Legnica: „To było długotrwałe katowanie”

Sąd uznał Mateusza J. za winnego długotrwałego znęcania się fizycznego i psychicznego. Skierował go na dożywotnie pozbawienie wolności w systemie terapeutycznym. Jak relacjonuje „Fakt”, mężczyzna podczas ogłaszania wyroku nie okazywał emocji i zasłaniał twarz rękami skutymi kajdankami.

Sprawa dotyczy wsi Gaiki koło Głogowa, a dramat pani Małgorzaty miał trwać niemal cztery lata. Po tym, jak gehenna kobiety wyszła na jaw latem 2024, sprawą żyła cała Polska.

Wyrok obejmuje też zakaz kontaktowania się z ofiarą przez 15 lat oraz zakaz zbliżania się na mniej niż 100 m. Choć kara to dożywocie, przepisy pozwalają ubiegać się o warunkowe zwolnienie po 25 latach. Nawet wtedy skazany będzie musiał przestrzegać ograniczeń wobec pani Małgorzaty. Wyrok nie jest prawomocny; strony mogą złożyć apelację.

Podczas publicznego ogłoszenia wyroku sędzia Michał Misiak mówił wprost o wyjątkowym okrucieństwie.

– To było długotrwałe katowanie. Pokrzywdzona była bita deską, gumowym wężem, drewnianą pałką. Straciła zęby. Została sprowadzona do stanu skrajnego uprzedmiotowienia. Nawet zwierzę nie zasługuje na takie warunki – mówił.

Pani Małgorzata nie wzięła udziału w tej części posiedzenia. Sąd przekazał, że jej stan psychiczny i fizyczny nadal uniemożliwia samodzielne funkcjonowanie.

Latem 2024 r. kobieta trafiła do szpitala w Głogowie z wybitym barkiem. Tam opowiedziała lekarzom o przemocy.

Dramat 30-latki rozgrywał się we wsi Gaiki pod Głogowem w województwie dolnośląskim. Kobieta przez ponad cztery lata była więziona, gwałcona i torturowana przez mężczyznę, którego poznała wcześniej przez internet. W niewoli urodziła też dziecko, które pod przymusem ze strony swojego oprawcy oddała do adopcji.

Gehenna kobiety trwała kilka lat – od stycznia 2019 r. do 28 sierpnia br. Zakończyła się dopiero, kiedy 30-latka trafiła do szpitala ze złamaniem barku, do którego doszło w wyniku dotkliwego pobicia. Lekarze nabrali podejrzeń, widząc na jej ciele obrażenia świadczące o wieloletnich urazach. O tym, czego doświadczyła, opowiedziała szpitalnemu psychologowi. „Następnej okazji mogło już nie być” – tłumaczyła dziennikarzowi portalu myglogow.pl, który jako pierwszy opisał sprawę.

Z relacji kobiety wynika, że swojego oprawcę poznała przez internet. Mateusz J. po jednym ze spotkań zawiózł Małgorzatę do wsi Gaiki pod Głogowem i zamknął w pomieszczeniu gospodarczym, które znajdowało się na terenie posesji należącego do jego rodziców. Jak donosi Prokuratura Rejonowa w Głogowie, przestępcze działania oprawcy miały aspekt zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Mężczyzna nie tylko pozbawił 30-latkę dostępu do wody i światła słonecznego, ale na przełomie pięciu lat wielokrotnie ją bił, poniżał, torturował i gwałcił.

„Mężczyzna znęcał się nad kobietą poprzez pozbawienie jej wolności połączone ze szczególnym udręczeniem poprzez (…) bicie pięścią oraz wężem, deską i lampką po całym ciele, kopanie, przyduszanie, popychanie, wykręcanie rąk, izolowanie, kontrolowanie, poniżanie, ograniczanie dostępu do jedzenia, grożenie pozbawieniem życia, wyzywanie słowami wulgarnymi, a także wielokrotne doprowadzanie przemocą lub groźbą do obcowania płciowego” — informowała prokuratorka Liliana Łukasiewicz.

Kulisy tej wstrząsającej historii wyszły na jaw w piątek 30 sierpnia, kiedy sprawę opisał Łukasz Kaźmierczak, dziennikarz lokalnego serwisu Myglogow.pl. W rozmowie z dziennikarzem kobieta powiedziała, że była więziona, torturowana, głodzona i gwałcona w wyjątkowo brutalny sposób. Na ciepłą wodę kobieta mogła liczyć tylko wtedy, kiedy spełniła seksualne zachcianki oprawcy.

„Obwiniał mnie za swoją niemoc. Wkładał mi wtedy latarkę do ust i rozrywał wargi. Nie spełniłam jego oczekiwań seksualnych. A to zdarzało się ostatnio bardzo często. Wtedy byłam bita i nie dostawałam jeść. Karmił mnie lepiej dopiero, jak nie miałam już sił, kiedy bolało mnie w klatce piersiowej. Bał się chyba, że umrę” – mówiła kobieta.

Małgorzata kilka razy opuszczała pomieszczenie, w którym przebywała. Działo się to wówczas, gdy potrzebowała pilnej pomocy medycznej. By kobieta nie znała swojego położenia, mężczyzna nakładał jej na głowę kominiarkę. W trakcie niewoli 30-latka zaszła w ciążę. Dziecko urodziła w placówce w Nowej Soli i oddała do adopcji, do czego miał ją zmusić mężczyzna.

„Nie mogłam powiedzieć lekarzom prawdy, bałam się, groził mi, że jak się poskarżę, to będzie jeszcze gorzej” – mówiła w rozmowie z lokalnym serwisem.

W tej sprawie nasuwa się pytanie, dlaczego nikt nie zgłosił zaginięcia 30-latki. Kobieta zniknęła na prawie pięć lat. Jak informuje serwis poznan.tvp.pl, na chwilę przed zniknięciem Małgorzata miała pokłócić się ze swoimi rodzicami, w których domu zostawiła dwójkę swoich dzieci (mają mieć 7 i 9 lat).

Jak wynika z wizji lokalnej, 35-letni oprawca jest bezrobotny i utrzymywał się dzięki swoim rodzicom, z którymi mieszkał. Bulwersujący w tej historii jest fakt, że ani rodzice mężczyzny, na których posesji znajdowało się pomieszczenie gospodarcze, w którym przetrzymywana była kobieta, ani sąsiedzi nie zareagowali na to, co przez wiele lat działo się w tej miejscowości. Mieli nie widzieć. Tak przynajmniej mówili w rozmowie z dziennikarzem Wirtualnej Polski, który pojechał do wsi Gaiki.

„Dajcie mi spokój. Nie chce mi się żyć. Ja nic nie widziałam, nic nie widziałam. W domu byłam cały czas. Nie wiedziałam, co się tam dzieje” – mówiła matka oprawcy.

„Szok. Co mogę panu powiedzieć? Jakbyśmy o tym wiedzieli, to przecież byśmy zgłosili sprawę na policję. Może to pomieszczenie w stodole jakoś wygłuszył, żeby nie było słychać krzyków” – podkreślała jedna z mieszkanek wsi Gaiki.

Źródło: myglogow.pl, WP, poznan.tvp.pl, fakt.pl, wp.pl

Dodaj komentarz