Lech Grobelny – tragiczny koniec bankiera-aferzysty

Lech Grobelny stworzył Bezpieczną Kasę Oszczędności. Obiecywał wielkie zyski… i na obietnicach się skończyło. Twórca pierwszej piramidy finansowej III RP zakończył życie w tragiczny sposób. Okoliczności jego zabójstwa nigdy nie wyjaśniono.

Pierwszą z afer parabankowych, która wstrząsnęła Polską po 1989 roku, była  Bezpieczna Kasa Oszczędności. Jej twórca – Lech Grobelny –  pierwsze duże pieniądze zarobił na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, handlując w całej Polsce obrazkami z wizerunkiem Jana Pawła II. Jednak dopiero dzięki BKO  stał się sławny  i bogaty: dorobił się m.in. willi, dwóch jachtów, zbudował sieć laboratoriów fotografii barwnej.

Lech Grobelny  obiecywał klientom odsetki znacznie przewyższające oprocentowanie wkładów bankowych. Całostronicowe reklamy w gazetach, w których obiecywał oprocentowanie dochodzące do 300 (!) procent zrobiły swoje – kilka tysięcy osób powierzyło mu swoje pieniądze z nadzieją na doskonały biznes.

Jego oferta trafiła na podatny grunt: w Polsce szalała inflacja. Ludzie byli przerażeni, że gromadzone przez lata oszczędności bardzo stracą na wartości. Przez krótki okres Lech Grobelny urósł do roli eksperta gospodarczego.

.- Nie czekam, aż rząd zrobi reformę, sam ją zrobię – stwierdził w jednym z wywiadów.

Zapraszano go do telewizji, gdzie m.in. dyskutował z ówczesnym ministrem finansów i szefem banku, a nawet bardzo mocno ich krytykował.

„Ale im przywalił” – komentowano jego wystąpienia w telewizji.

Wydawało się, że Bezpieczna Kasa Oszczędności to wielki sukces. Zbudowane na papierowych podstawach imperium nie przetrwało jednak zbyt długo…

BKO chyli się ku upadkowi

Już w grudniu 1989 r. zaczął wybierać pieniądze z firmy, przeznaczając je m.in. na kupno dewiz, lokali mieszkalnych i usługowych oraz zasilanie należącej do niego spółki – studia fotograficznego.

W połowie 1990 roku Grobelny był zadłużony w „Dorchemie” na 1,19 mln zł, a BKO stała się niewypłacalna. Oczywiście jej szef nie ogłosił tego publicznie, lecz 6 czerwca 1990 roku wyjechał wraz z przyjaciółką w kolejny wyjazd służbowy… i wszelki ślad po nim zaginął, nie pozostawiając nikomu pełnomocnictw do prowadzenia spółek.

Nikt nie wiedział dokąd wyjechał, gdzie jest. Nie było z nim żadnego kontaktu. On sam nie kontaktował się ze swoimi pracownikami, którzy nie wiedzieli co dalej robić.

Klienci BKO, którzy odchodzili od punktów kasowych bez możliwości wypłaty zdeponowanej u pana Grobelnego gotówki dopiero wtedy zrozumieli, że zostali oszukani… ale na ratowanie pieniędzy było już za późno. Jedyne co mogli zrobić, to zgłosić organom ścigania fakt popełnienia przestępstwa.

Lech Grobelny poszukiwany przez Interpol 

Za właścicielem Bezpiecznej Kasy Oszczędności rozesłano listy gończe, poszukiwał go nawet Interpol. Udało się go zatrzymać 17 kwietnia 1992 r. w niemieckim mieście Aerzen, niedaleko Hanoweru. Akt oskarżenia stosunkowo szybko trafił do sądu – bo już pod koniec 1992 r.

Proces rozpoczął się 24 maja 1993 r. i natychmiast odroczono. Sąd musiał rozpatrzyć wnioski kilku tysięcy wierzycieli Dorchemu o dopuszczenie ich do procesu w charakterze oskarżycieli posiłkowych.

Choć Grobelny od naiwnych klientów zebrał ponad 3,2 miliona złotych (w przeliczeniu na nowe złote) to jednak przed sądem odpowiadał jedynie za zagarnięcie niespełna jednej czwartej tej kwoty, co było konsekwencją ustaleń ekstradycyjnych). Trzy lata później sąd skazał go na 12 lat pozbawienia wolności za zagarnięcie 736,5 tys. zł z  kasy „Dorchemu”.

– Gdyby w innym systemie prawnym, w osobnych procesach rozpoznać roszczenia blisko siedmiu  tysięcy pokrzywdzonych i sąd wymierzyłby najniższą karę trzech miesięcy, oskarżony zostałby skazany łącznie na 1725 lat więzienia – dodał sędzia w ustnym uzasadnieniu wyroku skazującego.

