowca trafił na remontowaną i źle oznakowaną drogę. Według relacji prasowej z „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, tuż za Łowiczem Bodo z powodu ciemności nie zauważył zakrętu. Chevrolet wjechał na czterometrowy nasyp, a następnie spadł z wysokości, obracając się do góry kołami. „Głos poranny” z 27 maja 1929 r. donosił: „W tym miejscu szosa podnosi się w górę, potem raptownie skręca na prawo. W skutek słabego światła reflektorów kierowca nie zauważył skrętu i auto w pełnym pędzie spadło z 4 i pół metrowej wysokości do rowu”.

O tym, jak dramatycznie wyglądała ta nocna podróż, świadczą słowa naocznych świadków. „Gazeta Lwowska” z 28 maja 1929 r. relacjonowała: „Ubiegłej nocy wyjechali samochodem z Warszawy do Poznania znani artyści teatru +Morskie Oko+ Roland i Bodo w towarzystwie jeszcze trzech osób. O godz. 2 w nocy pod Łowiczem samochód prowadzony przez p. Bodo na ostrym zakręcie, jadąc z góry, wpadł do rowu i przewrócił się do góry kołami, powodując śmierć p. Witolda Rolanda oraz ogólne lżejsze obrażenia pozostałych osób”.

Pierwsza pomoc nadeszła z zaskakującej strony. Jak relacjonowała „Gazeta Lwowska”, na miejsce wypadku pospieszyli rybacy z pobliskiego stawu, a także kolejarze i miejscowa policja. Wrak Chevroleta spoczywał do góry kołami; spod jego resztek wydobywano poszkodowanych.

Najtragiczniejszy los spotkał Witolda Rolanda (właściwie Konopkę). Był synem znanego aktora Teodora Rolanda, uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej, aktorem teatralnym i filmowym. Roland doznał rozległego złamania kręgosłupa. „Głos poranny” pisał: „Zmarły tragiczną śmiercią osierocił żonę i matkę oraz siedmioletnią córeczkę. Słynął on jako zawołany automobilista i wielbiciel tego sportu; prawdopodobnie gdyby on siedział przy kierownicy katastrofa nie miałaby miejsca”. Pozostali pasażerowie – Bodo, Oldyńska i bracia Reczkowie – mieli więcej szczęścia. Zofia Oldyńska wyszła z wypadku ze złamaną ręką.

W godzinach i dniach po wypadku życie towarzyskie i artystyczne Warszawy stanęło pod znakiem zapytania. Informacja o tragedii znalazła się na pierwszych stronach gazet już 27 maja 1929 roku. Prasa podawała różne, czasem sprzeczne szczegóły, a doniesieniom towarzyszyła sensacyjna narracja. Niektóre tytuły publikowały nawet dramatyczne zdjęcia rozbitego auta, co wówczas uchodziło za praktykę typowo bulwarową.

Tymczasem do Łowicza przyjechała pogrążona w żałobie żona Witolda Rolanda – Halina Konopka-Roland. Zabrawszy ciało męża, przewiozła je do Warszawy, gdzie aktor został pochowany na cmentarzu Powązkowskim, pozostawiając osieroconą żonę i siedmioletnią córkę.

Najbardziej niewytłumaczalny epizod tej historii miał jednak miejsce następnego dnia. Pomimo ogromnego wyczerpania psychicznego i fizycznego Eugeniusz Bodo postanowił wyjść na scenę. W trakcie przedstawienia zemdlał, co świadkowie tłumaczyli nie tylko zmęczeniem, ale przede wszystkim szokiem i dojmującym poczuciem winy. Znajomi aktora wspominali, że w tamtym okresie często wybuchał płaczem, a przed oczami wciąż miał obraz umierającego przyjaciela.

Mimo że do wypadku doszło w maju 1929 roku, proces Eugeniusza Bodo rozpoczął się dopiero trzy lata później – 23 maja 1932 roku. Był to proces o nieumyślne spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Przed sądem stanęli nie tylko Bodo, ale także oskarżeni o niedopełnienie obowiązków przedstawiciele magistratu, którzy odpowiadali za fatalne oznakowanie drogi.

W trakcie przewodu sądowego ujawniono kluczowe rozbieżności. Bodo zeznawał, że w chwili wypadku był trzeźwy, a samochód poruszał się z umiarkowaną prędkością nieprzekraczającą 60 km/h. Świadkowie, w tym posterunkowy policji, który pojawił się na miejscu, mieli jednak odmienne zdanie. Policjant twierdził, że wszyscy uczestnicy podróży znajdowali się pod wyraźnym wpływem alkoholu, a w samochodzie znaleziono puste butelki. Pod koniec lat 20. kierowanie samochodem w stanie nietrzeźwym nie było jeszcze w Polsce odrębnym przestępstwem. Jednak budowało to niekorzystny dla aktora obraz w oczach opinii publicznej.

Dziennik „ABC” relacjonował: „Spośród oskarżonych odcina się Bodo, ubrany na czarno. Po twarzy obrośniętej czarnym zarostem, który zmienia aktora nie do poznania. Zarost ten to pozostałość po zdjęciach afrykańskich do filmu egzotycznego”. „ABC” przytoczyło też zeznania Eugeniusza Bodo: „Nie przyznaje się do winy. Kiedyśmy wyjechali około północy z Warszawy, wszyscy byliśmy trzeźwi. Przedtem zbadałem stan hamulców i światła. Były w dobrym stanie”.

Ostatecznie, 24 maja 1932 roku, sąd uznał Eugeniusza Bodo za winnego nieumyślnego spowodowania wypadku. Wyrok brzmiał: sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Aktor uniknął więzienia, ale ciężar moralny tej nocy pozostał z nim na zawsze.

Tragedia z 27 maja 1929 roku stała się symbolicznym przełomem w życiu Bodo. Do tej pory beztroski i imprezujący artysta zmienił swoje nawyki radykalnie. Po wypadku nigdy więcej nie sięgnął po alkohol i do końca życia pozostał abstynentem. Późniejsza historia nie miała dla niego litości. Zmarł w 1943 roku w sowieckim łagrze, co do dziś pozostaje symbolicznym i tragicznym zamknięciem losów jednego z najbardziej błyskotliwych artystów swojego pokolenia.

Samochód, który stał się przyczyną tragedii, miał znaczenie symboliczne jeszcze wiele lat później. W 1935 roku w filmie „Nie śnie pan szofer” Eugeniusz Bodo wcielił się w postać, która utknęła w rowie pod Łowiczem. Scenariusz najprawdopodobniej nawiązywał do tamtego, prawdziwego wypadku. Szofer mówi, że trzeba poczekać na pomoc, na co hrabia grany przez Bodo odpowiada: „O nie, nic nie szkodzi, nie spieszy mi się, bardzo ładna… okolica jest tutaj”. W tych słowach aktor, który w 1929 roku przeżył swój największy życiowy dramat, znajdował gorzką ironię losu. Sześć lat po wypadku na ekranie wracał do miejsca, które odebrało życie jego przyjacielowi.