Jak zabijają dzieci, czyli wyrok na ojczulka

Jak zabijają dzieci… Kij baseballowy stał oparty w kącie korytarza. Czekał na swoją kolej, by znów wymierzyć sprawiedliwość. Za pyskowanie, za brak zadań, za dyskoteki, czy wagary. Wiesław C. starał się bardzo, by dzieci wyszły na ludzi, by porządnie się prowadziły i pracowały. A łatwo nie miał. Odkąd Katarzyna wyjechała za groszem na Zachód, musiał upilnować je sam. Czy to wielka wina, że w nerwach tracił cierpliwość i potrafił przylać? A to „bejzbolem”, a to ręką, czy pasem? Robił się nerwowy, zwłaszcza po wypiciu kilku piw, zazwyczaj po kolacji. Dzieci wiedziały, by wtedy nie pokazywać się tacie na oczy…

Dzielnica domów jednorodzinnych – niewielkie miasto na zachodzie Polski. Dom jak każdy inny. Tak jak pozornie zwyczajna była rodzina, która go zamieszkiwała. Sąsiedzi nic nie słyszeli, o niczym nie wiedzieli. Wiesław? Bardzo uczynny człowiek, serdeczny – nigdy nie miał z nikim zatargów. W pracy – jako kierowca – spisywał się bez zarzutu. O sobie, dzieciach i żonie mówił mało, ale ostatecznie przecież nie trzeba się spowiadać ze swego życia.

Katarzyna? Też bezkonfliktowa – co prawda chodziła po osiedlu trochę nadąsana, jakby wiecznie czymś strapiona, ze spuszczoną głową, ale z nikim nie miała konfliktów. Z nikim też nie rozmawiała.

Tak sobie żyła rodzina C. we własnym rodzinnym piekle, o którym nikt nie wiedział lub wiedzieć nie chciał. Wiesław był apodyktyczny, został wychowany surowo i takie też wychowanie zamierzał przekazać dzieciom. Cenił porządek, miał skłonność do rozliczeń, oczekiwał posłuszeństwa i nie było mu wszystko jedno. Dziećmi się interesował, chodził na wywiadówki, sprawdzał, czy się uczą. Starał się mieć dom pod kontrolą, zwłaszcza jak Kasia wyjechała – z dnia na dzień i bez konsultacji z nim – do Włoch. Wyjechała sprzątać mieszkania. W tamtych czasach pracy w Polsce nie było, kto mógł zwłaszcza małych z miasteczek, szukał saksów na Zachodzie. Kasia wyjechała, a on został sam z trójką dorastających podopiecznych.

Jak zabijają dzieci

Sprawdzał i kontrolował, a że często się irytował? No cóż – nawet święty nie zachowałby spokoju. Wiesław czuł, że nad dziećmi zapanować nie umie.

15-letnia Ania pamiętała dobrze, jak kiedyś, gdy dowiedział się, że wagarowała, rzucił się na nią i zaczął dusić. Następnie pchnął ją na meble. Tego dnia dzwoniła do matki cała zapłakana, skarżąc się, że ojciec się nad nimi znęca. Usłyszała w odpowiedzi, że jeszcze trochę, jeszcze parę miesięcy córciu i mama wróci. Wytrzymaj – mówiła.

19-letniego Piotrka ojciec straszył czasem kijem baseballowym, a czasem brał i bił – nie w głowę, ale w plecy, tułów, nogi. 14-letniego Adasia bił pasem albo ręką w kark.

Mawiał często, że trzeba ich trzymać krótko, że są niewdzięczni i się nie słuchają. Dodawał przy tym, że kary to nic strasznego, pomogą im „wyjść na ludzi”, a jego ojciec „też go lał”.

Trwało to rok. Rok bez matki, która wcześniej potrafiła czasem załagodzić napięcia, choć i sama nie raz poczuła ciężką rękę męża. W trakcie jej nieobecności dojrzewająca Ania, wściekła na cały świat, a zwłaszcza na ojca, zamiast szkoły wybierała spacery po parku, czy nad rzeką, imprezki ze starszymi znajomymi i z różnymi substancjami dającymi odlot. Jeden z kumpli doradził jej, by wsypała cały worek fety, jak w slangu młodzieżowym mówiło się tak na amfetaminę, ojcu do herbaty.

– Wrzucisz ze trzy gramy, stary wypije, serce mu stanie i będzie po problemie – radził.

Ani oczy się zaświeciły. Tego samego dnia wróciła do kolegi po potrzebną ilość narkotyku, a wieczorem z wypiekami na twarzy opowiedziała o swoim planie rodzeństwu. Żadne nie zaprotestowało, wręcz przeciwnie, zareagowali entuzjastycznie.

Jak zabijają dzieci

Plan był prosty. Stary – jak mówili o ojcu – wróci z pracy, wszyscy będą mili, a Ania zrobi mu herbatę i przyniesie do pokoju, przed telewizor, przy okazji wsypie biały proszek.

Tak też się stało. Wiesław C. ciężko westchnął po powrocie do domu, zdjął buty, powiesił kurtkę, zjadł obiad, a potem siadł przed telewizorem. Zdziwiło go, że jak nigdy, wszystkie dzieci były w domu i najwyraźniej czekały na niego, siedziały razem z nim w salonie i wpatrywały się w telewizor. Nie zdarzało się to wcześniej zbyt często, zazwyczaj bywały obojętne, gdy się pojawiał, mijały go bez słowa, ewentualnie burczały coś pod nosem, nie mówiąc o wspólnym spędzaniu czasu.

Wiesław spytał najmłodszego Adasia o to jak było w szkole, a ten grzecznie, choć jakby trochę sztucznie i mechanicznie, odparł że dobrze. Chwilę później z kuchni dobiegł głos.

– Tatusiu, napijesz się herbaty? Właśnie sobie robię – pytała Ania.

Wiesław C. zdziwił się koncyliacyjnym i ciepłym tonem. Córka zazwyczaj nie wychodziła z taką inicjatywą. Choć nie za bardzo chciało mu się pić, zgodził się – trochę po to, by dobry przypadek mógł stać się regułą.

***

Ania przyniosła szklankę z herbatą i postawiła na stoliku obok krzesła, na którym siedział. Zauważył, że wszystkie dzieci uważnie mu się przyglądały. Sięgnął po szklankę i wziął malutki łyk, by od razu wypluć go na dywan. – Co to, k…, jest? – warknął.

– No herbata – odparła Ania

– Coś ty mi tam wlała? Tego nie da się pić!

Dziewczyna zbladła, ale nie dała nic poznać po sobie.

– Może była zepsuta – odparła, wzruszyła tylko ramionami i poszła na górę.

– Jaja sobie ze mnie robisz gówniaro? Prosisz się o lanie?  –  krzyknął za nią.

Na co nic nie odpowiedziała. Cała zawartość szklanki powędrowała do zlewu.

Rodzeństwo było rozczarowane. Ojciec nie tylko nie dał się otruć, ale od tej pory wszystkie posiłki i napoje przygotowywał sobie samodzielnie.

Chcesz wiedzieć jak zabijają dzieci i poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 9/2022 (tekst Marcina Monety pt. „Wyrok na ojczulka”). Cały numer do kupienia TUTAJ.