Paryż, lato 1911 roku. Miasto wibruje energią Belle Époque – epoki pięknej, choć naznaczonej już przeczuciem nadchodzącej katastrofy. Bulwary tętnią życiem, kawiarnie pękają w szwach, artyści dyskutują w oparach absyntu na Montmartrze. Słońce sierpnia oblewa złotem dachy, kamienne fasady i Sekwanę, w której odbija się monumentalna sylwetka Luwru. Wewnątrz tego pałacu sztuki, w Salon Carré – najbardziej prestiżowej sali Wielkiej Galerii – wisi ona. Dama z zagadkowym uśmiechem, sportretowana przez Leonarda da Vinci cztery wieki wcześniej. Mona Lisa, czy też La Gioconda. Znana, ceniona przez koneserów, ale jeszcze nie globalna ikona popkultury, jaką stanie się wkrótce. Wisi tam, otoczona dziełami Tycjana, Rafaela, Veronese, strzeżona bardziej reputacją miejsca niż realnymi zabezpieczeniami. Nikt nie przypuszcza, że jej spokojna egzystencja na muzealnej ścianie dobiega końca.
Poniedziałek, 21 Sierpnia 1911. Dzień, który nie istniał dla zwiedzających
Poniedziałek w Luwrze był dniem specyficznym. Muzeum, niczym wielki organizm, potrzebowało dnia na regenerację, konserwację, oddech od niedzielnych tłumów. Było oficjalnie zamknięte dla publiczności, ale nie oznaczało to całkowitej pustki. W labiryncie korytarzy kręcili się konserwatorzy, sprzątacze, fotografowie z pozwoleniem, nieliczni strażnicy. Panował specyficzny, roboczy gwar, daleki od weekendowego zgiełku. Gdzieś w tym pozornym spokoju krył się człowiek, który miał wkrótce wstrząsnąć nie tylko Paryżem, ale całym światem sztuki.
Vincenzo Peruggia, 30-letni włoski imigrant, znał Luwr od podszewki. Pracował tam dorywczo jako szklarz i konserwator. W niedzielę, 20 sierpnia, jak później ustalono, prawdopodobnie wszedł do muzeum normalnie, ubrany w biały fartuch roboczy, który nosili pracownicy. Niewykluczone, że wieczorem, zamiast wyjść z innymi, ukrył się w jednej z licznych szaf gospodarczych lub wnęk, czekając na odpowiedni moment. Miał prosty plan, zrodzony być może z mieszanki urażonej dumy (podobno zwolniono go wcześniej z pracy), włoskiego patriotyzmu (uważał, że obraz zagrabiony przez Napoleona powinien wrócić do Włoch – co było historyczną nieprawdą, gdyż Leonardo sam przywiózł go do Francji) i zwykłej chęci zysku.
Nadszedł poniedziałkowy poranek. Około siódmej rano, gdy większość personelu dopiero zaczynała pracę, Peruggia miał działać. Salon Carré był prawdopodobnie pusty. Znał system mocowania obrazów. Wiedział, że Mona Lisa, namalowana na topolowej desce, jest stosunkowo niewielka (77×53 cm) i wraz z ciężką, renesansową ramą i szklaną osłoną waży sporo, ale sam panel jest do uniesienia dla jednej osoby. Podszedł do ściany. Cztery metalowe zaczepy trzymały obraz. Zdjął go bez większego trudu. To nie była scena z hollywoodzkiego filmu – nie przeciskał się przez wiązki laserów, nie hakował systemów. Po prostu zdjął obraz ze ściany.
Najcięższa była rama i szkło. Z tym nie mógł uciekać. Zaniósł obraz na ukryte schody serwisowe, prowadzące na półpiętro. Tam, w mroku, zdjął bezcenną deskę z ciężkiej oprawy. Ramę i szybę ochronną porzucił na schodach. Teraz miał przy sobie tylko sam obraz, owinięty być może w biały fartuch lub koc, który miał ze sobą. Problem pojawił się przy drzwiach wyjściowych prowadzących na dziedziniec Visconti. Były zamknięte. Peruggia przez chwilę majstrował przy klamce, próbując ją zdemontować kieszonkowym nożem, ale bezskutecznie. Na swoje nieszczęście – a może szczęście – natknął się na hydraulika Sauvet, który akurat przechodził obok. Peruggia, nie tracąc zimnej krwi, poskarżył się, że drzwi są zacięte, a on nie ma klucza. Hydraulik, nie podejrzewając niczego złego – ot, kolejny pracownik muzeum – użył swojego klucza i otworzył drzwi. Peruggia podziękował i wyszedł na dziedziniec, a stamtąd przez jedną z bram opuścił teren Luwru, wtapiając się w poranny paryski tłum. W ręku, ukryty pod płaszczem, niósł najsłynniejszy uśmiech świata. Była prawdopodobnie około 8:30 rano.
