Gwałt na juwenaliach – wstrząsająca historia

Jednym z najobrzydliwszych przestępstwem, budzącym szczególnie silny sprzeciw społeczny jest gwałt. Chyba tylko morderstwo ze szczególnym okrucieństwem plasuje się wyżej w tym „rankingu”. Kiedy mówi się, że ktoś kogoś zgwałcił, wyobraźnia podsuwa rozochoconego zwyrodnialca, który przemocą, nierzadko posuwając się do gróźb pozbawienia życia, zniewala ofiarę i zaspokaja popęd płciowy, nad którym nie jest w stanie zapanować. Rzeczywiście, tak to się najczęściej odbywa. Jednak zdarzają się sytuacje, odbiegające od tego budzącego grozę schematu. Życie nie znosi próżni. Oto gwałt na juwenaliach, który gwałtem był, ale role w tym spektaklu zostały nieco inaczej obsadzone.

Bracia Sebastian, Artur i Wojciech B. mieszkali z matką w peryferyjnej lubelskiej dzielnicy Felin. Jeszcze przed kilkunastu laty były tam pola i gospodarstwa rolne, potem wiejskie chaty wyburzono i postawiono bloki. W jednym z nich mieszkali B. Rodzina była rozbita. Ojciec Sebastiana, Artura i Wojciecha odszedł od nich i ożenił się ponownie. Matka, rencistka i nałogowa alkoholiczka, kiepsko radziła sobie z wychowywaniem trzech synów, a gdy dorośli, nie miała nad nimi żadnej władzy. Wcale jej zresztą nie zależało, by jej słuchali.

– Obchodziło ją tylko, żeby mieć za co się napić. Dlatego właśnie mąż się z nią rozszedł. Chłopakami prawie się nie zajmowała, no i wyrośli na zakałę całej okolicy – powiedzieli ich sąsiedzi,  mieszkańcy ulicy Amarantowej.

Gwałt na juwenaliach: mieli skłonność do agresywnych zachowań

Najstarszy z braci, 28-letni Sebastian, nigdzie nie pracujący, mający na utrzymaniu dwójkę dzieci, był karany za oszustwa. Umieszczał na internetowym portalu aukcyjnym anonse o sprzedaży różnych przedmiotów. Po otrzymaniu zapłaty, owszem dostarczał towar, ale nie taki, jaki oferował w ogłoszeniu. Odbiorca po rozpakowaniu paczki, stwierdzał, że zamiast nowego telefonu, dostawał stary, uszkodzony model, nie warty nawet 1/5 kwoty jaką przelał na konto oszusta. W wyniku skarg działalnością Sebastiana B. zainteresowały się organy ścigania. Mężczyzna został skazany na 1,5 roku więzienia. Odsiedział wyrok w całości.

Jego średni brat, 22-letni Artur, także czuł awersję do uczciwego życia. Lubelska prokuratura prowadziła przeciwko niemu postępowanie w sprawie nielegalnej produkcji i posiadania narkotyków. Artur miał w piwnicy plantację konopi indyjskich. Nawet się z tym specjalnie nie krył. Cały blok o tym wiedział. W końcu dowiedziała się i policja. Tylko najmłodszy, Wojciech, miał dotychczas czyste konto. Aczkolwiek wiele wskazywało na to, że już długo takie czyste nie będzie. Po ukończeniu szkoły średniej nie chciał się dalej uczyć, nie garnął się do pracy. Dni schodziły mu na popijaniu piwa z podobnymi sobie obibokami, popalaniu trawki i kombinowaniu jak żyć wygodnie, ale niekoniecznie uczciwie.

Cała trójka miała skłonności do agresywnych zachowań. Często wdawali się w bójki chuligańskie. Spokojni mieszkańcy woleli schodzić z drogi braciom B.

Festyn studencki

Dzielnica, w której mieszkała rodzina B., sąsiadowała z obiektami wyższej uczelni o profilu rolniczo-przyrodniczym. Stary dworek został zaadaptowany na zakład doświadczalnych upraw roślinnych. W kilku blokach były akademiki studenckie. Wielu pracowników uczelni mieszkało na Felinie.

Maj to miesiąc, w którym tradycyjnie organizowane są juwenalia, czyli święto braci studenckiej. W wielu miastach akademickich w te dni odbywa się symboliczne przekazanie studentom przez prezydentów kluczy do bram miasta. Podczas juwenaliów, a trwają one od kilku do kilkunastu dni, można uczestniczyć w szeregu imprez, pochodów, festynów, koncertów i zawodów sportowych. Jest barwnie, radośnie i młodo. W Lublinie, ze względu na herb miasta, juwenalia noszą nazwę kozienaliów.

