W listopadzie 2023 roku w mieszkaniu przy ul. Bytomskiej w Krakowie ujawniono ciało młodej kobiety. Od początku o zabójstwo podejrzewano jej chłopaka 21-letniego Jakuba K. Po odkryciu zbrodni mężczyzna kupił bilet lotniczy i wyleciał do Londynu. Kilka dni później wrócił do Krakowa i pojawił się ze swoim adwokatem w prokuraturze. Motywu zbrodni nie ustalono. 7 lipca 2026 roku, przed Sądem Apelacyjnym w Krakowie, zapadł prawomocny wyrok w tej zagadkowej sprawie.
Pokój Justynki stoi dokładnie tak, jak go zostawiła. Na biurku – otwarty notes, w szafie – jej ubrania, na półce – książka złożona na stronie, gdzie przerwała czytanie. Matka nie ruszyła niczego. Przez dwa lata i osiem miesięcy. Codziennie przychodzi do tego pokoju i czeka. Choć wie, że córka nie wróci. Zabójca milczy. Sąd właśnie prawomocnie skazał go na 25 lat więzienia. Ale nikt nigdy nie pozna prawdy, dlaczego 20-letnia Justyna B. umarła z jego rąk.
Ostatnia wiadomość
18 listopada 2023 roku, sobota. Kraków, ulica Bytomska. W mieszkaniu należącym do rodziny Jakuba K. panował porządek. Świeżo odkurzona podłoga. Złożone ubrania. W kuchni – naczynia poukładane w zmywarce. Żadnych śladów walki. Żadnego chaosu.
Tylko jedno: 20-letnia Justyna B. leżała martwa. Uduszona.
Trwało to cztery minuty. Wystarczająco długo, by zdążyła przestać oddychać, choć wcześniej – przez te cztery minuty – jeszcze walczyła. Jeszcze krzyczała? Może błagała? Jej ciało nie zdradziło tych sekund agonii. Nie było śladów szamotaniny, żadnych podrapań, żadnych ran obronnych. Tylko uporczywy ucisk na szyję – tyle wystarczyło.
Tego ranka, kilkadziesiąt minut przed śmiercią, Justyna wysłała rodzinnemu grupowemu czatowi wiadomość: „Cześć robaczki, u nas dwa stopnie, słońce próbuje przebić się przez chmury, miłego dnia”. Pół godziny później już nie żyła.
Zaufanie
Justyna poznała Jakuba przez wspólnego znajomego. Dzieliły ich setki kilometrów – ona mieszkała na Pomorzu, on w Krakowie. Najpierw pisali, potem rozmawiali przez telefon, w końcu Jakub K. przyleciał samolotem do jej rodzinnego miasta.
Zrobił wrażenie. Był miły, spokojny, opanowany. Grzecznie witał się z rodzicami, pomagał przy stole, szanował starszych. Wzbudzał zaufanie – to słowo powtarzała później matka Justyny, Agnieszka Sapała, jak mantrę.
„Przez półtora roku ich znajomości był w naszym domu dziewięć razy” – mówiła na sądowym korytarzu, łamiąc się w połowie zdania. „Dzieliłam się z nim opłatkiem, raz w miesiącu wysyłałam im do Krakowa paczki, słałam syropki, gdy Jakub był przeziębiony. Traktowałam go jak własnego syna.”
Po czterech miesiącach od pierwszego spotkania Justyna podjęła decyzję: przeprowadza się do Krakowa. Do mieszkania przy ulicy Bytomskiej, które należało do rodziny Jakuba. Rodzice mieli wątpliwości. Ale Justyna była szczęśliwa – nie dawała powodów do niepokoju. Jej matka wspomina: „Byłyśmy z córką bardzo blisko, właściwie cały czas w kontakcie na messengerze”.
To miało być jej nowe życie. U boku mężczyzny, którego kochała. W mieście, które miało stać się jej domem.
Piątek, 17 listopada 2023: Dzień przed zbrodnią.
Justyna pisała matce, że przygotowuje dla Kuby jego ulubioną sałatkę z kurczakiem. On kroił kurczaka i warzywa. Razem. W kuchni. Zwyczajne popołudnie pary, która planuje wspólny weekend, która ma przed sobą całe życie. Nie wiadomo, co jedli na kolację, jaki film oglądali, czy się kłócili, czy śmiali.
Wiemy tylko, że to była ich ostatnia wspólna kolacja.
Następnego dnia – sobota, 18 listopada – Justyna wysłała ostatnią wiadomość. Potem – nic.
Matka czekała. Godzinę, dwie, cztery. Cisza. Nie odbierała telefonów, nie odpisywała na wiadomości. Agnieszka Sapała zaczęła się niepokoić, ale jeszcze nie wiedziała, że jej córka leży martwa w mieszkaniu przy ulicy Bytomskiej.
Wielka ucieczka
Po zabójstwie Jakub K. nie wezwał pomocy.
Nie próbował reanimować dziewczyny, którą przed chwilą udusił. Nie zadzwonił na pogotowie, nie zawołał sąsiadów.
Zamiast tego – spotkał się z ojcem, który akurat przyjechał do Krakowa. Nie wiemy, co sobie powiedzieli. Czy ojciec od razu wiedział? Czy syn wyznał mu prawdę? A może ojciec domyślił się, gdy zobaczył martwą dziewczynę w mieszkaniu syna?
Potem Jakub K. udał się na lotnisko. Odleciał do Anglii, gdzie mieszka jego siostra.
