Kim byli polscy kaci? Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie, PRL ukrywał ich tożsamość lepiej niż nazwisk agentów wywiadu. Żony nie wiedziały. Sąsiedzi nie podejrzewali. A oni co kilka tygodni zakładali pętlę na szyję zupełnie obcego człowieka. Jeden się rozpił. Zanim zdążył wykonać ostatni wyrok, musieli go zwolnić. Drugi – po emeryturze – otworzył warsztat samochodowy. Po kilku latach powiesił się. Trzeci, przedwojenny mistrz szubienicy, który zarabiał jak kapitan wojska, próbował odebrać sobie życie. I podobno płakał przy egzekucjach. Kara śmierci nie zabijała tylko skazanych. Ona pożerała swoich katów. 21 kwietnia 1988 roku polski wykonał ostatnie „zlecenie”. Potem zapadła cisza. Kim byli? Skąd się brali? I dlaczego nikt nie chce dziś wymienić ich nazwisk? Oto historia, której nie znajdziesz w podręcznikach.
Jest kwietniowy poranek 1988 roku. W więzieniu Montelupich w Krakowie panuje cisza, która ma swoje własne brzmienie – to oddech ludzi, którzy wiedzą, że za chwilę ktoś umrze.
Na korytarzu słychać tylko skrzypienie butów. Trzech mężczyzn prowadzi czwartego. Skazany nie stawia oporu. Wie, dokąd idzie. Mówili mu „do lekarza”, ale on nie dał się oszukać. Tak samo jak ci przed nim.
W pomieszczeniu obok czeka już ten, kogo nikt nie ma prawa znać.
Kat.
Nie ma imienia. Nie ma nazwiska. Nawet jego żona myśli, że pracuje w administracji więziennej. Sąsiedzi pozdrawiają go na klatce – „dzień dobry, panie Józefie” – a on kiwa głową, jakby za chwilę nie miał komuś założyć pętli na szyję.
Sprawdza dźwignię. Dotyka liny. Zna jej fakturę lepiej niż skórę własnej dłoni.
To jego ostatnie „zlecenie”.
Kim byli polscy kaci? Wcześniej byli inni.
Przedwojenny kat, Stefan Maciejowski – młody, sympatyczny, uśmiechnięty chłopak. Za jednego powieszonego brał 100 zł. Za „dyspozycyjność” – kolejne 400. Tyle co kapitan wojska. Mógł żyć jak pan. A jednak podobno płakał po egzekucjach. I próbował się zabić.
Peerelowski kat, ten przedostatni – rozpił się do reszty. Zaczynał od kieliszka przed wyjściem do pracy. Skończył na tym, że nie mógł utrzymać dźwigni. Zwolnili go bez rozgłosu.
A ostatni? Po przejściu na emeryturę otworzył zakład samochodowy. Sąsiedzi mówili o nim „spokojny człowiek, dobry fachowiec”. Nie wiedzieli, że w bagażniku swojego fiata woził kiedyś nie tylko narzędzia. Po kilku latach powiesił się w tym samym warsztacie. Lina została znaleziona dopiero po trzech dniach.
Dlaczego to robili?
Nie z nienawiści. Nie z zemsty. Z rozkazu. I za pieniądze.
W PRL kaci byli pracownikami więziennictwa, a egzekucje traktowano jak „zlecenia”. Dostawali dodatek do pensji. I gwarancję, że nikt się nie dowie.
Bo państwo polskie podpisywało z nimi umowę o zachowaniu tajemnicy. Taką samą, jaką w ZSRR podpisywano z likwidatorami. Protokoły z egzekucji do dziś mają klauzulę „tajne, specjalnego znaczenia”.
Ich ofiary? Czasem seryjni mordercy, jak Zdzisław Marchwicki – „Wampir z Zagłębia”, który zgwałcił i zabił 15 kobiet. Czasem żołnierze wyklęci, skazani przez stalinowskie sądy na śmierć za to, że walczyli o wolną Polskę.
Dla kata nie robiło to różnicy. On nie patrzył w twarz. Patrzył na dźwignię.
A potem przyszła cisza.
21 kwietnia 1988 roku – ostatnia egzekucja. Skazany nazywał się Andrzej Czabański. Morderca i gwałciciel. Poprosił o papierosa. Kat zdjął białe rękawiczki i wrzucił je do trumny – na piersi zmarłego. Stary, ponury zwyczaj.
Kilka miesięcy później rząd Rakowskiego zawiesił wykonywanie wyroków. W 1997 roku karę śmierci zniesiono ostatecznie.
