Miał dwadzieścia dwa lata. Puste oczy, bezrobotny, na utrzymaniu dziadka. Gdy go zatrzymano, nie sprawiał wrażenia człowieka, który przed chwilą rozwalił głowy dwóm osobom. Był spokojny. Mówił, że wziął prysznic, przebrał się w ubrania ofiary, wziął z szafy tysiąc złotych, dokumenty samochodu i pojechał na zakupy. A potem spowodował kolizję. To ona zadecydowała o wszystkim. Gdyby nie to, może do dziś chodziłby wolny. Ale to nie przypadek ma tu najważniejsze znaczenie. Najważniejsze jest to, co wydarzyło się kilka dni wcześniej, w sali sądowej w Kwidzynie. Tam zapadł wyrok, który wielu do dziś nazywa wyrokiem śmierci.
Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia 2013 roku Łukasz P. okradł własnego ojca. Ukradł mu cztery tysiące złotych. Zatrzymano go. Prokuratura, jak przystało na organ ścigania, dostrzegła zagrożenie. Wniosła o areszt. Sąd jednak powiedział nie. Dał mu tylko dozór policji. Każał meldować się na komisariacie. I Łukasz P. sumiennie się meldował. Ostatni raz – w dniu, w którym wziął do ręki młotek murarski.
Prezes Sądu w Kwidzynie, sędzia Zelmański, broniąc decyzji swojego podwładnego, miał odwagę powiedzieć:
– Gdybyśmy zakładali, że każdy popełni zbrodnię, musielibyśmy wszystkich zamykać.
Być może. Ale Łukasz P. nie był „każdym”. Był uzależnionym od dopalaczy młodym mężczyzną, który właśnie udowodnił, że dla pieniędzy jest w stanie okraść własnego ojca. Czy nie powinien był trafić za kratki? Dziś wiemy, że powinien. Dziś wiemy, że gdyby wtedy, 20 grudnia, sąd powiedział „tak”, być może Michał F. i jego ośmioletni syn Wiktor, doczekaliby Wigilii. Zjedliby wigilijną rybę, rozłamaliby się opłatkiem, rozpakowaliby prezenty. Michał przyjechał do rodzinnego Kwidzyna z Anglii, gdzie pracował, żeby spędzić święta z synem. Mieli przed sobą całe życie. Mieli przed sobą całe święta.
Mieli też przed sobą Łukasza P.
Kwidzyn: piekło pod kołdrą
Nie wiemy dokładnie, co wydarzyło się w tamtym mieszkaniu. Znamy relację Łukasza z pierwszych przesłuchań. Mówił, że zażywał z Michałem dopalacze. Że Michał, będąc pod ich wpływem, stał się agresywny. Pchnął go na szklany stół, który rozbił się z hukiem. Potem Michał poszedł do łazienki i wrócił z młotkiem murarskim. Próbował zaatakować Łukasza. Ten jednak wytrącił mu narzędzie z ręki. A gdy Michał stał odwrócony tyłem – zadał pierwszy cios. Potem drugi. Potem trzeci. Zadawał je, aż Michał przestał się ruszać.
W drugim pokoju był Wiktor. Ośmioletni chłopiec, który być może słyszał krzyki, huk, upadek ciała. Był przerażony. Schował się pod kołdrą. Myślał pewnie, że jeśli się schowa, to nikt go nie znajdzie. Myślał jak dziecko. Łukasz znalazł go bez problemu. Chłopiec nakrył się poduszką i kołdrą. Łukasz nie podnosił kołdry. Jak sam później powiedział prokuratorowi – „bałem się widoku swojej ofiary”. Wolał nie patrzeć. Zadał kilka ciosów młotkiem przez kołdrę. Ciosów, które zmiażdżyły czaszkę ośmiolatka.
Później, w prokuraturze, powie coś, co wstrząsnęło nawet śledczymi:
– „Byłem przerażony, że będzie świadkiem tego, co się stało z jego ojcem. Bałem się konsekwencji tego, co zrobiłem. On mnie dobrze znał, ja lubiłem Wiktora. Bardzo żałuję tego, co zrobiłem, chciałbym cofnąć czas, ale wiem, że jest to niemożliwe. Wiem, że zmarnowałem sobie życie. Widziałem, jak zmasakrowałem dziecko – pokazywali mi zdjęcia”.
Lubił Wiktora. Zabił go, bo go lubił. Bo bał się, że chłopak go rozpozna i powie. Zabił go, by zatuszować tamtą zbrodnię. To jest właśnie najbardziej przerażające w tej historii. Nie okrucieństwo, nie bestialstwo. To jest chłód. To jest kalkulacja. On nie pastwił się nad chłopcem. On po prostu uznał, że świadkiem być nie może. I wziął młotek.
I poszedł na zakupy
A potem – co dla wielu z nas jest niepojęte – wykąpał się. Wziął z szafy ubrania Michała, włożył je na siebie. Wziął z mieszkania tysiąc złotych w gotówce, dwadzieścia pięć funtów, dokumenty samochodu. Wyszedł, zamknął drzwi, wsiadł w skradzionego passata i pojechał do sklepu. Za pieniądze ofiary kupił sobie kurtkę i buty. Potem wracał i spowodował kolizję.
Gdy policjanci go zatrzymali, był spokojny. Miał na sobie nowe ciuchy, w kieszeni plik pieniędzy. Nie wyglądał na kogoś, kto przed chwilą dokonał podwójnego zabójstwa. Wyglądał jak zwykły chłopak po udanych zakupach.