To ojciec, tego samego dnia około godziny 19:00, skontaktował się z policją. Przekazał funkcjonariuszom informację o śmierci Justyny. Czy chciał oczyścić sumienie? Czy bał się konsekwencji? Czy może to była próba ograniczenia szkód – zgłoszenie, które miało ułatwić synowi powrót do kraju na łagodniejszych warunkach?
Trzy dni później Jakub K. stawił się na komisariacie. W towarzystwie adwokata. Został zatrzymany.
W cieniu zamkniętych drzwi
Proces ruszył 26 listopada 2024 roku. Przed salą sądową – dramat. Matka Justyny, Agnieszka Sapała, stała z portretem córki w dłoniach. Jej dłonie drżały. Brat Justyny, Bartosz, mówił do dziennikarzy głosem, który ledwo dawał radę powstrzymać łzy: „Justynka była moją jedyną siostrą. Bardzo mi zależało, żeby była szczęśliwa. Nic nie wskazywało na tragedię”.
Na korytarzu sądowym spotkały się rodziny ofiary i oskarżonego. Doszło do zamieszania. Sędzia prosiła o spokój. Policja sądowa interweniowała.
Potem sąd ogłosił: proces toczy się przy wyłączonej jawności. To standard w sprawach, gdzie dobro ofiary lub wrażliwe okoliczności wymagają ochrony, ale dla opinii publicznej oznaczało to jedno – nie poznamy szczegółów. Nie usłyszymy, co stało się w tym mieszkaniu w sobotę 18 listopada. Nie dowiemy się, co powiedział Jakub K., gdy już go aresztowano.
Dziennikarze mogli usłyszeć tylko jedno: akt oskarżenia. Prokurator Adrian Sommer odczytał krótko: „Oskarżam Jakuba K. o to, że zabił Justynę B. przez uduszenie”.
To wszystko.
Jakub K. nigdy nie przyznał się do zabójstwa. Nie podał motywu. Nie wyjaśnił, dlaczego zabił kobietę, z którą dzielił życie, która robiła mu ulubioną sałatkę, która pisała do rodziny z nadzieją w głosie. Milczał na przesłuchaniach. Milczał przed sądem. Milczy nadal.
Jego obrońca w toku postępowania wnioskował o uchylenie aresztu tymczasowego – za kaucją w wysokości miliona złotych. Sąd się nie zgodził.
Wyrok
22 grudnia 2025 roku, na dwa dni przed Wigilią, zapadł wyrok. Sąd Okręgowy skazał Jakuba K. na 25 lat pozbawienia wolności.
Dwadzieścia pięć lat. Dla matki Justyny to wciąż za mało – żadna kara nie przywróci jej córki. Dla opinii publicznej to wyrok, który kończy pewien etap, ale nie zamyka sprawy. Bo wciąż nie wiemy dlaczego. Co sprawiło, że mężczyzna, którego rodzina Justyny przyjęła jak swojego, którego matka nazywała synem, w ciągu czterech minut zabił kobietę, którą podobno kochał?
7 lipca 2026 roku Sąd Apelacyjny utrzymał wyrok w mocy. Prawomocny. Nie ma już odwołania. Jakub K. pójdzie za kraty. Ale tajemnica zbrodni pozostanie z nim. A rodzina Justyny – z pustką.
Pokój, który czeka
Agnieszka Sapała od śmierci córki żyje w zatrzymanym czasie.
„Justynka zabrała ze sobą do grobu tajemnicę śmierci, a on milczy” – mówi. „Dla mnie czas zatrzymał się w chwili jej śmierci, dokładnie dwa lata i osiem miesięcy temu. Zabójca odebrał mi ukochane dziecko, zabrał mi cały świat.”
Codziennie jest na cmentarzu. Nie opuszcza grobu córki. Mówi do niej, układa kwiaty, wspomina. A potem wraca do domu, w którym wszystko jest tak samo jak wtedy, gdy Justyna wyjeżdżała do Krakowa.
Pokój Justynki stoi nienaruszony.
„Nic w nim nie ruszałam, nie jestem w stanie” – mówi.
Na biurku wciąż leży otwarty notes. W szafie wiszą ubrania, które Justyna zostawiła. Książka, którą czytała przed wyjazdem, wciąż czeka na niej na półce, złożona na stronie, gdzie przerwała. Matka nie ma siły tego dotknąć.
Pokój czeka. Czeka na Justynkę. Choć wie, że to niemożliwe.
Dwa lata i osiem miesięcy po zbrodni wciąż nie wiemy, dlaczego Jakub K. zabił Justynę. Czy to była kłótnia? Czy złość? Czy za tym kryje się coś więcej, czego nigdy nie poznamy? On milczy. Ona zabrała odpowiedź do grobu.
Został tylko porządek w mieszkaniu – ten dziwny, przerażający porządek. Wysprzątane wszystko. Ani śladu walki. Jakby nigdy nic się nie stało. Jakby Justyna nigdy tam nie krzyczała. Jakby cztery minuty jej ostatniego tchnienia nie pozostawiły żadnego śladu poza jednym – życiem, które zostało odebrane.
„Cześć robaczki, u nas dwa stopnie, słońce próbuje przebić się przez chmury, miłego dnia” – to były jej ostatnie słowa.
Za chwilę słońce rzeczywiście przebiło się przez chmury. Ale Justyna już tego nie zobaczyła.