Jerzy Maliszewski – romantyczny gangster PRL-u

Rok 1946. Warszawa powoli otrząsa się z wojennych ruin. Na Pradze, dzielnicy o niechlubnej sławie, przychodzi na świat Jerzy Nierobisz . Chłopiec wychowuje się w kamienicy przy ulicy Czapelskiej, w świecie, gdzie bieda miesza się z przebiegłością, a autorytetów szuka się raczej na bazarze niż w szkolnym mundurku .

Już jako nastolatek Jerzy wpada w pierwsze konflikty z prawem. Drobne kradzieże, pobicia, włamania — szybko uczy się zasad dżungli panujących na warszawskich podwórkach. Szybko też zdaje sobie sprawę, że w świecie przestępczym nazwisko zobowiązuje. Postanawia więc przyjąć panieńskie nazwisko matki — Maliszewski. Ten gest obcięcia więzów z przeszłością symbolizuje narodziny nowego gracza w peletonie kryminalnego światka .

„Karierę rozpoczął na Bazarze Różyckiego. Tam od lat 50. nawiązywało się najważniejsze znajomości i tam też znajdowało się najwięcej kradzionych rzeczy w Warszawie” — wspominała Katarzyna Cygler na antenie Polskiego Radia . To właśnie tam, w gąszczu straganów i ciemnych zaułków, Jerzy zdobywał szlify.

Nie był zwykłym złodziejem. Wyróżniał się brutalnością i — jak na tamte czasy — niespotykaną brawurą. Krążyły legendy, że potrafił włamać się do mieszkania, gdy gospodarze spali w pokoju obok, zabrać wartościowe przedmioty i wyjść niezauważonym jak duch . Ta umiejętność wtapiania się w tłum i zacierania śladów sprawiała, że milicja długo nie mogła go podejść. Szybko jednak pierwsze wyroki zweryfikowały jego „karierę”. Maliszewski trafiał za kratki, ale najwyraźniej zakochał się w uczuciu, jakie daje ucieczka.

Statystyki „Kaskadera” są imponujące, choć nieco przereklamowane. Więzienna brać przypisywała mu 27 prób ucieczek, z czego 16 zakończyło się sukcesem . W rzeczywistości Maliszewski spędził długie lata za murem, co przeczy mitowi o jego nieuchwytności, jednak te ucieczki, które mu się udały, przeszły do legendy.

Akcja: Agrafka

Najgłośniejsza ucieczka wydarzyła się w październiku 1978 roku. Maliszewski przebywał wówczas w zaostrzonym rygorze we Wronkach. Symulując ciężką chorobę, wymógł na strażnikach decyzję o transporcie do szpitala w Warszawie. W trakcie jazdy otworzył kajdanki i drzwi więźniarki zwykłą agrafką. Gdy obstawa zorientowała się, że klatka jest pusta, „Kaskader” był już w tłumie stolicy .

Akcja: Strzały w centrum

Przez kolejne dwa lata skutecznie unikał pościgu. Milicja rozesłała listy gończe po całym kraju, ale Maliszewski nadal poruszał się swobodnie po Warszawie. Przełom nastąpił 26 maja 1980 roku. Będący po służbie sierżant sztabowy Jan Wocial rozpoznał na tyłach Domu Towarowego „Sawa” mężczyznę podobnego do zbiega .

Konfrontacja w klatce schodowej była dramatyczna. Wezwany do okazania dokumentów, Maliszewski nie zawahał się ani chwili. Wyciągnął pistolet i ciężko ranił milicjanta . Gdy funkcjonariusz osunął się na ziemię, przestępca zniknął w labiryncie śródmiejskich ulic. To zdarzenie uczyniło go numerem jeden na liście poszukiwanych.

Choć film „Zabij mnie, glino” przedstawia bohatera jako nieuchwytnego stratega, rzeczywistość bywała bardziej prozaiczna. Rzadko mówi się o tym, że Maliszewski często wpadał z powodu zwykłego pecha lub banalnych błędów .

Pewnego razu, dokonując włamania do well-known willi na Mokotowie, zostawił na parapecie odcisk buta, co było głupim błędem amatora. Innym razem, podczas ucieczki przed obławą zaplątał się w sznurek do suszenia bielizny, przewracając się z hukiem, co zwabiło czujnego sąsiada. Te wpadki jednak nie podważały jego reputacji. Uwielbiał ryzyko.

„Nie mógł żyć bez adrenaliny. Specjalnie prowokował milicję, aby jej uciekać” . To był dla niego sport. Dla milicji był solą w oku.