Wtorek, 22 sierpnia. Puste miejsce na ścianie
Upłynęły ponad 24 godziny, zanim ktokolwiek zauważył brak obrazu. We wtorek rano do Salon Carré zawitał malarz Louis Béroud, który miał pozwolenie na pracę w muzeum. Chciał namalować kopię lub własną interpretację słynnej sali z Mona Lisą jako centralnym punktem. Ku swojemu zdziwieniu, zastał na ścianie tylko cztery puste haki. Początkowo pomyślał, że obraz zabrano do rutynowego czyszczenia lub fotografowania w muzealnym atelier. Zapytał o to jednego ze strażników. Ten wzruszył ramionami – pewnie fotografowie. Ale godziny mijały, a obraz nie wracał. Zniecierpliwiony Béroud zaczął dopytywać. Strażnicy sprawdzili w atelier fotograficznym – Mony Lisy tam nie było. Sprawdzili u konserwatorów – również nic.
Zaczęła narastać panika. Powiadomiono kierownictwo muzeum. Rozpoczęto gorączkowe przeszukanie. Dopiero około południa, gdy na schodach serwisowych znaleziono porzuconą ramę i szybę, stało się jasne: Mona Lisa została skradziona. Wiadomość była tak szokująca, że początkowo trudno było w nią uwierzyć. Luwr, twierdza sztuki, został splądrowany w tak zuchwały sposób!
Natychmiast zamknięto muzeum, które dopiero co otworzyło swoje podwoje dla zwiedzających. Nikogo nie wypuszczano. Rozpoczęło się żmudne przeszukiwanie każdego zakamarka ogromnego budynku i przesłuchiwanie setek pracowników. Na miejsce wezwano policję. Paryż zamarł.
Chaos. Śledztwa i Alphonse Bertillon na tropie
Śledztwo przejął prefekt policji Louis Lépine, a główną rolę w dochodzeniu odgrywał Alphonse Bertillon – słynny kryminolog, twórca antropometrii sądowej, systemu identyfikacji przestępców na podstawie pomiarów ciała. Bertillon był legendą, ale jego metody, choć rewolucyjne w swoim czasie, miały już swoje ograniczenia. Przybył do Luwru ze swoim zespołem. Na porzuconej ramie i szkle znaleziono odcisk palca – wyraźny odcisk kciuka. Wydawało się, że to przełom. Bertillon był pionierem daktyloskopii we Francji, zgromadził ogromną kartotekę odcisków. Problem w tym, że jego system archiwizacji był skomplikowany i skupiał się głównie na pomiarach ciała. Odciski palców były traktowane drugorzędnie.
Jak na ironię, odcisk kciuka należał do Vincenzo Perugii. Został on zarejestrowany kilka lat wcześniej po drobnym zatargu z prawem. Jednak ze względu na niedoskonałości systemu archiwizacji Bertillona, porównanie odcisku ze wszystkimi kartotekami (liczącymi dziesiątki tysięcy wpisów) uznano za zbyt czasochłonne lub po prostu nie wykonano go prawidłowo w stosunku do osób o „niskim priorytecie”, jak drobni pracownicy czy imigranci. Bertillon skupił się na poszukiwaniu sprawcy wśród znanych włamywaczy i anarchistów, pomijając kluczowy dowód, który miał tuż pod nosem.
Śledztwo pogrążało się w chaosie. Przesłuchano setki osób. Sprawdzano alibi wszystkich pracowników Luwru, obecnych i byłych. Skontrolowano granice. Wyznaczono wysoką nagrodę za informacje – 40 000 franków od rządu i dodatkowe 10 000 od przyjaciół muzeum. Bez skutku. Prasa szalała. Codziennie pojawiały się nowe, często absurdalne teorie. Oskarżano Niemców (narastające napięcia międzynarodowe), amerykańskich milionerów (chcących mieć obraz tylko dla siebie), szalonych artystów, anarchistów. Dyrektor Luwru, Théophile Homolle, został zmuszony do dymisji. Skandal był ogromny. Bezradność policji stała się obiektem drwin.
