Lucky Luciano stworzył mafię, która rządzi Ameryką do dziś

Salvatore Lucania urodził się 24 listopada 1897 roku w sycylijskim miasteczku Lercara Friddi. Jego ojciec pracował w kopalniach siarki – ciężka, niebezpieczna praca za grosze. Gdy Salvatore miał dziewięć lat, rodzina, jak tysiące innych Włochów, postanowiła spróbować szczęścia za oceanem.

Nowy Jork przywitał ich jak wszystkich imigrantów – brudem, hałasem i obietnicą lepszego życia, która dla większości okazywała się złudna. Luciano, który nie mówił po angielsku, trafił do szkoły, ale prawdziwą edukację zdobywał na ulicach Lower East Side. Już w wieku dziesięciu lat został aresztowany za kradzieże sklepowe. Potem była heroina, gangi, pierwsze wyroki.

„Gdybym urodził się w innej dzielnicy, mógłbym zostać prezesem banku” – miał podobno powiedzieć w jednym z wywiadów. Możliwe. Luciano był bowiem niezwykle inteligentny, a przede wszystkim – pragmatyczny. W odróżnieniu od większości ówczesnych gangsterów, którzy kierowali się honorem, tradycją i ślepą lojalnością, on patrzył na przestępczość jak na biznes.

Przydomek „Lucky” towarzyszył mu przez całe życie. Jego pochodzenie jest jednak niejasne. Jedna z wersji mówi, że był tak po prostu nazywany, bo wygrywał w kości. Inna – że chodziło o jego niezwykłą umiejętność unikania aresztowań.

Najbardziej spektakularną historię opowiada jednak o październiku 1929 roku. Luciano został wtedy porwany przez czterech mężczyzn. Wbito go do samochodu, pobito, a następnie wielokrotnie dźgnięto lodowcem i podcięto mu gardło od ucha do ucha. Ciało porzucono na plaży Staten Island – wierzono, że nie przeżyje.

Przeżył. Jakimś cudem, mimo upływu krwi i ciężkich ran, doczołgał się do drogi, gdzie znalazł go policjant. Do końca życia nie zdradził tożsamości swoich oprawców. Ta historia, bardziej niż jakakolwiek inna, zbudowała jego legendę. „Lucky” – szczęściarz, który uciekł śmierci. Niektórzy twierdzą jednak, że przezwisko to po prostu… zniekształcenie jego nazwiska.

Gdy w 1920 roku weszła w życie osiemnasta poprawka do Konstytucji, zakazująca produkcji, sprzedaży i transportu alkoholu, dla ludzi takich jak Luciano nastały złote czasy. Prohibicja nie wyeliminowała alkoholu – zepchnęła go do podziemia, tworząc gigantyczny czarny rynek, na którym można było zarobić krocie.

Luciano i jego przyjaciel Meyer Lansky, żydowski gangster, z którym poznał się jeszcze jako nastolatek, szybko dostrzegli szansę. Podczas gdy konkurencja używała małych łodzi do przewozu alkoholu z barek matek, oni mieli kontakty pozwalające im cumować statki w samym porcie w Nowym Jorku.

Wspólnie z Benjaminem „Bugsym” Siegelem i Frankiem Costello, Luciano zaopatrywał w alkohol setki speakeasy’ów – tajnych barów, które stały się symbolem epoki. To wtedy narodziła się kultura koktajlowa, a także sojusze, które na zawsze zmieniły oblicze przestępczości zorganizowanej. To właśnie wtedy, w zadymionych lokalach przy dźwiękach jazzu, rodziła się struktura, która miała zdominować Amerykę na dekady.

Pod koniec lat 20. w nowojorskim półświatku zawrzało. Dwaj potężni bossowie – Giuseppe „Joe the Boss” Masseria i Salvatore Maranzano – toczyli ze sobą krwawą wojnę o wpływy. Dla starej gwardii była to walka o honor, terytorium i tradycyjne wartości sycylijskiej mafii. Dla Luciano i jego ludzi – strata czasu, pieniędzy i niepotrzebny rozgłos, który przyciągał uwagę policji.

Luciano był wówczas prawą ręką Masserii. Mimo to zaczął knuć. Zrozumiał, że stare porządki są przestarzałe. Masseria nie mówił po angielsku, gardził Żydami i Irlandczykami, nie widział potencjału w współpracy ponad podziałami etnicznymi. Maranzano, choć bardziej wykształcony, miał inne marzenie – chciał zostać „bossem wszystkich bossów” na wzór Juliusza Cezara.

15 kwietnia 1931 roku Luciano zaprosił swojego szefa na obiad do restauracji w Coney Island. Gdy Masseria zajadał się owocami morza, do środka wpadło czterech płatnych zabójców: Vito Genovese, Albert Anastasia, Joe Adonis i Bugsy Siegel. Joe the Boss zginął od kul.