A kaci? Zniknęli. Ich nazwiska wciąż leżą w archiwach Ministerstwa Sprawiedliwości. Opieczętowane. Zapomniane.
Ale co jakiś czas wraca pytanie: Kim byli ludzie, którzy zarabiali na czyjejś śmierci? I czy ktokolwiek z nich umarł w spokoju?
Kim byli polscy kaci? Tego na pewno nie wiesz!
Przedostatni polski kat rozpił się i trzeba było zrezygnować z jego usług. Ostatni – po przejściu na emeryturę — miał prowadzić zakład samochodowy. Po kilku latach popełnił samobójstwo.
W PRL po latach stalinowskich było ich dwóch. Na stałe pracowali w więziennictwie. Egzekucje na skazanych wykonywali jako prace zlecone. Prawie nikt nie znał jednak tożsamości powojennych polskich katów.
Dziś wiadomo, że jednym z najbardziej znanych katów okresu stalinowskiego był Aleksander Drej (1905–1974), funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa, który wykonywał wyroki do 1957 roku. Jego ofiarami padli m.in. żołnierze wyklęci, w tym Łukasz Ciepliński. Po odejściu z bezpieki Drej przez rok pracował w Milicji Obywatelskiej, ale został zwolniony z powodu braku kwalifikacji.
Według danych IPN, w latach 1946-1955 sądy wojskowe skazały na śmierć około 5 tysięcy osób, co czyniło ten okres jednym z najkrwawszych w powojennej historii Polski. Większość tych wyroków wykonano, a wielu skazanych było żołnierzami podziemia niepodległościowego.
Taka tajemniczość nie obowiązywała w II RP. Przedwojenny kat, słynny Stefan Maciejowski (albo Maciejewski), człowiek ponoć młody i sympatyczny, brał po 100 zł za wykonanie jednego wyroku. „Za dyspozycyjność” państwo polskie płaciło mu 400 zł. Dla porównania, górnik zarabiał wtedy ok. 250 zł, robotnik — 150. Średnia płaca w Polsce lat 30. XX stulecia nie sięgała 200 zł. Kat był więc człowiekiem dobrze sytuowanym.
Rzeczywiste dane dotyczące zarobków w II RP potwierdzają tezę o dobrym uposażeniu kata. Przeciętny robotnik w przemyśle zarabiał około 143 zł miesięcznie, a nauczyciel szkoły podstawowej od 200 do 300 zł. Dla porównania, kapitan wojska polskiego otrzymywał w 1936 roku 400 zł, a pułkownik 713 zł. Maciejowski, jako kat, zarabiał więc na poziomie kapitana, co było kwotą bardzo wysoką jak na ówczesne standardy.
Sam Stefan Maciejowski, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Alfred Kalt lub Alfred Kaltbaum, był pierwszą osobą w II RP powołaną na stanowisko kata po wprowadzeniu nowego prawa w 1927 roku. Według relacji miał być człowiekiem „młodym i sympatycznym”, a przy jednej z egzekucji podobno miał łzy w oczach. Próbę samobójczą też miał za sobą, co potwierdza tragiczny wymiar jego zawodu.
Kim byli polscy kaci? Kat w PRL — absolutna tajemnica
Między 1960 a 1988 rokiem polscy kaci wykonali 256 „zleceń”. Rekordowy był rok 1973, wykonano wtedy aż 27 wyroków śmierci. Dane te są zgodne z ustaleniami historyków, choć istnieją pewne rozbieżności. Według innych źródeł, w całym okresie powojennym (łącznie z latami stalinowskimi) wykonano w Polsce ponad 2,5 tysiąca egzekucji, z czego 321 przypadło na lata 1956-1988. W samym tylko 1973 roku stracono 27 osób, co było rekordem w okresie postalinowskim.
Po 16 wyroków wykonano w 1960 i 1976, 13 — w 1977. Jedno „zlecenie” wykonał kat w 1988 roku i był to ostatni wyrok wykonany w Polsce w majestacie prawa. Takie dane podaje Bartłomiej Kozłowski w tekście „O karze śmierci w Polsce i gdzie indziej”. 21 kwietnia 1988 zajęcie kata w naszym kraju odeszło w przeszłość. Czy ostatecznie?
Ostatnią osobą straconą w Polsce był Andrzej Czabański, 29-letni morderca i gwałciciel, powieszony 21 kwietnia 1988 roku w więzieniu Montelupich w Krakowie. Według relacji, przed egzekucją poprosił o papierosa, a kat, zgodnie z niepisaną tradycją, zdjął białe rękawiczki i wrzucił je do trumny, na piersi swojej ofiary. Kilka miesięcy później rząd Mieczysława Rakowskiego ogłosił moratorium na wykonywanie wyroków śmierci, które formalnie zniesiono dopiero w nowym kodeksie karnym z 1997 roku.
