Katastrofa pod Otłoczynem. Symbol ludzkiego błędu

Był 19 sierpnia 1980 roku. Polacy budzili się w realiach gorącego politycznie lata. Strajki na Wybrzeżu, w Gdańsku i Szczecinie, wykuwały fundamenty „Solidarności”. Ale tego dnia miało wydarzyć się coś, co nie miało nic wspólnego z polityką, a jednak na zawsze zapisało się w zbiorowej pamięci.

Nad Kujawami snuła się mgła. Była godzina 4:30, kiedy z Torunia wyruszył pociąg towarowy prowadzony przez maszynistę 43-letniego Mieczysława Roschela. Miał jechać do Łap, ale popełnił błąd, który okazał się fatalny: bez zezwolenia ruszył na jednotorową linię w kierunku Otłoczyna.

Kilka minut później, z Torunia Głównego, wyjechał skład pasażerski do Łodzi – pociąg nr 5130. W wagonach, głównie starego typu „bonanzach”, siedziało około 250 osób: uczniowie jadący na wakacje, robotnicy do pracy, matki z dziećmi. Lokomotywą prowadził 60-letni maszynista Jerzy Łangowski, z wieloletnim doświadczeniem i opinią człowieka ostrożnego.

Oba pociągi znalazły się na jednym torze.

Nic nie mogło zapobiec tragedii. Ani próba zatrzymania pociągu przez maszynistów (gdy się dostrzegli z odległości 150 m, było już za późno). Ani dramatyczne starania załóg stacji kolejowych, które nie mogły zdążyć z poinformowaniem załóg pociągów o nieubłaganie zbliżającej się tragedii.

Gdy tylko zauważono, że ze stacji w Otłoczynie, wbrew rozkładowi jazdy i na błędny tor wtacza się olbrzymia lokomotywa Gagarin, ciągnąca 16 pustych wagonów do przewozu węgla, powiadomiono niezwłocznie posterunek Brzoza Toruńska. Niestety, opóźniony pociąg osobowy 5130 właśnie mijał posterunek i mknął na spotkanie przeznaczenia.

Około godziny 4:35, w pobliżu wsi Otłoczyn, doszło do czołowego zderzenia. Huk był słyszany w okolicznych gospodarstwach. Lokomotywy zmiażdżyły się nawzajem. Wagony pasażerskie, lekkie i drewniane, zostały zmiecione z toru, porozrywane na kawałki.

Bilans tragedii: 65 zabitych i około 64 rannych. Była to największa katastrofa kolejowa w dziejach PRL. Wśród ofiar – uczniowie technikum, żołnierze jadący do jednostek, kobiety wracające z odwiedzin u rodzin. Ciała ofiar układano na pobliskiej łące, przykrywając je kocami.

Na miejsce wypadku szybko przybyły ekipy ratunkowe i wojsko. Ludzie z pobliskich wiosek pomagali wynosić rannych. Władze PRL, zajęte w tym czasie kryzysem politycznym i strajkami, starały się ograniczać informacje o tragedii. O katastrofie pisano krótko, lakonicznie.

Dla rodzin ofiar był to jednak koszmar: identyfikacja ciał, pogrzeby w cieniu państwowej propagandy, brak jasnych odpowiedzi na pytania o przyczyny.

Wkrótce po wypadku rozpoczęła się wielogodzinna akcja ratunkowa. Przypominała olbrzymią operację chirurgiczną prowadzoną przez kilkaset osób: medyków, strażaków, wojsko i milicję. Ratownicy musieli wydostawać ludzi z najwyższą ostrożnością, nie można było używać palników ze względu na wyciek paliwa z lokomotyw.

Najmniejsza iskra mogła spowodować eksplozję i dopełnić tragedii. Żeby dostać się do pasażerów uwięzionych w tym, co pozostało po jednym z wagonów, strażacy musieli gołymi rękami wykonać podkop pod wrak. Dźwigi kolejowe sprowadzano z Bydgoszczy i Piotrkowa Trybunalskiego.

