Jacek Bieńkuński – wywiad dla „Detektywa”

Anna Rychlewicz: Bogdan Michalec – współzałożyciel krakowskiego Archiwum X – mówi o Panu „partacz” i bynajmniej nie ma tutaj na myśli pogardliwego określenia, a mistrza i rzemieślnika, bo warto podkreślić, że pierwowzorem partacza był właśnie mistrz, który nie chciał należeć do cechu, a chciał działać na własnych zasadach. Pan chyba taki właśnie jest – niepokorny, niezależny i wyznaczający własne ścieżki. Dowodem na to jest chociażby fakt, że przez ponad 30 lat pracuje Pan wyłącznie na wariografie analogowym. Dlaczego?

Jacek Bieńkuński: Przez całą swoją karierę wiernie stosowałem stare metody, które wielokrotnie udowodniły swoją niezawodność. Dziś te metody spotykają się z dużą krytyką ze strony młodszych specjalistów. Niemniej jednak to właśnie one pozwoliły mi rozwiązać wiele trudnych spraw, m.in. z zakresu zabójstw. Ich skuteczność sprawia, że nie widzę potrzeby, by rezygnować z podejścia, które przez lata dawało konkretne efekty w sprawach kryminalnych.

Ma Pan wielu zwolenników, ale nie brakuje także przeciwników. Niektórzy uważają Pana metody za – delikatnie mówiąc – kontrowersyjne.

Moje metody spotykają się z dużą krytyką, zwłaszcza ze strony młodszych specjalistów, którzy pracują na komputerowych urządzeniach nowej generacji. Zarzucają mi, że moje opinie nie mają solidnych podstaw naukowych i nie powinny być akceptowane przez sądy. Jednak wyniki, które osiągnąłem mówią same za siebie. Ostatecznie to wiedza kryminalistyczna, doświadczenie i praktyka są tutaj kluczowe. To właśnie one decydują o wartości opinii, które wydaję, a nie dyplomy, certyfikaty czy najnowsze technologie. Dlatego nie przejmuję się niepochlebnymi ocenami i nadal staram się robić to, co potrafię najlepiej.

Przejdźmy zatem do samego urządzenia i jego możliwości… Czy określenie „wykrywacz kłamstw” jest trafne? Czy wariograf rzeczywiście wykrywa kłamstwa?

To potocznie funkcjonujące określenie jest bardzo mylące. W rzeczywistości metoda badań poligraficznych nie służy do bezpośredniego wykrywania kłamstw. Jej celem jest identyfikacja tzw. śladów pamięciowych, czyli informacji zakodowanych w pamięci osoby badanej. W kontekście spraw kryminalnych są to najczęściej informacje związane z zarzucanym jej czynem. Wyniki takich badań wykorzystuje się przede wszystkim do weryfikowania wersji śledczych. Mogą one pomóc w typowaniu sprawców oraz eliminowaniu osób niesłusznie podejrzanych lub oskarżonych.

Jak zaczęła się Pana przygoda z poligrafem?

Już w szkole średniej interesowałem się sprawami kryminalnymi. Marzyłem, żeby zostać oficerem śledczym, ale nie widziałem się w milicji. Chciałem pracować w wojsku. Po maturze natrafiłem w informatorze na ogłoszenie o naborze do nowo utworzonej szkoły chorążych o profilu kryminalistycznym. Ukończyłem ją jako technik kryminalistyki i trafiłem do jednostki w Warszawie, gdzie zajmowałem się ujawnianiem śladów na miejscach przestępstw. Po zmianach systemowych zaproponowano mi etat specjalisty ds. badań wariograficznych w Żandarmerii Wojskowej. Zacząłem pracę w laboratorium kryminalistycznym, gdzie na początku zajmowałem się głównie sprawami dotyczącymi kradzieży broni wojskowej. Już wtedy udało mi się zdemaskować wielu sprawców, a co ważniejsze – oczyścić z zarzutów osoby, które były niesłusznie podejrzane.

Wtedy też pojawiła się możliwość pracy na rzecz cywilnego wymiaru sprawiedliwości?

Zupełnie przypadkiem otworzyła się przede mną taka droga i zacząłem współpracę z organami ścigania już poza strukturami wojskowymi. W wojsku służyłem 31 lat, z czego w latach 1990–1998 byłem aktywnym ekspertem od badań wariograficznych. Później, po odejściu na emeryturę nie przestałem jednak działać. Wręcz przeciwnie – zacząłem pracować jako niezależny ekspert.

Był Pan pionierem, jeśli chodzi o korzystanie z wariografu w Polsce.

Zgadza się. W 2003 roku jako pierwszy w kraju sprowadziłem na własną rękę analogowy wariograf marki „Lafayette” z USA. W tamtym czasie to nie było takie proste – potrzebna była zgoda Departamentu Kontroli Eksportu USA, a później odwiedzali mnie ich pracownicy, żeby sprawdzić, czy sprzęt wykorzystywany jest zgodnie z przeznaczeniem.

A jak to wygląda obecnie? Dziś chyba każdy może zostać samozwańczym ekspertem od badań poligraficznych…

Dokładnie tak. Dziś sprawa jest banalnie prosta. Wystarczy mieć odpowiednie środki, zamówić sprzęt i… gotowe. Nikt nie sprawdza, kim jest kupujący ani do jakich celów będzie wykorzystywać wariograf.

Przed rozpoczęciem każdego badania wykonuje Pan test próbny, zwany testem stymulacyjnym. Na czym on polega?

Test stymulacyjny to bardzo ważny element przygotowania przed każdym badaniem poligraficznym. Zanim przystąpię do właściwego testu, wykonuję tzw. test próbny z cyfrą. Polega on na tym, że osoba badana otrzymuje ode mnie karteczkę z przedziałkiem cyfr od 2 do 8 i proszę ją, by skreśliła jedną z nich w taki sposób, żebym ja tego nie widział. Pierwsza część testu ma charakter milczący. Proszę osobę badaną, by nie udzielała żadnych odpowiedzi werbalnych, a jedynie uważnie słuchała. Następnie zadaję pytania w rodzaju: „Czy skreśliła Pan/Pani cyfrę 1? Czy skreśliła Pan/Pani cyfrę 2?”, i tak aż do 8. Jest to tzw. system milczących odpowiedzi, który pozwala na zebranie pierwszych reakcji osoby badanej. W drugiej części testu osoba badana jest proszona o odpowiedź twierdzącą przy cyferce, którą skreśliła.

Chcesz poznać ciąg dalszy wywiadu? Sięgnij po Detektywa 9/2026 (tekst Anny Rychlewicz pt. Prawda pod napięciem). Cały numer do kupienia TUTAJ.