Kim byli polscy kaci? Tajne, specjalnego znaczenia
Znali ich tylko dyrektorzy więzień, w których wykonywano wyroki: w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Łodzi. Poza nimi o zleceniach na zabijanie skazańców, jakie otrzymywał kat, nie wiedział nikt — ani jego żona, ani rodzina. W miejscach wykonywania egzekucji byli znani pod przybranymi nazwiskami. Do zachowania tajemnicy zobowiązywała ich podpisana z państwem polskim umowa.
Zachowane dokumenty wskazują, że oprócz kata i jego pomocnika, w egzekucji uczestniczyli zawsze: naczelnik więzienia, prokurator, lekarz oraz kapłan wybranej przez skazanego wiary. Pomocnik kata miał za zadanie zasłonić skazańcowi oczy opaską, po czym kat zakładał pętlę i pociągał za dźwignię uruchamiającą zapadnię. Cała procedura była ściśle tajna, a protokoły z egzekucji do dziś są oznaczone klauzulą „tajne, specjalnego znaczenia”. Nazwisko ostatniego kata PRL pozostaje nieznane, choć według niepotwierdzonych informacji miał on po przejściu na emeryturę prowadzić zakład samochodowy i popełnił samobójstwo.
Taka tajemniczość została przejęta z ZSRR. Protokoły z egzekucji do dziś są oznaczone klauzulą „tajne, specjalnego znaczenia”.
W niektórych krajach jednak do zajęcia kata podchodzono podobnie, jak w Polsce przedwojennej. Na przykład ostatni kat w Wlk. Brytanii był powszechnie znany, a po przejściu na emeryturę prowadził w Londynie popularną restaurację.
Kim byli polscy kaci? Bez odpowiedzi
Mimo prób, nie udało się jednoznacznie potwierdzić tożsamości brytyjskiego kata, który prowadził restaurację. Legenda ta jest jednak żywa i często przywoływana jako dowód na to, że w innych krajach kaci mogli prowadzić normalne życie po zakończeniu kariery. W Wielkiej Brytanii ostatnia egzekucja odbyła się w 1964 roku, a karę śmierci zniesiono w 1969 roku.
Krążą ponure informacje o ustawicznym strachu, w jakim żyli czekający na swój kres skazani. O walce, jaką toczyli z wlokącymi ich na miejsce kaźni strażnikami. Niektórzy przed szubienicą nabierali takich sił, że do ich powstrzymania potrzebnych było kilkunastu strażników.
Opisy te znajdują potwierdzenie w relacjach świadków. Skazani często stawiali opór, co wymagało użycia siły. W niektórych przypadkach, mimo założenia pętli, skazani zachowywali się wyzywająco, drwiąc z kata i pytając go o zarobki. Istniała też praktyka wyprowadzania skazańców pod pretekstem wizyty u lekarza lub na widzeniu, choć zazwyczaj domyślali się oni, jaki jest prawdziwy cel.
Ale nie brakuje też pogłosek o „mocnych ludziach”, którzy już z pętlą na głowie szydzili, pytali katów, ile kasy dostaną za ich głowę. A jeden podobno przerwał prokuratorowi odczytywanie wyroku i polecił, by kat szybko „zrobił swoje”.
Mówi się też o tym, że w dniu egzekucji skazani byli zabierani niby to „do lekarza” lub „na widzenie”. Mimo to nie dawali się oszukać — już wiedzieli, dokąd idą. Wiedzieli też ich koledzy z celi, żegnając wyprowadzanych skazańców słowami otuchy albo przeciwnie — ponurym milczeniem.
Kat – zajęcie nie dla każdego
Właściwie do wykonania wyroku potrzebnych było dwóch ludzi — tego wymagało peerelowskie prawo. Przy każdej egzekucji musiał być obecny pomocnik kata, który zasłaniał skazańcowi oczy. Reszta, czyli założenie pętli, sprawdzanie dźwigni i zapadni, a także dokumentów — te czynności należały już do „głównego” kata.
Zachowane relacje wskazują, że kat często wykonywał swoją pracę w specjalnym stroju, a po egzekucji nie zajmował się pochówkiem ofiary – ta część należała już do innych pracowników więzienia. Kat zrywał pętlę, która pozostawała na szyi zmarłego, i to był jego ostatni akt w tej ponurej procedurze.
