Krwawy Witold i jego banda. Bez sentymentów

Wiłkokuk to niewielka osada ukryta w lasach wokół jeziora Zelwa na Suwalszczyźnie. Jest tak mała, że w zestawieniach statystycznych próżno szukać aktualnej liczby jej mieszkańców. Przez dziesięciolecia zamieszkanych było tam tylko kilka domostw.

Większość odwiedzających ten rejon, to mieszkańcy pobliskiej wsi Giby i Sejn, którzy zapuszczają się nad brzegi Zelwy, by wędkować albo urządzić sobie leśny biwak. Ostatnie, co można powiedzieć o Wiłkokuku to to, że jest miejscowością turystyczną. Jest raczej nieodkrytą perełką, schowaną w leśnej gęstwinie pogranicznych rozlewisk i jezior. Dopiero w ostatnich latach nad Zelwę zaczęli przyjeżdżać miłośnicy nurkowania, bo niemal krystalicznie czyste wody jeziora idealnie nadają się do sportów i rekreacji.

W roku 2000 o jeziorze Zelwa wiedzieli jednak tylko mieszkańcy okolicznych osad. Czasem zawędrował tam jakiś piechur, zbłąkany turysta. Jednym z nich był Piotr P. 19 czerwca 2000 roku odpoczywał nad brzegiem jeziora, kiedy zauważył w pobliżu grupę głośno zachowujących się mężczyzn, poszedł dalej, nie zwracając na siebie uwagi.

W grupce głośno biwakującej nad brzegiem jeziora byli Witold Z., mieszkaniec pobliskich Sejn, Wiesław Piotr J., który mieszkał w Wiłkokuku oraz Krzysztof D., Wiesław J., Marek M. i Stanisław B. To koledzy, którzy tworzyli bandę. Wszyscy tutejsi ich znali. Co ich łączyło poza pochodzeniem z tej samej okolicy? Trochę interesy, a trochę to, że miał u nich posłuch Witold Z. Mężczyzna grał pierwsze skrzypce w grupie, można go nazwać hersztem, przywódcą bandy albo bardziej neutralnie – liderem.

Pili alkohol przy ognisku, żartowali, śmiali się. Omawiali „swoje sprawy”. Trochę o lokalnych dziewczynach, trochę o korupcji w Polskim Związku Piłki Nożnej? Może. Równie dobrze mogliby rozmawiać o tym, jaki interes założyć, czym handlować albo gdzie warto wyjechać za granicę, by dobrze zarobić. Tego nigdy nie ustalono, choć spotkanie nad jeziorem później było przedmiotem szeroko zakrojonego śledztwa, które postawiło na nogi kryminalnych w komendach w Sejnach i w Suwałkach.

W miarę, jak w butelkach ubywało wódki, zachowanie mężczyzn stawało się coraz bardziej gwałtowne, wywiązała się też sprzeczka. Poszło o, wydawałoby się błahą sprawę. Liczący 34 lata Staszek został oskarżony o to, że schował bądź wręcz ukradł, nóż Witka, szefa bandy. Droga od słów do rękoczynów okazała się krótka. W końcu ktoś z bandy uderzył Staszka, a reszta nie pozostała bierna. Trzeba było się uwiarygodnić przed Witkiem, który siedział jakoś chmurny, nadąsany. Czy jemu najmniej szumiało w głowie? Dość, że gdy pozostali już na serio rzucili się na Stanisława, bijąc go pięściami bez litości i kopiąc, on wstał i ruszył w kierunku swojego samochodu, zaparkowanego nieopodal.

Witold Z. wrócił po kilku minutach. Stacha skuto kajdankami i przywiązano do drzewa. Jego gehenna miała się dopiero zacząć na dobre. Był kopany i bity po całym ciele. Wiele razy spadały na niego ciosy wymierzane kijem. „Koledzy” znęcali się nad nim, po czym przestawali i wracali do picia. Po kilku godzinach takiej kaźni mężczyzna był bliski śmierci. W końcu został ugodzony – jak to później określi biegły techniki kryminalistyki – przedmiotem o cechach noża albo „przypominającym nóż”. Pierwszy cios zadano w udo, dwa kolejne, które okazały się śmiertelne, w klatkę piersiową.

Witold Z. zdecydował, że należy pozbyć się ciała. Przedtem ktoś – jak ustali to dopiero po latach policyjne śledztwo – prawdopodobnie Witold Z., wpadł na pomysł, by rozebrać ofiarę morderstwa, a ubranie spalić w ognisku. Tak przeprowadzono pierwszy etap zacierania śladów zbrodni.

Kolejnym było zawinięcie ciała w folię. Sprawcy wsadzili je do bagażnika samochodu i zawieźli kilka kilometrów dalej. Zanim zagrzebali w piachu na dawnym żwirowisku, odrąbali głowę i nogi. Powód? Ciało nie mieściło się w wykopanym dole. Porzucili więc jego odcięte fragmenty około kilometr dalej. Po wszystkim czterech towarzyszy zbrodni wróciło do swoich domów.

Następnego dnia zostali zwołani przez Witolda Z. w to samo miejsce, w którym znęcali się i zamordowali kolegę. Koniecznie trzeba było pozbyć się śladów zbrodni. Postępowali zatem zgodnie ze wskazówkami Witolda Z. Robotę zaczęli od ścięcia krzaków w otoczeniu miejsca ich krwawej popijawy z poprzedniego wieczoru. Wprawdzie wcześniej już spalili całe ubranie Stanisława B., ale przecież nie mogli mieć pewności, że na liściach, czy gałęziach znajdujących się w pobliżu nie pozostały na przykład jakieś ślady krwi. Wszak w miarę bicia kolegi, na jego ciele pojawiały się otwarte rany, z których krew tryskała na wszystkie strony. A apogeum tego szaleńczego sabatu nastąpiło, kiedy ostrze noża dwa razy po rękojeść wbito w serce ofiary.

Co do tego, że sprawa prędzej, czy później się wyda, nie mieli wątpliwości. Chodziło tylko o to, by maksymalnie utrudnić możliwość zebrania dowodów wskazujących na to, że właśnie oni brali udział w bestialskim mordzie. Mieli nadzieję, że ogień zatrze ślady, więc rozpalili wielkie ognisko, w którym spalili wykarczowane krzaki.

Chcesz poznać całą historię? Sięgnij po „Detektywa” 8/2025 (tekst Macieja Czerniaka pt. Krwawy Witold i jego banda). Cały numer do kupienia TUTAJ.