Gang braci Wałachowskich. Słynni bandyci PRL-u

– Grupa dokonała kilkunastu napadów rabunkowych na sklepy i taksówki. Działali głównie w Warszawie. Chcąc pozyskać broń zabili także dwóch milicjantów.

– Bandyci nie bali się niczego – w 1952 roku w biały dzień napadli na sklep z biżuterią w centrum Warszawy, zabrali kosztowności, a przy tym ciężko ranili osoby, które im się sprzeciwiły.

– Ostatecznie wszystkich członków bandy udało się schwytać. Ostatniego z nich, przywódcę, Lecha Wałachowskiego, dopiero po strzelaninie na dworcu w Szczecinie. Gangsterzy zostali powieszeni w lutym 1953 roku

Gang braci Wałachowskich dokonał jednego z najbardziej zuchwałych rabunków w powojennej Warszawie. Z położonego tuż przy gmachu KC PZPR sklepu jubilera skradł biżuterię o wartości ćwierć miliona złotych. Złodzieje utrzymywali, że… walczą z komuną i kontynuują tradycję AK.

Przenieśmy się kilkadziesiąt lat wstecz.  Jest luty 1952 r., sam środek stalinizmu. Na Woli, dwa kilometry od cmentarza na Powązkach,  mieszka tapicer Bronisław Wałachowski. Ma dwóch synów: 19-letniego Roberta i starszego o dwa lata Lecha.

Można powiedzieć, że młodzi Wałachowscy antykomunizm wyssali z mlekiem matki. Ojciec braci został przez władzę ludową pozbawiony zakładu tapicerskiego w ramach tzw. bitwy o handel. Musiał się zatrudnić w spółdzielni pracy. Ze swoimi poglądami przed synami raczej się nie kryje, wychowuje ich w duchu niechęci do nowego systemu.

Pewnie dlatego bracia, wychowani przez wojnę i robotniczą dzielnicę zrujnowanej stolicy, chcą się bić o Polskę. Choć w sumie to niekoniecznie o Polskę – bo chłopaków z Woli z definicji raczej rozpiera energia. Ponieważ jednak ojczyzna jest pod sowieckim butem, decydują, że wykorzystają swą młodzieńczą werwę właśnie przeciwko komunie.

„Przysięgam, że będę walczyć z komunizmem jak Armia Krajowa przez rozbrajanie i zabijanie milicjantów oraz innych wrogich funkcjonariuszy” – Robert Wałachowski z patosem wypowiada słowa napisanej przez siebie roty. Helena Kowalik, reporterka sądowa, zanotuje, że wygłaszając przyrzeczenie, klęka przed krzyżem wiszącym na ścianie. Przybiera pseudonim „Zośka”, na cześć bohatera „Kamieni na szaniec”, najgłośniejszej książki okupowanej Warszawy.

W czasie przysięgi Lecha nie ma, właśnie odbywa służbę wojskową w Dęblinie, co w przyszłości dla całej historii okaże się  dość istotne. Wraz z Robertem ślubują natomiast koledzy z Woli: Jan Wydrzyński (przyjmuje pseudonim „Wicher”), Ryszard Kaczmarski, Eugeniusz Szczyciński i Marian Malinowski.

Dowódcą konspiracyjnej grupy w naturalny sposób zostaje „Zośka” i tego raczej nikt nie kwestionuje. Jest najprzystojniejszy, na dzielni ma opinię amanta, w dodatku jeździ szpanerskim motocyklem SHL, którego zazdroszczą mu okoliczne chłopaki.

Duchowym hersztem grupy pozostaje jednak przebywający w wojsku starszy o dwa lata Lech. – Był człowiekiem o wyjątkowo silnym charakterze – opowiada Janusz Jastrzębski, reporter, autor książek o powojennej historii Polski. – Początkowo organizował dla okolicznych chłopaków imprezy towarzyskie, z czasem zaczął ich skłaniać do działalności przestępczej. Już wyjeżdżając do jednostki wojskowej, obiecał, że zdobędzie dla nich broń – dodaje.

Kilka tygodni później Lech może już formalnie dołączyć do organizacji. Dezerteruje z wojska, kradnąc pistolet z dwoma magazynkami oraz kilkudziesięcioma sztukami amunicji i przyjeżdża do Warszawy. Powodem ucieczki z jednostki jest jego ognisty temperament. Zdarzyło mu się na służbie pobić kolegę i teraz grozi mu sąd wojskowy.

