Jarosław Rudnicki: śmierć wiceprezesa Jagiellonii

Czarna kartka z kalendarza: 12 października.  12 października 2017 roku Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał Krystiana L. na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Mężczyzna odpowiadał za zabójstwo 56-letniego Jarosława Rudnickiego, byłego wiceprezesa klubu Jagiellonia Białystok. Sędziowie uznali, że T. działał z zamiarem ewentualnym pozbawienia życia – bijąc, uświadamiał sobie wysokie prawdopodobieństwo spowodowania śmierci i godził się na taki skutek.

56-letni Jarosław Rudnicki pod koniec lutego 2017 roku zmarł w wyniku obrażeń, których doznał kilka dni wcześniej. Znaleziono go wtedy w ciężkim stanie na przystanku autobusowym w Dobrzyniewie Dużym k. Białegostoku.

Początkowo przypuszczano, że został potrącony przez samochód. Szybko jednak wykluczono wypadek i zatrzymano 37-letniego mężczyznę podejrzewanego o brutalne pobicie. Początkowo postawiono mu zarzut spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu; po śmierci pobitego zarzut zmieniono na zabójstwo z zamiarem bezpośrednim.

Według ustaleń śledztwa, do zdarzenia doszło po spożyciu alkoholu. Doszło do wymiany zdań, Rudnicki został najpierw uderzony dłonią w twarz, a gdy upadł, był bity pięścią i kopany. Wskutek odniesionych w ten sposób licznych obrażeń, m.in. miał złamania kości twarzy i masywny obrzęk mózgu, zmarł w szpitalu.

Jarosław Rudnicki: nieznany motyw śmierci

Oskarżony o napaść mężczyzna przyznał się jedynie do pobicia, ale nie do zabójstwa. „Nie miałem takiego zamiaru, zostałem zaatakowany jako pierwszy” – mówił przed sądem.

Do końca nie był  jasny motyw jego działania, ale z wyjaśnień oskarżonego złożonych w śledztwie wynika, iż znał się z Jarosławem Rudnickim przez konkubinę, a sprawa ma tło osobiste.

Prokuratura uznała, że Krystian L. zadając ciosy w głowę poszkodowanego musiał się liczyć z ewentualnym zabójstwem.  Mając zaledwie 18 lat, na kilkanaście lat trafił do więzienia za zabójstwo. Tamto zdarzenie – jak widać – niewiele go nauczyło. W jego życiu doszło do kolejnego tragicznego zdarzenia.

Za zabójstwo Jarosława Rudnickiego Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał go na karę dożywotniego pozbawienia wolności.

Orzekając dożywocie sąd uznał, że nie było okoliczności łagodzących. Sąd przyznał w uzasadnieniu, że skazany nie zasłużył, by dać mu ponowną szansę na „poprawę swojego zachowania i powrót w przyszłości do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie”.

Sąd apelacyjny karę dożywocia utrzymał. Przyznał, że jest surowa, ale ocenił, że w tym przypadku nie można jej uznać za „rażąco, niewspółmiernie surową”, biorąc pod uwagę m.in. wcześniejszą karalność skazanego, jak również przebieg tragicznego zdarzenia.

 Życiorys znaczony paragrafami

Krystian L.  już jako 11-latek miał kuratora, jako 14-latek problemy z alkoholem i agresją. W 1998 roku skazano go za zabójstwo, którego dopuścił się jako 17-latek. Był w konflikcie z sąsiadem, pokłócili się w trakcie libacji, połamał mu nos. Po powrocie z komisariatu dokończył dzieła: wybił sąsiadowi szyby, poszedł do siebie po nóż, po czym poszedł do niego, zapukał, dostał się do mieszkania pod pretekstem naprawienia szkody i wbił sąsiadowi ten nóż w szyję, dziewięć razy.

Dostał 12 lat więzienia, wyszedł na warunkowe zwolnienie, którego warunki szybko złamał. Spotkał na przystanku młodą dziewczynę, podstępem zwabił do domu i dwukrotnie zgwałcił. Dostał za to cztery lata, wyszedł na warunkowe. W czerwcu 2016 roku dokonał uszkodzenia ciała, skazał go sąd w Londynie, został deportowany do Polski i już w grudniu dopuścił się kolejnego przestępstwa.

Jarosław Rudnicki: kim był?

Z takim właśnie człowiekiem związała się Ewa P. Atrakcyjna kobieta z dwójką dorosłych już prawie dzieci była bliską przyjaciółką Jarosława Rudnickiego – znanego i majętnego białostoczanina, wdową po jego zmarłym koledze i wspólniku.

Rudnicki był akcjonariuszem i członkiem rady nadzorczej Jagiellonii Białystok, w okresie od 29 maja do 16 grudnia 2013 wiceprezesem klubu. Męża Ewy znał jeszcze ze szkoły, uważał za dobrego mechanika i dlatego zainwestował w jego warsztat samochodowy.

Po śmierci kolegi Jarosław Rudnicki otoczył opieką wdowę. Jego syn Jakub zeznawał, że byli w bliskiej, intymnej relacji kilka lat wstecz. Jednak cztery-pięć miesięcy przed tym wydarzeniem ich znajomość zaczęła „zanikać” – tak to ujął syn – choć tato nadal jej pomagał, zresztą mieszkali po sąsiedzku, niedaleko.

Krystian L.  poznał Ewę przez wspólnych znajomych, przypadli sobie do gustu, szybko zamieszkał u niej, w jej domu w Dobrzyniewie Dużym. To było parę miesięcy przed tragedią. Zaręczyli się, kupili obrączki, planowali ślub. Oskarżony mówił, że Ewa nie lubiła gdy pił alkohol, stawiała warunki, a jemu bardzo zależało i się dostosował.

U niej poznał Jarosława Rudnickiego.

Jarosław Rudnicki: tamten tragiczny dzień

Feralnej niedzieli, 19 lutego 2017 roku, widział biznesmena po raz drugi. Rudnicki znowu stanął w drzwiach Ewy. Przyniósł zakupy spożywcze, chciał napić się alkoholu, Ewa oponowała. W końcu mężczyźni wypili po kieliszku, wtedy ona kazała narzeczonemu się wynosić. W międzyczasie wpadł jej kuzyn z kolegami, Krystian wyszedł z nimi i razem pojechali dalej pić. Jak mówili świadkowie, żalił się na kryzys w związku, bo „Ewa wybrała pieniądze”. Dla sądu te zeznania były ważne przy ustalaniu motywu. Choć L. twierdził, że Rudnicki nie był jego wrogiem, to przyczyną ataku mogła być „chęć wyeliminowania przeciwnika, który stanął na drodze do jego szczęścia z osobą, którą kocha”.

Około godz. 21 postanowił pojechać do domu. Zawieźli go nowopoznani koledzy.

W sądzie L. wyjaśniał, że „pan Rudnicki stał w głównej bramie, z kieliszkiem i butelką w ręku. Jakby uzurpował sobie jakieś prawo. Był napastliwy, szarpał się ze mną, zamachnął na mnie tą butelką”. Przeczą temu zeznania świadków. Rudnicki był nietrzeźwy, ale spokojny, dalej chciał się napić, nawet klepał L.  po plecach. Po pierwszym uderzeniu w twarz upadł i miał problemy ze wstaniem. W ogóle nie bronił się przed kolejnymi ciosami, zadawanymi rękami i nogami. Były tak silne, że prawie wszystkie kości twarzoczaszki zostały połamane.

Gdyby nie ingerencja osób trzecich, pewnie dalej by maltretował nieprzytomnego już człowieka. W końcu przestał. W sądzie mówił, że dał Ewie telefon, żeby zadzwoniła po pogotowie, ale to nie było tak. Odrzucił w jej stronę aparat, który był zarejestrowany na nią.

56-letni Jarosław Rudnicki walczył o życie, zmarł po kilku dniach, 24 lutego. Do śmierci doprowadziła niewydolność krążeniowo-oddechowa i centralnego układu oddechowego.

Białystok. Kolejny sukces Archiwum X. Czytaj TUTAJ

Źródło: wyborcza.pl, radio.bialystok.pl, gazetaprawna.pl

Fot. pixabay.com