Apollinaire i Picasso – niefortunni podejrzani
W atmosferze podejrzeń i gorączkowych poszukiwań kozła ofiarnego, śledztwo skręciło w nieoczekiwanym, artystycznym kierunku. Kilka lat wcześniej, awangardowy poeta Guillaume Apollinaire zatrudniał jako sekretarza młodego Belga o wątpliwej reputacji, Géry’ego Piéreta. Piéret miał zwyczaj „pożyczać” drobne przedmioty z Luwru – w 1907 roku ukradł dwie niewielkie iberyjskie rzeźby, które następnie sprzedał swojemu znajomemu… Pablowi Picassowi. Picasso, fascynujący się sztuką prymitywną, użył głów tych figurek jako inspiracji dla słynnych „Panien z Awinionu”.
Gdy wybuchł skandal z Mona Lisą, Piéret, licząc na zarobek lub rozgłos, zgłosił się do redakcji gazety „Paris-Journal”, chwaląc się swoimi wcześniejszymi kradzieżami z Luwru i sugerując, jak łatwo było wynieść cenne przedmioty. Policja natychmiast podjęła trop. Apollinaire, jako były pracodawca Piéreta, został aresztowany 7 września 1911 roku pod zarzutem współudziału w kradzieży Mona Lisy i działania w międzynarodowym gangu złodziei sztuki. Poeta spędził tydzień w więzieniu La Santé, co było dla niego traumatycznym przeżyciem.
Na przesłuchanie wezwano również Picassa. Przerażony perspektywą skandalu i więzienia, początkowo zaprzeczał nawet znajomości z Apollinairem. Widok przyjaciela załamanego i w kajdankach podczas konfrontacji miał nim wstrząsnąć. Ostatecznie obaj zostali zwolnieni z braku dowodów łączących ich z kradzieżą Mona Lisy, ale epizod ten na zawsze pozostał rysą na ich życiorysach i pokazał desperację policji, gotowej uwierzyć w najbardziej fantastyczne scenariusze.
Narodziny Ikony
Podczas gdy policja błądziła po omacku, a artyści drżeli przed oskarżeniami, Mona Lisa stawała się sławniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Kradzież trafiła na pierwsze strony gazet na całym świecie. Jej reprodukcje pojawiały się wszędzie. Coś niezwykłego zaczęło dziać się w samym Luwrze. Puste miejsce na ścianie Salon Carré, zaznaczone tylko czterema hakami, stało się samo w sobie atrakcją turystyczną. Ludzie przychodzili tłumnie, by zobaczyć „miejsce po skradzionej damie”. Składano tam kwiaty, zostawiano notatki. Poeci pisali o niej wiersze, kompozytorzy piosenki. Powstawały niezliczone karykatury i pocztówki – Mona Lisa z wąsami, Mona Lisa na wakacjach, Mona Lisa uciekająca z kochankiem.
Paradoksalnie, to właśnie kradzież katapultowała obraz Leonarda z poziomu arcydzieła znanego głównie historykom sztuki i koneserom do rangi globalnego fenomenu, symbolu tajemnicy i niedoścignionego piękna. Jej nieobecność uczyniła ją bardziej obecną niż kiedykolwiek.
Dwa lata w ukryciu
A co działo się z oryginałem? Vincenzo Peruggia wrócił do swojego skromnego mieszkania w Paryżu przy Rue de l’Hôpital Saint-Louis. Ukrył obraz w walizce z podwójnym dnem, którą trzymał pod łóżkiem lub w szafie. Przez ponad dwa lata żył ze swoim bezcennym łupem tuż obok siebie. Jak wyglądało to życie? Czy dręczył go strach przed odkryciem? Czy patrzył na tajemniczy uśmiech w samotności? Tego dokładnie nie wiemy. Sam Peruggia twierdził później, że kierował się wyłącznie patriotyzmem i czekał na odpowiedni moment, by zwrócić obraz Włochom. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego późniejsze próby sprzedaży.
Prawdopodobnie przez dwa lata po prostu nie wiedział, co zrobić z tak „gorącym” towarem. Obraz był zbyt sławny, by go sprzedać na czarnym rynku. Każdy kolekcjoner czy paser natychmiast rozpoznałby kradzioną Mona Lisę. Peruggia, prosty robotnik, nie miał kontaktów ani możliwości, by spieniężyć swój łup dyskretnie. Czekał, aż sprawa przycichnie.
List do Florencji
Jesienią 1913 roku Peruggia uznał najwyraźniej, że nadszedł czas działania. Wrócił do Włoch, do Florencji, zabierając ze sobą skarb w walizce. W listopadzie napisał list do Alfredo Geri, znanego florenckiego antykwariusza i dyrektora galerii sztuki. Podpisał się jako „Leonardo Vincenzo” i zaoferował do sprzedaży… Mona Lisę, pod warunkiem, że obraz pozostanie we Włoszech i trafi do Galerii Uffizi, a on otrzyma „zwrot kosztów” w wysokości 500 000 lirów (co było wówczas znaczną sumą).
