Jan Lange: bigamista, oszust matrymonialny i żonobójca

Jan Lange (przez pewien czas używał imienia Franciszek) to jeden z najsłynniejszych przestępców w Poznaniu w dwudziestoleciu międzywojennym. Rejestr jego miłosnych podbojów był – zaiste – imponujący. Dociekliwi dziennikarze doliczyli się przynajmniej 70 narzeczonych i 3 żon. Policja próbowała przypisać wiele niewyjaśnionych zbrodni.

Ówczesna policja poznańska przyznała, że tak makabrycznego i wstrząsającego widowiska, jakie ujrzała po wyłamaniu drzwi do pokoju, gdzie zamieszkiwali Langowie i otwarciu pieca, skąd wyzierały spalone piszczele i dymiąca jeszcze głowa, nie widziała – donosił m.in. łódzki „Głos Poranny” 9 sierpnia 1934 r.

No cóż, wodze dziennikarskiej wyobraźni mocno zostały w tym opisie popuszczone,  jednak faktem jest, że do zbrodni przy ul. Małeckiego 4 w poznańskiej dzielnicy Łazarz rzeczywiście doszło, tyle że tydzień wcześniej, 2 sierpnia. Prawdopodobnie ze względu na dobro wszczętego śledztwa informację o tym podano z opóźnieniem. Rozgłosu jednak i tak nie uniknięto.

 O „poznańskim Landru” (to porównanie do słynnego seryjnego zabójcy z zachodniej Europy) rozpisały się wszystkie ogólnopolskie dzienniki, i to „dużą czcionką”. Niektóre wydrukowały nawet dodatki nadzwyczajne. Nic w tym dziwnego, bo okoliczności towarzyszące tej zbrodni były niecodzienne i bulwersujące. Ćwiartowanie zwłok, palenie ich fragmentów  w domowym piecu, wywożenie w walizce poza miasto – to było coś zupełnie nowego i niespotykanego dotąd w cywilizowanej i gospodarnej Wielkopolsce. A poza tym zabójca w ciągu kilkunastu godzin znalazł się pod kluczem.

Jan Lange: Potwór w ludzkim ciele

40-letni Lange, sprawca tej makabrycznej zbrodni, trafił w ręce policji bardzo szybko, ale – co trzeba podkreślić – przede wszystkim dzięki postawie mieszkańców Fałkowa, niewielkiej podgnieźnieńskiej wsi. To tutaj, w ciepły piątkowy wieczór, 3 sierpnia 1934 r., z poznańskiego pociągu wysiadło dwóch mężczyzn.

Starszy, ubrany w jasny garnitur i takiż kapelusz, dźwigał pokaźnych rozmiarów walizkę, młodszy – jakiś mniejszy pakunek. Wyglądali na „miastowych”. Nie zatrzymując się, wyszli z dworca, kierując się w stronę kościoła. Jakieś pół godziny później ten starszy pojawił się ponownie na dworcu, aby odebrać z przechowalni przysłany tym samym pociągiem drugi bagaż – również dużą walizkę. Wyszedł z nią szybko z budynku.

Ucieczka nieznajomych

Dwóch nieznanych mężczyzn na pustej stacji zwróciło, co prawda, uwagę pracowników PKP (zawiadowcy stacji i kasjera), ale nie zaniepokoiło. Przybysze zachowywali się spokojnie, nie zdradzając niczym objawów zdenerwowania. Dopiero kilkadziesiąt minut później, kiedy łuna pożaru rozświetliła niebo za gospodarstwem Kubickiego, położonym ok. dwóch kilometrów od dworca, zawiadowcę stacji Bronisława Zugehoera tknęło złe przeczucie. Skojarzenie z tajemniczymi mężczyznami jakoś nasunęło się same. Dodatkowo jego podejrzenia umacniał widok dwóch męskich sylwetek (z daleka nierozpoznawalnych), uwijających się przy płonącej stercie zboża. Nieznajomi zamiast gasić, jeszcze bardziej  podsycali ogień, rzucając w płomienie kolejne snopki. Dostrzegłszy zbliżających się mieszkańców Fałkowa, podpalacze uciekli w kierunku Pierzysk.