Trudno powiedzieć, czy – tworząc „podziemną organizację” – Wałachowscy znają historię, o której kilka miesięcy wcześniej rozpisywała się prasa. W 1951 r. uczniowie technikum w Falenicy założyli „podziemną Armię Krajową” i skazywali na karę śmierci komunistów (w tym autorów podręczników do historii, z których musieli się uczyć). Wyroków tych nie zdołali wykonać, ale za to napadali na sklepy. Schwytani odpowiadali za zbrodnie przeciwko ludowej ojczyźnie, dostali nawet kary śmierci. Prezydent Bolesław Bierut złagodził je im na dożywocie.   

Wałachowscy również odwołują się do tradycji Armii Krajowej, ale – mówiąc delikatnie – trudno ich uznać za „żołnierzy wyklętych”. Na Woli mają opinię bikiniarzy. To specyficznie polska subkultura młodzieżowa, której powstanie jest wyrazem docierających przez szczeliny żelaznej kurtyny promyków kultury amerykańskiej, głównie fascynacji jazzem czy specyficzną modą.

– Bikiniarze byli pierwszą polską subkulturą młodzieżową – mówi Maciej Chłopek, historyk, autor książki na ten temat. – Nie tylko zresztą młodzi chłopcy zostawali bikiniarzami, ale też dziewczęta, które nazywano „kociakami”. Naśladowały one styl hollywoodzkich gwiazd, miały loki spadające na szyje, nylonowe pończochy na nogach, nosiły pantofelki na wysokim obcasie. W pierwszej fazie ruchu bikiniarzami zostawały dzieci notabli i urzędników państwowych. Później moda na bikiniarstwo stała się masowa, co przeraziło władzę komunistyczną – opowiada.

Polska Kronika Filmowa z tego okresu ostro kpi z uczestników subkultury. „Czy istnieje coś piękniejszego dla bikiniarza niż krawat w gołe gerlsy à la Hollywood, buty na pięciocentymetrowej słoninie i jaskrawe skarpety typu sing-sing, inaczej zwane piratkami? Kapelusz systemu naleśnik świadczy o duszy wrażliwej na piękno. Bikiniarzy nie wystarczy lekceważyć. Trzeba ich otoczyć powszechną pogardą i pędzić precz”.

Właśnie do tego typu bikiniarzy należą Wałachowscy i ich koledzy.

Skradzioną przez Lecha broń z jednostki wojskowej bracia ukrywają w lesie. Wkrótce Szczyciński zdobywa granaty i dwa bagnety zabrane z teatru Ateneum. Mężczyzna pracuje tam w obsłudze technicznej, pomaga w magazynach. Po wojnie – z braku rekwizytów – w warszawskich teatrach korzystano niekiedy z broni pochodzącej z demobilu. Szczyciński też postanawia skorzystać.

Kilka tygodni po założeniu organizacji chłopaki w okolicy ulicy Chłodnej spotykają na ulicy Tadeusza Trąbińskiego, znajomego milicjanta patrolującego okolicę. Mieli z nim wcześniej konflikt, więc postanawiają, że zdobywanie broni od MO, które sobie poprzysięgli, robiąc z siebie następców Armii Krajowej, zaczną właśnie od niego. Robert Wałachowski podchodzi do plutonowego i oddaje dwa strzały, zabijając go na miejscu. Szczyciński przeszukuje ciało funkcjonariusza i zabiera pistolet z magazynkiem.

Mając broń, gang  braci Wałachowskich planuje kolejne napady. Pod koniec marca postanawiają dokonać rozboju, którego ofiarą ma się stać księgowa z Ateneum, jednak tych zamiarów nie udaje się zrealizować z powodu choroby pracownicy teatru. Kilka dni później ze sklepu odzieżowego przy ulicy Chłodnej kradną jednak kilka tysięcy złotych.

Sami się dziwią, że tak łatwo im idzie. Planują kolejne przestępstwa. Chyba właśnie w tym momencie całkowicie przestaje im już chodzić o jakiekolwiek idee, jeśli kiedykolwiek były one dla nich ważne. Liczą się tylko przygoda i pieniądze. Kilka dni później Lech zaczaja się na ubeka pod resortowym blokiem przy ulicy Płockiej. Strzela z bliska, ale milicjantowi udaje się zrobić uskok w bok, w efekcie zostaje tylko lekko ranny. Analiza łuski wskazuje, że strzał oddano z tej samej broni, z której zabito funkcjonariusza na ulicy Chłodnej. W dodatku ubek zapamiętuje wygląd napastnika, zauważa również, że ten miał włosy zaczesane „w mandolinę”, czyli po bikiniarsku do tyłu (tak zwany kaczy kuper). Dla stołecznych milicjantów namierzenie morderców, którzy w krótkim czasie dwa razy zamachnęli się na życie ich kolegów, staje się priorytetem.

Pod koniec kwietnia Lech Wałachowski i Marian Malinowski zaczajają się na kolejnego milicjanta – tym razem w okolicy Pałacu Mostowskich, gdzie siedzibę ma komenda stołeczna MO. Tym razem znów udaje im się go tylko zranić, ale jeszcze tej samej nocy w okolicach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego strzelają do doświadczonego sierżanta MO. Kradną mu dwa pistolety. Ofierze znów udaje się przeżyć, choć pocisk poważnie uszkadza szczękę.

Następnego dnia chłopaki idą na dworzec i nocnym pociągiem jadą do Lublina. Piją wódkę na skwerze przy dworcu kolejowym, w końcu kładą się na trawie. Kilkadziesiąt metrów od nich pada na ziemię pijany w sztok… milicjant. Robert strzela mu w głowę, kradnie broń i – jak gdyby nigdy nic – wraz z towarzyszącym mu Szczycińskim wraca najbliższym pociągiem do Warszawy.

To już nie są żarty. Ówczesna Warszawa jest miastem policyjnym, wieczorami ulice są niemal puste, władza chwali się niską przestępczością. Tymczasem ktoś gra jej na nosie – w samym centrum stolicy (a także Lublina) bezkarnie strzelając do funkcjonariuszy! 

Wałachowscy czują, że ich prywatny Dziki Zachód nad Wisłą powoli się kończy. Zwłaszcza Lech, który na sumieniu ma dodatkowo dezercję z wojska. Bracia postanawiają więc zagrać va banque – zdobyć potężną forsę i zwiać za granicę. Znajomym opowiada, że chce żyć krótko, ale bogato i ciekawie.

Postanawiają zrobić jeszcze jeden duży skok. Wybór pada na komis jubilerski MHD przy Nowym Świecie, położony zaledwie kilkaset metrów od Domu Partii Do napadu dochodzi rankiem 6 maja 1953 r. Sterroryzowane ekspedientki wydają złodziejom biżuterię i pieniądze, ale w momencie, gdy napastnicy wybiegają ze sklepu, jedna z nich łapie Szczycińskiego za ubranie. Ten pada na ziemię, z kieszeni wysypuje się złoto. Ekspedientkom pomagają przechodnie, mimo to członkowie gangu odjeżdżają taksówką z łupem o wartości prawie 0,25 mln zł.

– Byłem wtedy uczniem 8 klasy liceum Władysława IV – będzie wspominał po latach Andrzej Gass, varsavianista. – W przerwie lekcyjnej jeden z kolegów, który się spóźnił na zajęcia, powiedział nam o jakiejś wielkiej strzelaninie niedaleko gmachu KC. Uciekliśmy z lekcji i pojechaliśmy zobaczyć, co się stało. Widok był niezwykły. Zablokowane okoliczne ulice, wszędzie pełno radiowozów i funkcjonariuszy z bronią maszynową i psami. Robiło to wielkie wrażenie. W następnych dniach cała Warszawa plotkowała o zamachu na prezydenta Bolesława Bieruta i Komitet Centralny – wspomina.

Wkrótce Lech Wałachowski z ojcem i żoną wyjeżdżają do Szczecina, skąd planują uciec statkiem za granicę. Ponieważ pomysł nie wypala, mężczyzna chce wrócić do stolicy. Na dworcu niedaleko kas podchodzi do niego milicyjny patrol, ale ponieważ Wałachowski nie ma przy sobie dowodu, zostaje zabrany na kolejowy komisariat. Tam zaczyna celować z broni do funkcjonariuszy. Dochodzi do strzelaniny, w wyniku której Lech zostaje ranny i traci przytomność. Zostaje aresztowany.