Geri początkowo potraktował list jako żart lub prowokację. Skontaktował się jednak z Giovannim Poggim, dyrektorem Galerii Uffizi. Obaj postanowili podjąć grę. Geri odpisał „Leonardowi”, wyrażając zainteresowanie i zapraszając go na spotkanie do Florencji. Peruggia (używając już prawdziwego nazwiska) przybył 10 grudnia 1913 roku do sklepu Geriego. Następnego dnia, w pokoju hotelowym Peruggii w Hotelu Tripoli-Italia (później przemianowanym na Hotel La Gioconda), doszło do historycznego spotkania. Peruggia otworzył walizkę z podwójnym dnem i wyjął obraz.
Geri i Poggi byli ekspertami. Od razu rozpoznali autentyczność dzieła. Charakterystyczne spękania (krakelura), styl malowania, jakość deski – wszystko się zgadzało. Udało im się przekonać Peruggię, by zostawił im obraz do dokładniejszego zbadania i porównania z dokumentacją w Uffizi. Gdy tylko Peruggia opuścił hotel, Geri i Poggi natychmiast skontaktowali się z policją. Jeszcze tego samego dnia Vincenzo Peruggia został aresztowany w swoim hotelu. Był zaskoczony, ale nie stawiał oporu. Po 28 miesiącach ukrycia, Mona Lisa była znów bezpieczna.
Wiadomość o odnalezieniu obrazu wywołała euforię we Włoszech i we Francji. Zanim jednak Mona Lisa wróciła do Paryża, odbyła krótkie, tryumfalne tournée po Włoszech. Wystawiono ją w Galerii Uffizi we Florencji, następnie w Palazzo Farnese (ambasadzie Francji) w Rzymie i wreszcie w Galerii Borghese. Tłumy Włochów przychodziły podziwiać „odzyskany” skarb narodowy. Peruggia, paradoksalnie, stał się dla wielu bohaterem narodowym, naiwnym patriotą, który chciał tylko zwrócić ojczyźnie jej dziedzictwo.
Po dyplomatycznych ustaleniach, 31 grudnia 1913 roku Mona Lisa wyruszyła specjalnym pociągiem w podróż powrotną do Paryża. Jej powitanie było równie entuzjastyczne. Tłumy wiwatowały na trasie przejazdu. 4 stycznia 1914 roku powróciła na swoje miejsce w Salon Carré w Luwrze, tym razem już za kuloodporną szybą i pod znacznie czujniejszą strażą.
Proces Vincenzo Peruggii odbył się we Florencji w czerwcu 1914 roku. Dzięki atmosferze sympatii i argumentom obrony o jego prostocie i patriotycznych pobudkach, a także opinii biegłych psychiatrów o jego „ograniczonej poczytalności”, otrzymał bardzo łagodny wyrok – rok i piętnaście dni więzienia. Ostatecznie spędził w areszcie tylko około siedmiu miesięcy. Po wyjściu na wolność służył krótko w armii włoskiej podczas I wojny światowej, a potem wrócił do Francji, gdzie założył rodzinę i prowadził sklep z farbami. Zmarł w 1925 roku, niemal zapomniany.
Dziedzictwo kradzieży – narodziny supergwiazdy
Kradzież z 1911 roku była wydarzeniem bezprecedensowym. Obnażyła słabości zabezpieczeń wielkich muzeów, wywołała międzynarodowy skandal i na krótko poróżniła Włochy z Francją. Ale jej najważniejszym i trwałym skutkiem było uczynienie z Mona Lisy absolutnej ikony kultury masowej. Zuchwały czyn skromnego włoskiego robotnika sprawił, że obraz, który wcześniej intrygował głównie znawców, stał się własnością całego świata, symbolem tajemnicy, piękna i niedostępności.
Każdego roku miliony ludzi pielgrzymują do Luwru, by choć przez chwilę spojrzeć w oczy najsłynniejszej skradzionej damy w historii. Stoi tam, za pancerną szybą, uśmiechając się zagadkowo, jakby chciała powiedzieć, że nawet największe muzea nie są w stanie w pełni strzec sekretów ukrytych w sercu arcydzieła. Jej legenda narodziła się nie tylko pod pędzlem geniusza, ale także w cieniu zuchwałej kradzieży, która na zawsze zmieniła jej losy i postrzeganie sztuki na świecie.
Fot. pixabay.com