„W czasie akcji ratunkowej natknięto się na części zwłok, które początkowo wzięto za ostatki ze świni. Parę kroków dalej jednak znaleziono spaloną już walizę, w której dokonano strasznego odkrycia. W walizie znajdował się świeży kadłub ludzki! Okazało się, że znaleziony tułów należy do kobiety niedawno zamordowanej. Tułów był bez głowy, rąk i dolnych kończyn” – informował 5 sierpnia „Kurier Poznański”.

Kiedy w dymiącym pogorzelisku znaleziono metalowe zamki i okucia ze spalonych waliz, a między nimi zwęglone szczątki, przypominające fragmenty  ludzkich zwłok, zawiadowca Zugehoer natychmiast powiadomił o zdarzeniu posterunek Policji Państwowej w sąsiedniej Lubawie. Przekazał też koledze ze stacji w Pierzyskach (ostatnia stacja przed Gnieznem) rysopisy dwóch nieznanych mężczyzn. Prosił, aby nie spuszczać ich z oczu do momentu przyjazdu agentów policji.

Podejrzani rzeczywiście wsiedli do pociągu w Pierzyskach. W Gnieźnie czekali już na nich  funkcjonariusze z miejscowej komendy PP. Zakutych w kajdanki przewieziono do urzędu śledczego w Poznaniu.

„Zabiłem w afekcie”

Jan Lange od razu przyznał się do zabójstwa swej 38-letniej żony Marii. Poznał ją niespełna dwa miesiące wcześniej poprzez biuro matrymonialne.

– Zabiłem w afekcie, bo mnie żona bardzo zdenerwowała. Zresztą nie pierwszy raz – zeznał do protokołu.

Chwycił krzesło i z całej siły uderzył ją w głowę. Taka była jego wersja. Ale temu wyrafinowanemu twierdzeniu nikt wiary nie daje, wiedząc kim jest Lange – napisał „Tajny Detektyw”. – Wzięty pod mikroskop policyjnych dochodzeń zbrodniarz z ul. Małeckiego okazał się dobrym znajomym policji z lat ubiegłych. Notowany był wielokrotnie w kartotekach jako sprytny i rutynowany oszust(…). Lange miał już na swoim koncie dziewięć wyroków sądowych i 10 lat spędzonych za więziennymi murami. Był doświadczonym i przebiegłym przestępcą, do tego cechował go cynizm i zimna krew. W opinii śledczych, pozbawiony tzw. uczuć wyższych, zdolny był do czynów najgorszych. 

Opisując podczas wizji lokalnej tragiczne wydarzenia z czwartku, 2 sierpnia 1934 r., zachował olimpijski spokój. Ani na chwilę nie załamał się, gdy opowiadał, jak krajał nożem i piłką zamordowaną żonę. Ani jeden muskuł nie drgnął na jego twarzy, gdy opisywał scenę wkładania do kaflowego pieca odciętej głowy nieboszczki – pisał wyraźnie wstrząśnięty reporter „Tajnego Detektywa”, powołując się na anonimowe źródło w wydziale śledczym. 

Gdy już Lange uporał się z „detalami”, skrwawiony korpus zapakował do walizy wypchanej gazetami i sukienkami zamordowanej i następnego dnia przy pomocy swego syna Bronisława (z pierwszego małżeństwa – przy. J.P.)), około godziny 18 makabryczny bagaż wywiózł z mieszkania. na dworzec. Synowi  powiedział, że wiezie bibułę komunistyczną do zniszczenia. Co było dalej, już wiemy.

Działał w afekcie?

Prowadzący śledztwo funkcjonariusze sceptycznie przyjęli wyjaśnienie zbrodniarza o działaniu w afekcie. Z zebranego materiału wyraźnie zaczął rysować się  finansowy motyw tego zabójstwa. Dla „wszystkowiedzących” sąsiadów z kamienicy był on oczywisty. „Głos Poranny” podchwycił ten wątek: [Maria, z domu Nowicka] była gospodynią w kilku zamożnych domach. Uczciwa, rzetelna, pracą uciułała sobie pokaźny kapitalik, przeszło 4 tysiące złotych, i… zaczęła myśleć o szczęściu małżeńskim. [Lange] przedstawił  się jej za urzędnika wojewódzkiego, który ma 200 zł pensji i 100 zł renty inwalidzkiej. Uwierzyła, zakochała się i postanowiła wyjść za mąż (…).

Lange, wyrafinowany oszust i kryminalista, zwietrzył najprawdopodobniej dobry interes. W trybie niemalże ekspresowym, bo zaledwie po 2-tygodniowym okresie narzeczeństwa, zaciągnął swą wybrankę przed ołtarz. Dzięki temu wszedł w posiadanie jej pieniędzy. Wówczas kobieta nie była mu już potrzebna, wiec zamordował. Liczył, że bez śladu pozbędzie się dowodów winy. Nie udało się.

Jan Lange: W gąszczu podejrzeń

Dokładniejszy wgląd w życiorys Jana Langego oraz analiza jego przestępczego dossier skłoniły członków ekipy śledczej do „odkurzenia” niewykrytych w latach 30-tych w Polsce przypadków zabójstw kobiet na tle rabunkowym. Było ich całkiem sporo, ale po wstępnej weryfikacji zainteresowano się kilkoma, które sposobem działania sprawcy przypominały zbrodnię przy ul. Małeckiego w Poznaniu. Była to seria zabójstw w Bydgoszczy. Niestety, mimo wysiłków śledczych nie udało się przedstawić podejrzanemu żadnych zarzutów.

Śledczy zainteresowali się również sprawą zaginięcia pierwszej żony Langego, Janiny Gromadzińskiej, z którą wziął „cichy” ślub w 1921 r. w odległej od Poznania Częstochowie. Idylla nie trwała roku. Langemu udało się namówić żonę do sprzedaży mieszkania pod pozorem wyjazdu do Belgii na placówkę. Od tamtego momentu nikt już Gromadzińskiej-Langowej nie widział. Rodzinie byłej żony oświadczył, że Janina w Belgii odeszła od niego z kochankiem. Jak później sprawdzono, małżonkowie w ogóle nie opuszczali granic Rzeczpospolitej.

Poszlak wskazujących na zbrodnicze intencje oraz czyny Langego można by wymienić znacznie więcej. To, że udało mu się tak długo i bezkarnie funkcjonować w społeczeństwie zawdzięczać mógł niebywałemu szczęściu oraz – niestety –  tzw. przyczynom obiektywnym: niedoskonałości technicznej, organizacyjnej i kadrowej ówczesnych organów ścigania.

Jan Lange: kara śmierci

11 grudnia 1934 r. Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał wyrok skazujący Jana Langego za zabójstwo swej żony Marii na karę śmierci przez powieszenie. Za inne przestępstwa – lakonicznie poinformowała prasa codzienna – Lange skazany został na szereg lat więzienia. Jako łączną karę sąd wymierzył karę śmierci.

W 1935 roku na mocy amnestii karę śmierci zamieniono mu na dożywotnie więzienie. Jan Lange ocalił życie.

„Dziennik Poznański” pisał: „Dotychczas nie widzieliśmy jeszcze na ławie oskarżonych zbrodniarza, któryby w obliczu sprawiedliwości nie załamał się i nie okazał skruchy. Lange jest swego rodzaju wyjątkiem. W ciągu rozprawy nie opuścił go ani na chwilę wisielczy humor i cynizm. Ze spokojem i swadą opowiadał o swym życiu, z cynizmem odzywał się do świadków, z pewnością siebie sprzeczał się z prokuratorem i przewodniczącym. Jednym słowem potwierdział słuszność spostrzeżeń prof. Horoszkiewicza, że tylko osobnik okrutny i zimny potrafi się tak cynicznie zachowywać i tak spokojnie opisywać potworne sceny, jakie miały miejsce w niniejszej sprawie”.

Źródło: hit.policja.gov.pl, gloswielkopolski.pl

Fot. Policja.pl (repr. „Tajny Detektyw)