Luciano przejął jego interesy, ale wiedział, że to nie koniec. Maranzano, który po śmierci Masserii ogłosił się „bossem wszystkich bossów”, szybko zorientował się, że Luciano jest zbyt ambitny i zbyt niebezpieczny, by mu ufać. Postanowił go zabić. Ale Luciano był szybszy.

10 września 1931 roku, zaledwie pięć miesięcy po zamordowaniu Masserii, Maranzano zginął w swoim biurze – zamordowany przez żydowskich płatnych zabójców, których dostarczył Meyer Lansky.

Po śmierci Maranzano Luciano stał się niekwestionowanym królem nowojorskiego półświatka. I wtedy zrobił coś, co zmieniło wszystko.

Zamiast ogłosić się „bossem wszystkich bossów” – tytułem, który jego zdaniem przynosił tylko kłopoty i przyciągał zamachowców – zlikwidował to stanowisko. Zamiast tego podzielił Nowy Jork na pięć rodzin przestępczych. Każda z nich miała swoje terytorium i swoje interesy.

Aby zapobiec kolejnym krwawym wojnom, powołał do życia Komisję – rodzaj zarządu, który miał rozstrzygać spory między rodzinami i nadzorować działalność całej Cosa Nostry w Stanach Zjednoczonych. Był to genialny ruch. Luciano nie musiał już nikogo zabijać – w razie konfliktu zwoływał posiedzenie Komisji i rozstrzygał sprawę przy zielonym stole, jak prawdziwy prezes korporacji.

FBI opisuje te wydarzenia jako „punkt zwrotny w historii przestępczości zorganizowanej”. Luciano zorganizował przestępczość zorganizowaną. Wprowadził strukturę korporacyjną, radę nadzorczą i systematyczną infiltrację legalnych przedsiębiorstw. W skład Komisji weszli szefowie Pięciu Rodzin Nowego Jorku, rodziny z Buffalo oraz Chicago Outfit. Później dołączyły rodziny z Filadelfii i Detroit. Narkotyki, prostytucja, haracze, związki zawodowe, nabrzeża, piekarnie, przemysł odzieżowy – wszystko to znalazło się pod kontrolą Syndykatu.

Nawet geniusze czasem popełniają błędy. Luciano, mimo swojej przezorności, nie potrafił oprzeć się pokusie prowadzenia najstarszego zawodu świata. Jego imperium prostytucji, obejmujące setki burdeli i domów publicznych, przynosiło ogromne dochody, ale było też jego zgubą.

W 1935 roku specjalny prokurator Thomas E. Dewey, który później dwukrotnie bezskutecznie kandydował na prezydenta, wziął na celownik Luciano. Nazwał go „carem zorganizowanej przestępczości w tym mieście”. W 1936 roku Luciano stanął przed sądem. Zarzucono mu ponad 60 przypadków zmuszania kobiet do prostytucji.

Proces był sensacją. Luciano zaprzeczał wszelkim oskarżeniom. „To jest zaaranżowane” – miał powiedzieć. Mimo to został uznany winnym i skazany na 30 do 50 lat więzienia. Trafił do Clinton Correctional Facility w Dannemora, nazywanej „Syberią” – więzienia w północnej części stanu, blisko granicy z Kanadą. Nawet zza krat, wydając rozkazy przez zaufanych ludzi, wciąż rządził swoim imperium.

Zaskakujący zwrot akcji nastąpił podczas II wojny światowej. W 1942 roku, po tym jak luksusowy liniowiec „Normandie” eksplodował w porcie w Nowym Jorku, wywiad marynarki wojennej zwrócił się do Luciano z prośbą o pomoc. Syndykat kontrolował związki zawodowe dokerów na nabrzeżu, a rząd obawiał się sabotażu niemieckich agentów.

Luciano, za pośrednictwem Lansky’ego, wydał rozkazy. Wkrótce wrogie działania na nabrzeżu ustały. Aresztowano ośmiu niemieckich szpiegów. W zamian za tę przysługę, w 1946 roku gubernator Nowego Jorku, Thomas E. Dewey – ten sam, który skazał go dziesięć lat wcześniej – złagodził mu wyrok. Warunek? Deportacja do Włoch.

Luciano nigdy nie przyjął obywatelstwa amerykańskiego, więc deportacja była prosta. W lutym 1946 roku opuścił Stany Zjednoczone, najprawdopodobniej nigdy więcej do nich nie wracając.

Wygnanie nie oznaczało końca jego wpływów. W 1947 roku Luciano pojawił się w Hawanie na Kubie, gdzie przybyli mu złożyć hołd szefowie Syndykatu, a także Frank Sinatra. Planował stworzyć na wyspie centrum operacyjne dla międzynarodowego handlu narkotykami. Zawróciło go jednak amerykańskie Biuro ds. Narkotyków, które wywarło presję na rząd kubański. