Kilkanaście lat temu, południowo-zachodnią częścią województwa łódzkiego, wstrząsnęła seria zabójstw. Dopiero po wielu latach pojawiła się hipoteza, że mogły być one dziełem tego samego, nieustalonego do dzisiaj, dewianta seksualnego. Najprawdopodobniej wszystkie jego ofiary zatrzymywały przejeżdżające samochody, aby dojechać do pracy lub do domu. W swoją ostatnią podróż wyruszały razem z zabójcą. Niektórzy mówią o nim „wampir z Bełchatowa”… choć wcale nie ma pewności, że mieszkał w tym mieście. Iwona Rojszczak była najprawdopodobniej jego pierwszą ofiarą
Iwona Rojszczak zaginęła w 1992 roku, w małej miejscowości pod Bełchatowem, w drodze ze szkoły do domu. Uczyła się w Studium Medycznym w Piotrkowie Trybunalskim, do rodzinnej miejscowości miała 50 kilometrów. Przyjeżdżała tam tylko na weekendy.
Feralnego 13 listopada 1992 roku, wyszła po południem ze stancji i poszła na przystanek autobusowy, gdzie czasami łapała „stopa”, aby szybciej dotrzeć do domu. Na stojącą na przystanku dziewczynę zwrócił uwagę jeden z jej kolegów. Było z nią dwóch młodych mężczyzn, sprawiali wrażenie, że są jej znajomymi. Najprawdopodobniej cała trójka wsiadła do czerwonego poloneza.
Od tamtej pory nikt już jej nie widział. W piątek rodzice bezskutecznie czekali na nią z kolacją. Na różne sposoby usprawiedliwiali jej nieobecność, ale jeszcze nic nie wzbudzało ich niepokoju. W przeszłości nieraz zdarzało się, że córka przyjeżdżała dopiero w sobotnie przedpołudnie.
Różne były powody takich spóźnień: miała spotkanie ze znajomymi, zaległości w nauce, nie udało się jej złapać tzw. okazji, a ponieważ autobus do jej rodzinnej miejscowości kursował dopiero rano, więc noc – chcąc nie chcąc – spędzała na stancji.
Iwona Rojszczak: to było pierwszy raz
Niestety, w rodzinnym domu nie pojawiła się również w sobotę. Wówczas rodzice zadzwonili do właścicieli stancji, gdzie mieszkała córka, aby zapytać, co się z nią dzieje. Jakież było ich zdziwienie, kiedy dowiedzieli się, że poprzedniego popołudnia wyszła z torbą, informując, że jedzie do domu. Taka sytuacja zdarzyła się jej pierwszy raz. Nie wiedzieli, co robić. Jedyne, co im przyszło do głowy, to zgłosić na najbliższym posterunku zaginięcie córki.
W tym samym czasie piotrkowska policja otrzymała zgłoszenie o makabrycznym odkryciu, którego dokonał wędkarz nad brzegiem rzeki Widawki. W miejscu, gdzie często łowił, leżały obnażone zwłoki młodej kobiety. Policjanci, którzy zjawili się tam kilkanaście minut później, nie mieli wątpliwości, że została zamordowana. Na jej szyi widoczne były pręgi, świadczące o uduszeniu, co potwierdziła późniejsza sekcja zwłok.
Kilkanaście godzin później ponad wszelką wątpliwość było wiadomo, że denatką jest zaginiona Iwona Rojszczak. Dziewczyna została najprawdopodobniej zgwałcona, a na jej palcu brakowało złotego pierścionka, którego nigdy nie zdejmowała. Można się było tylko domyślać, że zabrał go zabójca-gwałciciel.
Śledztwo w tej sprawie było trudne i skomplikowane. Sprawca zbrodni nie pozostawił żadnych śladów, a jeśli nawet, to zmyła je woda z rzeki i padający deszcz. Pomimo kilku publikacji w lokalnej prasie nie udało się zebrać żadnych wartościowych informacji wskazujących na potencjalnego zabójcę.
Iwona Rojszczak: cicha i spokojna
Iwona należała do ludzi raczej ostrożnych, nie zawierała znajomości z obcymi, nie imponował jej światek dyskotek i zabaw do późnej nocy. Przez pięć dni w tygodniu uczyła się, a po zajęciach wracała na stancję. Weekendy spędzała w rodzinnym domu, w gronie najbliższych i znajomych.
Cicha, spokojna, nad wyraz poważna jak na swój wiek. Aż trudno było uwierzyć, by zamiast w piątkowe popołudnie powrócić do domu, udała się gdzieś na zabawę z przygodnie poznanym towarzystwem.
Przesłuchano chyba wszystkich jej przyjaciół i znajomych, jednak nikt nie potrafił wytłumaczyć zagadkowego zniknięcie 18-latki. Śledczy nie mieli praktycznie żadnego punktu zaczepienia. Nic dziwnego, że kilka miesięcy później dochodzenie w tej sprawie zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa.
Bełchatów: Leszek Pękalski przyznał się do zbrodni
Niespełna rok później do zabójstwa Iwony Rojszczak przyznał się Leszek Pękalski., bardziej znany w historii najnowszej kryminalistyki i kronik kryminalnych jako „wampir z Bytowa”. Podczas przesłuchania zapewniał że to on napadł na kobietę, zgwałcił, wreszcie udusił, po czym – dla zamaskowania śladów zbrodni – wrzucił jej zwłoki do rzeki Widawki.
W pierwszym momencie śledczy nawet ucieszyli się z faktu, że zabójca sam przyznał się do popełnionego przestępstwa. Kłopoty rozpoczęły się w czasie wizji lokalnej. Domniemany sprawca sprawiał wrażenie, jakby pierwszy raz znalazł się w tamtej okolicy – nie umiał wskazać miejsca, gdzie rzekomo wrzucił ciało do wody. Już wtedy pojawiły się pierwsze wątpliwości, czy na pewno jest on sprawcą zbrodni. Kilka lat później, w czasie rozprawy sądowej, odwołał swoje wyjaśnienia dotyczące zabójstwa Iwony. Prawdziwy sprawca tej zbrodni nigdy nie został ustalony.
Wiele wskazuje na to, że była jedną z pierwszych ofiar seryjnego mordercy. Kilka lat później w podobnych okolicznościach i miejscu zginęła 16-letnia Ania, a później 18-letnie Edyta i Kamila. Do dziś nie wiadomo, kto stoi za tymi zbrodniami. Niewykluczone, że popełnił je ten sam człowiek. Świadczy o tym podobne modus operandi dokonywanych zabójstw.
Czy jest on seryjnym mordercą, któremu udało się przechytrzyć organy ścigania?
Druga część reportażu o wampirze, którego nikt nie szukał, znajdziesz TUTAJ
Roman Bartosiak
Fot. pixabay.com