Czym dla samego kata było zabijanie ludzi w majestacie prawa? Można się tylko domyślać. Znakomity prawnik Stanisław Podemski w swoim „Pitawalu PRL-u” zapisał znamienne zdanie: „Ofiarami kary śmierci są także jej wykonawcy”. Na pewno aby pełnić funkcję kata, trzeba było mieć określone predyspozycje osobowościowe. Uczestnictwo w egzekucjach — średnio około 10 rocznie — musiało jednak odciskać piętno na psychice.
Badacze tematu potwierdzają, że kaci często padali ofiarami własnej profesji. Dopadały ich koszmary, alkoholizm, a w skrajnych przypadkach – samobójstwa. Przedostatni polski kat rozpił się i trzeba było zrezygnować z jego usług, a ostatni – według niepotwierdzonych doniesień – popełnił samobójstwo. Podobny los spotkał Stefana Maciejowskiego, który również próbował odebrać sobie życie. To pokazuje, że „ofiara kary śmierci” to nie tylko skazany, ale często również ten, kto musi wyrok wykonać.
Kim byli polscy kaci? Kto odebrał sobie życie?
Przedostatni polski kat rozpił się i trzeba było zrezygnować z jego usług. Tożsamości ostatniego kata niby nikt nie znał, ale jednak pewne informacje — inna sprawa, czy zgodne z prawdą — są podawane. Mówi się, że po przejściu na emeryturę prowadził zakład samochodowy. Po kilku latach popełnił samobójstwo. Próbę samobójczą miał też za sobą słynny Maciejowski.
Tożsamość ostatniego kata PRL pozostaje jedną z najlepiej strzeżonych tajemnic polskiego wymiaru sprawiedliwości. Jego nazwisko spoczywa w utajnionych archiwach Ministerstwa Sprawiedliwości i prawdopodobnie nigdy nie zostanie ujawnione. Krążące historie o warsztacie samochodowym i samobójstwie są więc jedynie domysłami, choć – jak widać – niezwykle trwałymi w zbiorowej świadomości.
Karę śmierci w Polsce zniesiono w nowym kodeksie karnym z 1997 roku. Już wcześniej, od 1988 roku, panowało w naszym kraju moratorium na jej wykonywanie. Ostatniej egzekucji w Polsce, jak już wspomnieliśmy, kat dokonał w kwietniu 1988. Wcześniej bywały jednak okresy, że kaci mieli sporo pracy. Zwłaszcza w latach stalinowskich, kiedy to stracono trudną do oszacowania liczbę osób. Mówi się o przynajmniej 3,5 tys. ofiar stalinowskich sądów, ale liczba ta prawdopodobnie jest zaniżona.
Najnowsze dane Instytutu Pamięci Narodowej wskazują, że w latach 1946-1955 sądy wojskowe skazały na śmierć około 5 tysięcy osób, a wykonano większość z tych wyroków. Wśród straconych były nie tylko osoby skazane za przestępstwa pospolite, ale przede wszystkim żołnierze podziemia niepodległościowego oraz działacze opozycji antykomunistycznej. Ofiarą padali również cywile oskarżeni o współpracę z podziemiem. Liczba 3,5 tys. ofiar podawana w tekście jest zatem zaniżona – rzeczywista liczba jest znacznie wyższa.
Po egzekucji Czabańskiego rząd Mieczysława Rakowskiego kilka miesięcy później zawiesił wykonywanie wyroków śmierci. W 1989 r. skazanym na karę śmierci, którzy nie zostali straceni, zamieniono wyroki na kary 25 lat pozbawienia wolności. W 1995 r. do polskiego kodeksu karnego powróciła kara dożywotniego pozbawienia wolności. To najsurowszy do dziś wymiar kary w Polsce.
W 1997 roku karę śmierci definitywnie zniesiono z polskiego kodeksu karnego, zastępując ją karą dożywotniego pozbawienia wolności. W 1989 roku, na mocy amnestii, wszystkim skazanym na karę śmierci, którzy nie zostali straceni, zamieniono wyroki na 25 lat więzienia. Choć w 1995 roku do kodeksu powróciła kara dożywocia, to właśnie ona, a nie kara śmierci, jest dziś najsurowszym wymiarem kary w Polsce. Moratorium z 1988 roku, choć nigdy formalnie nieogłoszone przez konstytucyjny organ państwa, stało się początkiem końca kary głównej w Polsce.
Źródło: wp.p, ipn.gov.pl, gazeta.pl, magazyndetektyw.pl
Fot. pixabay.com