W ich obchody włączyła się oczywiście wspomniana uczelnia rolniczo-przyrodnicza. Chociaż główna jej siedziba mieści się w innej części miasta, także na Felinie od lat organizowano imprezy studenckie. Tamtego roku festyn z okazji kozienaliów trwał 3 dni. Zaproszono znanych wykonawców, reprezentujących różne style i gatunki muzyki rozrywkowej. Koncerty odbywały się nocą, uczestnicy imprez bawili się wyśmienicie, natomiast mniej powodów do radości mieli mieszkańcy pobliskich bloków. Tak jak i w poprzednich latach narzekali, że było za głośno, oraz niezbyt bezpiecznie, podchmielona młodzież rozrabiała, dochodziło do bójek i kradzieży, w paru przypadkach musiała interweniować policja. Jednak koszmarna przygoda, jaką przeżył 23-letni student, nigdy dotąd nie miała miejsca.

***

23-letni Grzegorz K., student czwartego roku weterynarii i o rok młodszy Szymon A., przyszły specjalista agrobiznesu, wybrali się na koncert popularnego rapera. Impreza rozpoczęła się  późnym wieczorem. Odbywała się na wolnym powietrzu, wokół sceny zgromadzili się widzowie w liczbie co najmniej 2-3 tysięcy. Dwaj studenci stali obok czterech młodych mężczyzn, którzy czuli się tu bardzo pewnie. Głośno rozmawiali, wybuchali śmiechem, pokrzykiwali. Popijali piwo z butelek i puszek.

Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Wszak to nie opera, czy koncert symfoniczny w filharmonii, lecz występ gościa, który swoim strojem i zachowaniem w niczym nie przypominał Jose Carrerasa. Odrobina luzu nie była niczym nagannym na takiej imprezie.

Sebastian, Artur i Wojciech B. oraz ich kolega, 21-letni Paweł P. – oni byli bowiem owymi swobodnie zachowującymi się mężczyznami, nie studiowali na żadnej uczelni, nie mieli nawet matury. Aczkolwiek, chociaż impreza była studencka, to mogli na niej być, organizatorzy zaprosili bowiem wszystkich, którzy cenią dobrą zabawę, nie sprawdzając ich wykształcenia.

Gwałt na juwenaliach: większość studentów to cioty i palanty

W pewnym momencie czwórka młodzieńców nawiązała pogawędkę z Grzegorzem i Szymonem. Wymienili uwagi na temat wykonawcy występującego na scenie, a potem rozmawiali o imprezie, razem pili piwo, palili papierosy. Zarówno dwaj studenci, jak i tamci czterej z Felina zachowywali się spokojnie.

– Dobrze, że jest coś takiego w mieście, inaczej wieczorami człowiek by się zanudził – powiedział jeden z mężczyzn.

Dodał, że nigdy jeszcze koncerty nie zgromadziły tak licznej publiczności. Do tego można wybierać. W Lublinie jest aż pięć wyższych uczelni, do tego jeszcze co najmniej drugie tyle prywatnych, codziennie można więc pobawić się  na innej imprezie.

– A wy także coś studiujecie? – spytał Grzegorz K.

Nowi znajomi roześmiali się i odpowiedzieli, że nie studiują i nigdy nie mieli takiego zamiaru. Szkoda młodych lat na ślęczenie nad podręcznikami. Są ciekawsze zajęcia.

– Większość studentów to cioty i palanty. Był u nas taki jeden w rodzinie, mieliśmy z niego ciągłą bekę – rzucił pogardliwie najstarszy z tamtej czwórki.

Następnie popatrzył zaczepnym wzrokiem na Grzegorza K. i Szymona A. jakby liczył, że zaprzeczą i będzie im mógł powiedzieć coś jeszcze bardziej obraźliwego – oni jednak nie chcieli wdawać się z nim w sprzeczkę.

Wyglądało na to, że do niczego między nimi nie dojdzie, studenci nieco się od nich odsunęli i nie rozmawiali już z nimi. Tym bardziej, że impreza dobiegała końca, występujący na scenie piosenkarz powiedział, że to ostatni utwór na dziś.

Nieoczekiwany atak i gwałt na juwenaliach

O godzinie 1 w nocy uczestnicy imprezy zaczęli się definitywnie rozchodzić. Niektórzy wsiadali do samochodów i odjeżdżali, inni wzywali taksówki, jeszcze inni – takich było najwięcej – szli do przystanku autobusowego. Grzegorz i Szymon mieszkali na drugim końcu miasta, żeby nie spóźnić się na nocny autobus i nie wracać do domu piechotą, wyszli z koncertu kilka minut przed jego zakończeniem.