Dziadek Michała, który miał klucze do mieszkania i opiekował się nim podczas nieobecności gospodarza, znalazł ciała 28 grudnia. Dzień później Łukasz P. usłyszał zarzuty. Przyznał się. Mówił, opisywał, pokazywał. To właśnie na podstawie tych wyjaśnień prokuratura i sąd odtworzyły tamtą noc. Później, po trzech miesiącach, Łukasz zmienił zeznania. Powiedział, że zabiło dwóch jego kolegów, że on tylko znalazł ciała. Powiedział, że w śledztwie był bity i straszony. Sąd jednak nie dał mu wiary. Opinie biegłych, ślady krwi na ubraniu, DNA – wszystko wskazywało na niego. Był sam w tamtym mieszkaniu. Tylko on.
Wyrok i dożywocie
We wrześniu 2015 roku zapadł wyrok. Łukasz P. nie przyjechał na ogłoszenie. Złożył wniosek, że nie chce być doprowadzany z aresztu. Nie chciał słyszeć, co sąd ma do powiedzenia. A sąd miał wiele.
Sędzia Rafał Ryś, przewodniczący składu, uzasadniał wyrok z kamienną twarzą. Powiedział, że Łukasz P. działał w sposób bezwzględny i brutalny, ale – co ciekawe – sąd nie zgodził się z prokuraturą, by uznać to za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Dlaczego? Bo – jak tłumaczył sędzia – „element szczególnego okrucieństwa musi wiązać się z pewnymi zachowaniami sprawcy, które mają charakter dręczenia, pastwienia się. W tej sprawie oskarżony działał w ściśle określonym celu: chciał zabić i to zrobił”.
Innymi słowy: on nie dręczył. On po prostu zabijał. Z zimną krwią, precyzyjnie, bez zbędnych uniesień. To, że zabił dziecko kilkoma ciosami młotka przez kołdrę, nie było dla sądu „szczególnym okrucieństwem”. To było „działanie w określonym celu”. Zamknął oczy, zamknął uszy, zamknął serce – i robił swoje.
Za zabójstwo 30-letniego Michała F. dostał 25 lat więzienia. Za zabójstwo ośmioletniego Wiktora – dożywocie. Wyszedł za drzwi sali sądowej na zawsze, choć formalnie będzie mógł ubiegać się o warunkowe zwolnienie po 35 latach. Będzie miał wtedy 57 lat. Gdyby nie zabił, miałby dzisiaj 33 lata. Mógłby mieć żonę, dzieci, pracę. Mógłby być kimś. Zamiast tego jest numerem, nazwiskiem w aktach, twarzą na czarno-białym zdjęciu z policyjnego archiwum.
Matka zamordowanego chłopca po ogłoszeniu wyroku powiedziała:
– „Wraz z prokuratorem wnosiliśmy o dożywocie, innej opcji nie widzieliśmy. Myślę, że nie zdąży opuścić wcześniej więzienia. Wierzę w ludzi, wierzę w więźniów i wierzę, że nie wyjdzie po 35 latach”.
I w tym zdaniu zawarła więcej niż wszyscy sędziowie, prokuratorzy i adwokaci razem wzięci. Wierzy w system, wierzy w sprawiedliwość, wierzy w to, że Łukasz P. nie wyjdzie na wolność. Bo gdyby wyszedł – to znaczyłoby, że cały ten proces, całe to cierpienie, cała ta walka o sprawiedliwość, była na nic. To znaczyłoby, że Wiktor umarł na próżno.
Kwidzyn: Cień na świętach
Dziś, gdy wspominamy tę historię, wracamy myślami do jednego pytania: czy można było temu zapobiec? Czy sąd, odmawiając aresztowania 20 grudnia, nie popełnił błędu? Sędzia Zelmański mówił: „Gdybyśmy zakładali, że każdy popełni zbrodnię, musielibyśmy wszystkich zamykać”.
Może i racja. Może nie można zamykać wszystkich. Ale można było zamknąć Łukasza P. Miał na koncie kradzież, był uzależniony od narkotyków, nie pracował, nie miał perspektyw. Był tykającą bombą. Tylko nikt nie chciał tego dostrzec.
I wtedy, w wigilijny wieczór 2013 roku, bomba wybuchła. Zabiła ojca, zabiła dziecko, zabiła wiarę wielu ludzi w sprawiedliwość. A Łukasz P. wziął prysznic, przebrał się w cudze ubranie i pojechał na zakupy. Bo dla niego to był tylko kolejny dzień. Dla nas – dzień, który na zawsze zmienił oblicze polskiej kryminalistyki i pozostawił bliznę na sumieniu wymiaru sprawiedliwości.
Epilog:
Łukasz P. odbywa karę w zakładzie karnym, ma status niebezpiecznego osadzonego. Mieszkanie, w którym doszło do tragedii, przez długi czas stało puste. Sąsiedzi unikali tego miejsca, dzieci nie bawiły się w pobliżu. Dziadek, który znalazł ciała, nigdy nie doszedł do siebie po tamtym dniu. A Malwina Fiszka, matka i żona, do dziś nosi w sobie ciężar, który może udźwignąć tylko matka, która straciła dziecko w taki sposób.
I tylko jeden człowiek wie, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Siedzi w celi, patrzy w ścianę i – jak sam powiedział – żałuje. Ale żal nie przywraca życia. Żal nie przywraca chłopca, który schował się pod kołdrą, by przeżyć.
To jest właśnie ta historia. Brutalna, prawdziwa, nieubłagana. Jak cios młotka.
Fot. P. Wojtyczka/wikipedia.org