Ani listy gończe, ani obławy nie przynosiły rezultatu. Służba Bezpieczeństwa, mimo swojej wszechwładzy, sięgnęła po desperacki środek. W aktach tej sprawy kryje się jeden z najbardziej niezwykłych epizodów w historii polskiej kryminalistyki. Milicja zwróciła się o pomoc do jasnowidza.

Wybór padł na ojca Andrzeja, czyli Czesława Klimuszko, franciszkanina słynącego z niezwykłych zdolności. W tajnych raportach, do których dotarła „Gazeta Policyjna”, opisano tę konsultację:

„Konsultant otrzymał kilka fotografii Jerzego Maliszewskiego… mówił o Maliszewskim: Uciekinier jest bardzo zdesperowany i zdolny do popełnienia wielu groźnych czynów. Już raz zabił i gotowy jest uczynić to po raz drugi… On cierpi na jakąś poważną chorobę, która zmusza go do stałego brania leków… On nosi się z zamiarem ucieczki z Polski…”

Zadziwiające, że w epoce walki z religią, komuniści potajemnie korzystali z pomocy zakonnika. Co więcej, przepowiednia ojca Klimuszki co do choroby okazała się prorocza. To dzięki monitoringowi aptek, gdzie Maliszewski realizował recepty na leki przeciwpadaczkowe, udało się go namierzyć .

Pewnego popołudnia na Ursynowie blok został cicho otoczony przez nieoznakowane radiowozy. W środku, w mieszkaniu na jednym z wyższych pięter, krył się Maliszewski. Istniało jednak ryzyko: w mieszkaniu przebywała kobieta z małym dzieckiem.

Zdecydowano się działać cierpliwie. Nie chciano ryzykować strzelaniny. Gdy Maliszewski wyszedł z bloku, kierując się w stronę zaparkowanego fiata, został otoczony. Tym razem „Kaskader” nie zdążył nawet sięgnąć po broń.

W 1982 roku zapadł wyrok: 25 lat więzienia . Sędzia wymierzył karę maksymalną, mając nadzieję, że ta legenda definitywnie zniknie z wolności.

Rzeczywistość po 1989 roku brutalnie zweryfikowała wielu „twardzieli” PRL-u. Maliszewski wyszedł na wolność w 1994 roku dzięki ułaskawieniu przez prezydenta Lecha Wałęsę . Epoka włamań i ucieczek przed milicją odeszła w niepamięć. Nastały czasy wielkiej kasy, pakerów i zorganizowanych grup przestępczych.

Maliszewski, weteran starej szkoły, nie odnajdował się w nowych realiach. Podjął współpracę z nowymi układami, pracując jako ochroniarz u Czesława K., pseudonim „Ceber” – bossa gangu wołomińskiego . To miała być niebieska posada dla starzejącego się „artysty” przestępczego świata.

13 marca 1995 roku Maliszewski przyjechał z „Cebrem” do willi w Markach pod Warszawą. Gdy boss przekręcił klucz w drzwiach wejściowych, potężna eksplozja rozerwała powietrze. Ktoś zawiesił na klamce ładunek wybuchowy — pocisk moździerzowy. Wybuch był tak silny, że ciała obu mężczyzn zostały dosłownie zmiażdżone i rozczłonkowane .

Jerzy Maliszewski, który uniknął setek kul i tysiąca pułapek, zginął od bomby podłożonej przez nieznanych sprawców. Jego śmierć była przypadkowa — to nie on był celem.

Dla większości Polaków Jerzy Maliszewski pozostał anonimowy. Dla fanów kina stał się jednak pierwowzorem niezapomnianej postaci. W 1988 roku, w samym środku stanu wojennego, na ekrany wszedł film Jacka Bromskiego „Zabij mnie, glino” .

Reżyser wertując kroniki policyjne natknął się na historię Maliszewskiego. Przerobił ją na luźny scenariusz, kreując postać Malika, którego zagrał młody Bogusław Linda w skórzanej kurtce.

„Historia trochę podobna — on ciągle uciekał z więzienia, nie można go było aresztować, aż został namierzony przez milicję obywatelską, gdyż cierpiał na rzadką chorobę” — wspominał Bromski .

Film z Lindą stał się kultowy i zapoczątkował w polskim kinie tzw. nurt gangsterski lat 90. Ironicznie, gdy Linda na ekranie pokonywał opresyjny system, prawdziwy Maliszewski kilka lat po premierze ginął w krwawej łaźni, która nie miała nic wspólnego z romantycznymi ucieczkami z przeszłości.

Na zdjęciu: screenz filmu „Jerzy Maliszewski” z cyklu „Wielkie napady PRL-u” (TVP Historia)

Dodaj komentarz