Krzysztof Pyka: sprawa mroczna i zagadkowa

Historia, która miała swój początek w 1985 roku, do tej pory nie została zakończona. Chociaż wydaje się, że w końcu jest już bliżej niż dalej. Jednak w tym przypadku niczego nie można być pewnym. Śmiertelne potrącenie mężczyzny, do którego doszło 40 lat temu, uruchomiło łańcuch zdarzeń, angażując w niego wyżej i niżej postawionych funkcjonariuszy ówczesnego aparatu władzy. Ci robili wiele, by odpowiedzialny za śmierć człowieka nigdy nie stanął przed sądem, ale Temida najwidoczniej miała inne plany.

Zdarzenia z drugiej połowy lat 80. XX wieku, które miały miejsce w Bieszczadach, wstrząsnęły tamtejszą społecznością. Nikt się nie spodziewał, że „zwyczajny” wydawać by się mogło wypadek, do którego doszło we wsi Łączki w powiecie leskim, będzie miał tak daleko idące konsekwencje i zaangażuje w sprawę aż tylu ludzi.

21 listopada 1985 roku Edward Krajnik częściowo spędzał w zajeździe „Pod Gruszką” w Łączkach. Nie był tam sam i tamtego akurat dnia za kołnierz nie wylewał. Był już wieczór, gdy postanowił wyjść z kolegą na zewnątrz, by się przewietrzyć. Spokojna początkowo rozmowa, po niedługim czasie przekształciła się w dość burzliwą sprzeczkę. Krajnik w pewnym momencie miał na tyle dość towarzystwa kolegi, że zaczął się od niego oddalać. Biegł w stronę przystanku autobusowego, ale zanim osiągnął cel, potrącił go nadjeżdżający od strony Hoczwi samochód. Siła uderzenia była na tyle duża, że Edward nie miał najmniejszych szans, by przeżyć.

Zanim doszło do wypadku w Łączkach, kilka godzin wcześniej do mieszkania milicjanta Józefa B. w Hoczwi przybyli ówczesny zastępca komendanta milicji w Lesku Tadeusz P. oraz Lucjan P., zastępca komendanta rejonowego urzędu spraw wewnętrznych (RUSW). U Józefa B. przebywał wówczas ojciec Tadeusza P. – Franciszek. Mężczyzna na co dzień mieszkał na Śląsku, ale akurat wtedy przyjechał odwiedzić syna.

Cała czwórka będzie zamieszana w to, co za niedługi czas stanie się pod zajazdem w Łączkach. Otóż w pewnym momencie Lucjan P. stwierdził, że chciałby już wrócić do domu. Nie miał własnego transportu, więc liczył na to, że ktoś go podrzuci. I tu sprawa zaczyna się komplikować. Według oficjalnych dokumentów dochodzeniowych Franciszek zaoferował, że może odwieźć zastępcę komendanta RUSW do domu, a ten na to przystał. Potem mieli wsiąść do samochodu i odjechać w stronę Łączek, gdzie doszło do śmiertelnego wypadku.

Na miejsce wkrótce przybyli prokurator Zygmunt S. oraz dwaj milicjanci – Bogusław W. i Tadeusz Ch. Prokurator od razu zdecydował, że nie będzie rozpoczynał żadnego śledztwa. Za oficjalną wersję przyjęto tę, w której za kierownicą siedział Franciszek P., a Krajnik wtargnął sam pod koła pojazdu.

Już na wczesnym etapie sprawy zignorowano fakt, że wypadek nie miał miejsca w próżni, nie było tak, że na miejscu zdarzenia nie znajdowali się świadkowie. Owszem, byli. Należeli do nich m.in. Katarzyna R., która na co dzień pracowała w zajeździe, jako kucharka. Tego listopadowego wieczora właśnie skończyła swoją zmianę i wyszła na zewnątrz, zmierzała w kierunku przystanku autobusowego. Pierwsze co zauważyła, to zbliżający się od strony Hoczwi samochód. Po chwili dostrzegła, jak auto zjeżdża na pobocze i uderza w stojącego tam mężczyznę. Kobieta mimowolnie krzyknęła.

Część zdarzenia widział również Andrzej G., który zaalarmowany krzykiem Katarzyny R. spojrzał w stronę przystanku. Nie zdążył wprawdzie dostrzec momentu uderzenia w Krajnika, ale był świadkiem tego, jak jego bezwładne ciało osuwa się z maski samochodu.

Trzecim świadkiem był taksówkarz Zdzisław W. Wykonywał akurat kurs do Baligrodu. Przejeżdżając w pobliżu zajazdu „Pod Gruszką” zauważył stojący na poboczu samochód, a przed jego maską leżało ciało mężczyzny. Obok stało dwóch innych mężczyzn. W. jechał na tyle wolno, że zdołał usłyszeć, jak jeden z nich mówi: „Nie bój się, nic z tego nie będzie”.