„Szymański [Kazimierz – konduktor w pociągu osobowego – przyp. red.] mówi, że w pociągu było siedem wagonów, inni nie zgadzają się z nim. Z ich rachunku wychodzi bowiem, że na torze stoi sześć wagonów. Liczymy razem. Wychodzi sześć. Jeszcze raz, dokładnie […]. Nie, uparcie wychodzi sześć! W końcu ktoś zaczyna liczyć wózki podwozi wagonów. Jest czternaście. A więc Szymański ma rację, pierwszy wagon przestał istnieć!” opisywał dziennikarz toruńskiego dziennika „Nowości” Zbigniew Juchniewicz, który jako pierwszy reporter pojawił się na miejscu katastrofy. „Makabryczny widok przedstawia tylna ściana lokomotywy. Wózki podwozi, fragmenty podłogi i siedzenia oraz oparcia są całkowicie zmiażdżone, a między nimi zwisają bezwładnie ciała kilkunastu, przeważnie młodych ludzi. Pozostali na swoich miejscach, na siedzeniach, tam spotkała ich śmierć” pisał dziennikarz.

Śledztwo wykazało, że maszynista Roschel wyruszył w trasę bez rozkazu. Był przewlekle chory, miał kłopoty ze wzrokiem i – jak twierdzili świadkowie – problemy alkoholowe. Komisja kolejowa orzekła jednoznacznie: winny był maszynista towarowego. Zginął na miejscu, więc nie można go było postawić przed sądem.

Wnioski? Modernizacja torów, zmiana procedur bezpieczeństwa. Ale dla rodzin ofiar były to jedynie słowa. Życia ich bliskich nie dało się już odzyskać.

Fakt, że katastrofa zbiegła się w czasie z wybuchem ogólnopolskich strajków, które pół miesiąca później zakończyły się narodzinami „Solidarności”, dał asumpt do powstania rozmaitych teorii spiskowych. Większość z nich zakładała wewnętrzną robotę władz, które miałby tragedią próbować „przykryć” strajki w całym kraju.

„W śledztwie, w którym uczestniczyły dwie komisje specjalne – PKP i rządowa – przewijał się wątek »trzeciej osoby«. Kogoś spoza drużyny prowadzącej pociąg, kto miał być widziany w lokomotywie pociągu 11599. Na przykład człowieka, który sterroryzował obsługę pociągu, zmusił do jazdy, a przed katastrofą wskoczył w las. Nie znaleziono jednak żadnego dowodu na potwierdzenie tej hipotezy” – pisał w książce „Cześć, giniemy! Największe katastrofy w powojennej Polsce” Jarosław Reszka.

Zdaniem ekspertów i historyków powodem katastrofy było przede wszystkim zmęczenie maszynisty pociągu towarowego, który pełnił służbę niemal bez przerwy przez około 25 godzin. W tamtych czasach maszyniści dzięki ogromnym liczbom nadgodzin mogli dorobić do niskich płac, a zjawisko to tolerowały władze PKP, gdyż na kolei brakowało personelu.

Dziś, w pobliżu torów pod Otłoczynem, stoi pomnik – głaz z tablicą upamiętniającą ofiary. Każdego 19 sierpnia zapalane tam są  znicze.

Katastrofa ta wstrząsnęła Polską, choć oficjalnie mówiono o niej niewiele. Dla wielu rodzin była dramatem, o którym przez lata opowiadano tylko szeptem.

„Pociąg do Łodzi nigdy nie dotarł do celu” – to zdanie powtarzano w gazetach i na ustach świadków.

Katastrofa pod Otłoczynem pozostaje symbolem ludzkiego błędu, lekceważenia procedur i tragicznej ceny, jaką muszą za to płacić niewinni.

Fot. gov.pl