Przystanek znajdował się pół kilometra od miejsca, gdzie odbywała się impreza. Idąc, oglądali się za siebie; nie chcieli spotkać tamtych czterech, z którymi nieopatrznie wdali się w rozmowę. Nikt jednak za nimi nie szedł. Tak przynajmniej uważali.

– Zazdrość ich zżera, sami nie studiują i obrażają tych, którym chce się coś robić – powiedział Szymon.

Grzegorz przyznał mu rację. Zatoczka przystankowa była już w zasięgu ich wzroku, jeszcze kilkadziesiąt metrów. Naraz tamci wyrośli przed nimi jak spod ziemi. Musieli pójść okrężną drogą.

– No i co, cioty, uciekliście i nie dokończyliśmy rozmowy – rzucił drwiąco Sebastian B.

***

Jego koledzy rzucili się na Grzegorza i Szymona. Wepchnęli ich w rosnące przy drodze zarośla, w których się na nich zaczaili. W pobliżu biegła alejka, przechodzili nią wracający z imprezy ludzie, ale nie widzieli ich. Napadnięci mężczyźni próbowali bezskutecznie wzywać pomocy.

Zostali dotkliwie pobici i skopani. Nie mieli szans z czwórką agresorów, którzy tłukli ich, dopóki studenci całkowicie nie opadli z sił. Znowu zaczęli się z nich natrząsać.

– Nie nauczyli was na tych studiach się bić? Kiepska widać ta wasza uczelnia – rżeli, najwyraźniej ubawieni ich rozbitymi nosami i wystraszonymi minami.

Szymonowi A. kazali ściągnąć bluzę znanej marki sportowej, zabrali mu także czapkę i niewielką ilość gotówki. Od Grzegorza K. zażądali 300 zł, ale 23-latek nie miał ich przy sobie. Zrabowali mu więc telefon komórkowy. Był to nowy smartfon warty przynajmniej dwa razy więcej. Najbardziej agresywni byli Sebastian i Artur B.

Gwałt na juwenaliach: Seba ma potrzebę…

Najmłodszy z braci przyniósł, znalezioną w krzakach pustą butelkę po wódce. Szepnął coś do kompanów, którzy pokiwali potakująco głowami. Kazali Szymonowi A. iść sobie, a gdy zaprotestował, że przyszedł tu z kolegą i nie odejdzie bez niego, któryś z nich uderzył go pięścią w twarz.

– Chcesz jeszcze, bohaterze? No to spadaj! – krzyknął.

Szymon nie miał wyjścia, zaczął się oddalać. Potem agresorzy rzucili się na Grzegorza K. Dwaj przytrzymywali go za ramiona, a pozostali dwaj ściągali mu spodnie.

Kiedy im się to udało, wyjaśnili, że „Seba ma potrzebę”. Oznaczało to, że chce odbyć z Grzegorzem stosunek seksualny. Zszokowany student powiedział, że się nie zgadza. Sebastian B. walnął go na odlew, po czym oświadczył, że mu złamie szczękę, jeśli nie będzie posłuszny.

Bijąc go rękami po głowie i twarzy, kopiąc po całym ciele i przytrzymując, a także grożąc pobiciem w razie niepodporządkowania się poleceniom, trzykrotnie zmusili go do odbycia seksu oralnego z Sebastianem B., przy czym dwa razy „stroną dominującą” był Grzegorz K. Tak sobie oprawca zażyczył…

Po wszystkim Sebastian B. wsadził mu do odbytu pustą butelkę. Cała czwórka oddała na niego mocz. Jak gdyby nigdy nic odeszli w kierunku osiedla bloków. Tam napotkali grupkę młodych ludzi, wracających z koncertu, którzy – jak im się wydawało – mierzyli ich badawczym wzrokiem. Pomyśleli, że coś mogli zobaczyć i mogą  powtórzyć swoje spostrzeżenia policji.

– Nie widzieliście nas tutaj, rozumiemy się? – zwrócił się do nich zaczepnym tonem Sebastian B.

Tamci wydawali się zdziwieni jego słowami, wzruszyli ramionami i odeszli. Napaści na Grzegorza i Szymona, rzeczywiście nie widzieli, zapamiętali natomiast dziwną czwórkę idącą od przystanku autobusowego.

Dopiero, kiedy oprawcy oddalili się, do Grzegorza podbiegł do niego Szymon A., który ukrył się w kępie zarośli, kilkanaście metrów od miejsca zdarzenia.

Chcesz poznać kulisy tej wstrząsającej sprawy? Sięgnij po Detektywa 4/2022 (tekst Mariusza Gadomskiego pt. „Gwałt na juwenaliach”). Cały numer do kupienia TUTAJ.