Ostatnim i jak się później okazało, najbardziej znaczącym świadkiem, był kolega po fachu Tadeusza P. i Lucjana P. Krzysztof Pyka pochodził z Częstochowy, ale po zakończeniu edukacji zdecydował, że nie chce osiąść w tym mieście. Wyjechał w Bieszczady i tam został milicjantem. Zamieszkał w Polańczyku i założył rodzinę. Jego żona Małgorzata była miejscową dziewczyną. Wkrótce wzięli ślub i zamieszkali najpierw w domu wczasowym „Jawor”, a z czasem na pobliskim osiedlu.

Pyka nie znosił wody, a praca w jego jednostce wymagała czasem, by pełnić służbę na Jeziorze Solińskim. On starał się jednak trzymać od tego z daleka, dlatego zapewne z ulgą przyjął propozycję przenosin do Leska, do wydziału kryminalnego. Odtąd nie miał już nic wspólnego z wodą.

21 listopada 1985 roku Krzysztof Pyka wracał autobusem do domu. Gdy dostrzegł, że pod zajazdem miał miejsce wypadek, wymusił na kierowcy, pokazując swoją legitymację służbową, by ten się zatrzymał i go wypuścił. Jego wrodzona uczciwość i chęć niesienia pomocy innym i tym razem przeważyły. Nie wiedział jednak wtedy, że wkracza na grząski grunt, a interwencja nie skończy się dla niego dobrze.

W tym samym momencie na miejsce wypadku przywieziono Franciszka P. Dostrzegł też swojego szefa – Tadeusza P. Gdy Pyka podszedł do zgromadzonych, Lucjan P. natychmiast go stamtąd odciągnął i powiedział: Ty stąd wypie…, ciebie tutaj nie było i nic nie widziałeś – opowiada Maria Gendera, do której dotarł dziennikarz „Interii”.

Krzysztof wówczas zorientował się, że popełnił błąd i nie powinien się w ogóle angażować. Złapał kolejny autobus i wrócił do domu. To jednak nie zakończyło sprawy. Wkrótce prokurator sporządził oficjalne dokumenty zawierające opis zdarzenia. Zapisano w nich informację pochodzącą od Józefa B. Milicjant zeznał, że 21 listopada wieczorem w jego domu pojawił się Krzysztof Pyka, który chciał skorzystać z telefonu i powiadomić służby o wypadku. Józef B. miał mu powiedzieć, że aparat jest zepsuty i nie da się z niego dzwonić. Potem razem pojechali na miejsce zdarzenia. Według B. po drodze spotkali Franciszka P., który oddalił się z miejsca wypadku, by również poszukać telefonu.    

Prokuratura chciała, by Krzysztof Pyka podpisał te zeznania, poświadczając tym samym, że takie były okoliczności listopadowego zdarzenia. Pyka nie chciał tego zrobić, bo wiedział, że to wszystko kłamstwa. Nigdy nie pojawił się w domu Józefa B.

Przez kolejne tygodnie Pyka chodził jak struty. Widział, co się dzieje, że trwają próby zatuszowania sprawy i wciągnięcia go w to.

– Po tym wypadku Krzysiek przyszedł do nas i bardzo dziwnie się zachowywał. Nie patrzył w oczy, siedział. Widziałam, że coś go gnębi. Na twarzy miał wyrysowane coś takiego strasznego. Zapytałam, czy ma jakieś problemy w rodzinie. Powiedział mi: „oni chcą, abym im podpisał protokół tego wypadku jako świadek, ale treść zawarta w tym jest po ich, a nie po mojej myśli. Ja nie wiem, co mam zrobić” – mówiła dziennikarzowi „Interii” Maria Gendera.

W połowie grudnia 1985 roku Krzysztof nadal nie mógł zaznać spokoju. 12 grudnia udał się do pracy i na ręce dyżurnego Stanisława C. złożył pieniądze i znaczki uzbierane dzięki funkcji skarbnika klubu partyjnego. Odbył swój dyżur i wyszedł z komendy. Obiecał żonie, że zrobi zakupy i tak też uczynił, ale nie od razu udał się z Leska do Polańczyka. Zajrzał jeszcze do popularnego wśród mundurowych kasyna. W zasadzie wstęp do niego mieli tylko ludzie pracujący w służbach i prokuraturze. Każdy wydział miał przypisane stoliki, osobne dla kryminalnych, osobne dla funkcjonariuszy drogówki. Pyka nie zabawił długo w tym przybytku, postanowił wracać do domu. Nie jechał sam, a w towarzystwie kolegi, Zbigniewa L.