  W 1997 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił ten wyrok. Jednocześnie zwrócił sprawę prokuraturze do uzupełnienia, gdyż znalazł w dokumentach mnóstwo błędów, a Lecha Grobelnego zwolnił z aresztu, w którym przebywał ponad 5 lat.

Śledztwo przeciwko Grobelnemu – obwołanemu przez media „pierwszym aferzystą trzeciej Rzeczypospolitej” – umorzono w grudniu 2002 roku.

Powód? Nie znaleziono dostatecznych dowodów winy podejrzanego, a wszelkie wątpliwości, które pojawiły się w śledztwie trzeba było rozstrzygnąć na jego korzyść. 

Prokuratorskie śledztwo dotyczyło tylko działania na szkodę należącej do niego spółki „Dorchem”. Nie zarzucono mu okradzenia klientów założonej przez niego tzw. Bezpiecznej Kasy Oszczędności. Działalność „Dorchemu” polegała na prowadzeniu – oprócz kantoru wymiany walut – Bezpiecznej Kasy Oszczędności, w której ponad 11 tys. Polaków ulokowało swoje oszczędności szacowane na 9,5 mld starych zł, czyli 2,88 mln dolarów.

Lech Grobelny: „Nadszedł czas zadośćuczynienia”

–  Pięć lat zmarnowałem w kryminale. Odarto mnie z godności, nazwano złodziejem. Teraz przyszedł czas zadośćuczynienia – obwieścił Grobelny zapowiadając, że będzie dochodził odszkodowań od wymiaru sprawiedliwości i wydawców gazet.

Słowa częściowo dotrzymał. pod koniec 2005 roku złożył pozew, w którym domagał się do Skarbu Państwa blisko 16 milionów złotych zadośćuczynienia za zamknięcie jego firmy i 62 miesiące spędzone w tymczasowym areszcie. Sąd jednak jego wniosek odrzucił.

Obiecywał, że spłaci swoich wierzycieli… Powołał nawet nową spółkę na czele której stanął kilkunastoletni chłopak. Nic dziwnego, że nikt nie traktował jego słów poważnie. Ludzie, którzy powierzyli mu pieniądze stracili nadzieję, że kiedykolwiek uda się odzyskać wszystkie wpłacone do BKO kwoty. Syndyk masy upadłościowej zdołał wypłacić im zaledwie 15 procent wartości wkładów.

– Telefon w sprawie Lecha dzwoni raz na kwartał – opowiadał syndyk w 2007 roku w wywiadzie prasowym. – Ludzie już sobie darowali tę sprawę, bo chyba doskonale zdają sobie sprawę, że nie mają szans czegokolwiek odzyskać. Są wymęczeni i chcą o tym wszystkim zapomnieć. A Lech Grobelny? On pieniędzy nie ma. Spotkałem go ostatnio na ulicy, był zaniedbany, brudny, nieuczesany. Żal było patrzeć.

Pijacka bójka czy zemsta oszukanego klienta?

Życie dopisało okrutną puentę do tej historii. Pod koniec kwietnia 2007 w pawilonie handlowym na warszawskim Targówku, gdzie od pewnego czasu mieszkał Lech Grobelny znaleziono jego zwłoki.

 Jak informowała Polska Agencja Prasowa „funkcjonariuszy wezwali sąsiedzi, których zaniepokoiło uporczywe miauczenie kota. Według przybyłego na miejsce lekarza śmierć Lecha G. mogła nastąpić pięć dni wcześniej”.

Początkowo ze wstępnych ustaleń  nic nie wskazywało, by doszło do zabójstwa. Dopiero szczegółowe oględziny ujawniły na klatce piersiowej zasklepioną już, ranę kłutą. Rok później śledztwo w sprawie zabójstwa Lecha G. umorzono z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa.

Nie wiadomo kim jest człowiek, który zabił byłego szefa Bezpiecznej Kasy Oszczędności jednym ciosem noża w serce. Zabójca po zadaniu ciosów wytarł narzędzie zbrodni i włożył je w rękę denata. Czy zrobił to podczas zakrapianej alkoholem libacji (w ciele ofiary stwierdzono 1,2 promila alkoholu), czy może działał w obronie własnej.

Jedna z hipotez zakłada, że sprawcą śmierci mógł być jeden z poszkodowanych klientów BKO. Jeśli tak, to dlaczego tak długo czekał na wyrównanie rachunku krzywd?

A może jest zupełnie inne wytłumaczenie tej zagadki?

– Zgubiło go nadmierne gadulstwo – powiedział jego znajomy dziennikarzowi „Expressu Wieczornego”. – Tak teraz, jak i kilkanaście lat temu. Gdyby mniej mówił, to byłby jednym z najbogatszych ludzi w Polsce i żyłby jeszcze długo.

Jerzy Gajewski

Na zdjęciu: ogłoszenie BKO, jakich wiele ukazało się w warszawskich gazetach. fot. wikipedia.pl