Okazuje się, że milicjanci mieli już członków grupy Wałachowskich na muszce od kilku dni. Podobno trafili na trop gangu w wyniku donosu członków rodzin bandytów. Dziennikarz Andrzej Gass ustali po latach, że to matka jednego z chłopaków poszła na milicję. Podobno się poskarżyła, że jej syn, wcześniej dobry chłopak, schodzi na złą drogę, bo „zaczął się zadawać z Wałachowszczakami”. Natomiast inna wersja mówi o meldunku złożonym przez krewnego Jana Wydrzyńskiego. Tajny współpracownik o pseudonimie „Łukasz” miał donieść milicji o przestępstwach grupy z Woli, w tym o zabójstwie milicjanta na ulicy Chłodnej.   

„Donos tajniaka został potraktowany bardzo poważnie” – napisze po latach Helena Kowalik. „Operacja zlikwidowania grupy bandyckiej otrzymała kryptonim »Morderca«. Milicja nie wiedziała o wyjeździe starszego z Wałachowskich do Szczecina. Wieczorem obserwowano ich blok przy ulicy Obozowej. Gdy funkcjonariusze zobaczyli, że w mieszkaniu zapaliło się światło, wysłali tam tajniaka udającego kontrolera abonamentów radiowych. Na wypadek próby ucieczki któregoś z domowników (lokal znajdował się na parterze) 13 uzbrojonych milicjantów pilnowało drzwi i okien. Gdy skuty kajdankami Robert Wałachowski jechał do pałacu Mostowskich, tam już dotarł telefonogram ze Szczecina o zatrzymaniu jego brata. Jeszcze tej nocy zostali aresztowani Wydrzyński, Malinowski i Szczyciński. Nazajutrz ciężko rannego Lecha dostarczono samolotem do szpitala więziennego na Rakowieckiej i tam amputowano mu nogę”.

Przed sądem wojskowym bracia Wałachowscy stanęli w różnych terminach. Lech o cztery miesiące później – prokurator nie chciał, aby oskarżonego wnoszono na salę. W obu przypadkach proces trwał tylko trzy dni. Wałachowscy, Marian Malinowski oraz Eugeniusz Szczyciński zostali skazani na – jak się wyraził sędzia – całkowitą eliminację ze społeczeństwa, czyli na karę śmierci. Wyrok, strzałem w tył głowy, został wykonany 11 lutego 1953 r. Jan Wydrzyński miał wyjątkowe szczęście. Otrzymał dożywocie, ale dzięki amnestiom wyszedł na wolność w 1958 r. Ryszard Kaczmarski zmarł za kratami w czasie odbywania kary. Ciała skazanych zostały prawdopodobnie wrzucone do bezimiennych dołów na Powązkach, w miejscu określanym jako kwatera Ł, tzw. Łączka.

Sytuacja w Polsce po II wojnie światowej nie sprzyjała modzie. W zniszczonym kraju powoli ruszała produkcja przemysłowa, ciężko było zaopatrzyć się w tkaniny i nowe ubrania. W stalinizmie zwalczano wszelką oryginalność w stroju. Zbytnia elegancja negatywnie kojarzyła się z czasami przedwojennymi i burżuazyjnymi upodobaniami. Ubieranie się według najnowszej zachodniej mody mogło spowodować nawet oskarżenie o szpiegostwo. W opozycji do tej odgórnie narzuconej szarzyzny pojawili się bikiniarze.

Byli to przeważnie młodzi ludzie uwielbiający słuchać jazzu, zainteresowani kulturą amerykańską, pragnący wyróżniać się strojem i nieszablonowym zachowaniem. Chcieli spędzać czas tak jak ich zachodni rówieśnicy – chodzić do kina na westerny, czytać komiksy, tańczyć zakazane na oficjalnych potańcówkach boogie-woogie. Nazwa tej subkultury pochodzi od atolu Bikini, na którym Amerykanie dokonywali próbnych wybuchów bomb atomowych.

Źródło: mycompanypolska.pl, wprost.pl, magazyndetektyw.pl, historiaposzukaj.pl

Dodaj komentarz