Po dotarciu do Polańczyka panowie zaszli jeszcze do domu wczasowego „Jawor”, by spędzić ten fragment wieczoru przy szklaneczce czegoś mocniejszego. Barmanka wysłała ich do kotłowni, a oni wypełnili jej polecenie. W tym miejscu ślad po Krzysztofie się urywa. Następnego dnia rano, w pobliżu jednego z domów wczasowych, znaleziono torbę z zakupami, które milicjant zrobił dzień wcześniej. Jego samego nigdzie nie było.

Wiadomo, że po wstąpieniu do „Jawora”, Krzysztof Pyka oraz Zbigniew L. spotkali jeszcze innego milicjanta, Wiesława M. Z jakiegoś powodu ten zaoferował, że odprowadzi Pykę do domu. Przesłuchiwany po zaginięciu kolegi M. stwierdził, że 12 grudnia pił w kotłowni alkohol razem z innymi milicjantami i nie bardzo pamięta, co się wtedy wydarzyło. Wersje przedstawione nieoficjalnie przez kilka innych osób mówią o tym, że Wiesław M. odprowadził jednak Pykę pod jego blok i tam go zostawił. Potem wrócił pić do „Jaworu”.

Efekt był jednak ten sam – Krzysztof zapadł się pod ziemię i nie wrócił do domu, do rodziny. 13 grudnia rano postanowiono rozpocząć poszukiwania mężczyzny. Określono obszar, który należy przeczesać, zanim jednak przystąpiono do przeszukiwania go, ktoś rozpuścił plotkę, że Pyka był widziany w Szczytnie. W związku z tym postanowiono odwołać czynności i co znamienne, osobą, która podjęła tę decyzję był Tadeusz P., przełożony Krzysztofa Pyki, zamieszany w śmiertelny wypadek w zajeździe „Pod Gruszką”.

Informacja o Szczytnie nie potwierdziła się, ale poszukiwania nie zostały już wznowione. Milicjanci sformułowali trzy hipotezy, mogące tłumaczyć zniknięcie Krzysztofa. Pierwszą z nich był wyjazd zagraniczny. Po przeszukaniu jego mieszkania okazało się jednak, że paszport milicjanta jest na miejscu. Drugą hipotezą była ucieczka do kochanki. Z tym, że nie było żadnych przesłanek, by sądzić, że mężczyzna ma romans. Małżeństwo z Małgorzatą było zgodne. Trzecią hipotezą było samobójstwo, jednak wcześniej nic nie wskazywało na to, że mężczyzna mógłby mieć myśli o odebraniu sobie życia.

Zaalarmowani zaginięciem syna, do Polańczyka z Częstochowy przyjechali jego rodzice. Jego ojciec był od początku przekonany, że syn został zamordowany. Optymistycznych myśli nie miała także żona Krzysztofa. W Sylwestra stwierdziła, że jeśli mąż nie pojawi się w domu do północy, będzie to oznaczało, że nie żyje. Te straszne przypuszczenia potwierdziły się 3 lutego 1986 roku. Wtedy ciało Krzysztofa Pyki wyłowiono z Jeziora Solińskiego. Zwłoki zostały zauważone przez turystów spacerujących w pobliżu. Krzysztof był ubrany. Miał na sobie spodnie, sweter, kożuch i szalik zrobiony i podarowany mu przez żonę. Na nadgarstku był zegarek, jedna dłoń zaciśnięta w pięść, a w środku znajdowały się kępka trawy i liście. W kieszeni kożucha ujawniono służbową legitymację milicjanta.

Przez jakiś czas przy wyjaśnianiu zgonu milicjanta pracował Lucjan Ł. Mundurowy ustalił m.in., że w dniu śmierci Krzysztofa w Polańczyku widziany był Tadeusz P. Sam zainteresowany wyparł się tego, twierdząc, że wskazanego dnia był w domu i oglądał mecz. Ł. odwiedził również wdowę po Krzysztofie i przekazał jej informację, że sekcja zwłok jej męża była przeprowadzona dwukrotnie i za każdym razem w dokumentacji zawarto inne wyniki. Może gdyby do śledztwa milicjanci podeszli poważniej, już wtedy udałoby się znaleźć przyczynę śmierci mężczyzny. Nikt tego jednak z jakiegoś powodu nie zrobił. Krzysztofa pochowano w rodzinnej Częstochowie, nie wyjaśniając nigdy jak doszło do tego, że zmarł.

Chcesz poznać więcej szczegółów tej sprawy. Sięgnij po reportaż Leny Figurskiej pt. Zabójca w mundurze” opublikowany w miesięczniku „Detektyw” 10/2024. Kup TUTAJ.