Józef Pluta czyli „wampir z Marianowa”

Czarna kartka z kalendarza: 9 września. W nocy z 9 na 10 września 1979 roku uciekł ze szpitala psychiatrycznego  w woj. lubuskim  Józef Pluta, skazany za zabójstwo. Zamordował kobietę, która przyłapała go na współżyciu z owcą. W kronikach kryminalnych zapisał się jako „wampir z Marianowa”. Ma na swoim koncie co najmniej siedem ofiar, w tym dwie rodziny, które zamordował z wyjątkowym okrucieństwem i bez oczywistego motywu.

Tamtej wrześniowej nocy pierwsze kroki skierował do miejscowości Pąchy, małej osady w głębi lasu. Tam mieszkała z rodziną Teresa S. – kobieta, którą Józef Pluta poznał w szpitalu. Odwiedził ją, wspólnie z jej rodziną zjadł kolację. Kiedy gospodarz wyszedł do obory Pluta wymordował trójkę domowników. Gospodarza dopadł w oborze i tam zarąbał siekierą. Prawdopodobnie motywem jego zabójstwa była chęć wymordowania rodziny i znajomych.

Józef Pluta ukrywał się w lasach

„Kto Ty jesteś? Pluta mały. Jaki znak Twój? Topór biały. Gdzie Ty mieszkasz? W Suchym Lesie. Co Ty niesiesz? Trupa niesę”.

To wierszyk, które starsze dzieci powtarzały w latach 70., a to za sprawą Józefa Pluty. Jesienią 1979 roku całą Polską wstrząsnęły okrutne zbrodnie mężczyzny, który uciekł ze szpitala psychiatrycznego, a następnie wymordował rodziny w Pąchach i Suchym Lesie. Był bezwzględny i chyba to najbardziej przerażało ludzi.

Morderca doskonale sobie radził w ukryciu. Ukrywał się w lasach. Okradła spiżarnie mieszkańców wsi. Kradł słoiki z mięsem. Wypijał mleko gospodarzy wystawione przed domami. Cały czas czaił się i atakował. Milicja rozsyłała listy gończe.

Tymczasem on dopuścił się kolejnej zbrodni. Tak też trafił do rodziny K. – lekarza, u którego wcześniej był zatrudniony przy remoncie domu i u którego był traktowany niemalże jak przyjaciel rodziny – miał tam nocować, stołować się itp. 20 października 1979 r. morderca pojawił się w Suchym Lesie koło Poznania, gdzie w nocy zaatakował rodzinę K., zabijając siekierą kobietę i mocno raniąc trzy inne osoby, z których jedna zmarła później w szpitalu.

Strach ma wielkie oczy

Ludzie byli przerażeni działalnością „wampira z Marianowa”.  Strach był tak wielki, że kobiety w okolicy nie wychodziły z domów. Rodzice nie wypuszczali na zewnątrz dzieci. Z telewizji wiało grozą z milicyjnych komunikatów o seryjnym mordercy. Pluta sparaliżował kawał Polski.

Wampira nie było, a ludzie drżeli. Widziano go m. in. w okolicy Przyprostyni i Zbąszynia. Miejscowa ludność zebrała się uzbrojona w widły i siekiery. Wszyscy chcieli dopaść zwyrodnialca. Nawet kombajnista skosił kukurydzę, żeby Pluta nie uciekł. Ten był gdzieś w lesie. Nie uciekł, bo ludzie obstawili pola i drogi wylotowe.

Kiedy ruszyła obława nie był w stanie uciec z lasu. Był otoczony. Milicja obawiała się, że przedostanie się do lasów w Wielkopolsce. Tam znowu wsiąkłby na dobre. Kordony ludzi i milicja szły przez las. Pierścień zacieśniał się jednocześnie z kilku stron. Obserwowano krzaki, rowy, zarośla i drzewa. Na jednym z nim ujawniono poszukiwanego mężczyznę.

Ludzie i milicja obstawili drzewo. Chcieli je nawet ścinać, żeby morderca spadł. Inni mieli zamiar wchodzić po Plutę na sosnę. On jednak nie pozwolił się wziąć żywcem.

Zeskoczył z konara na wysokości kilkunastu metrów. Leciał w dół obijając się o grube gałęzie. Upadł na ziemię. Miał otwarte oczy i roztrzaskaną czaszkę. Nie żył. Tak zakończyły się poszukiwania jednego z najgroźniejszych polskich morderców ostatnich kilkudziesięciu lat.

Fot. pixabay.com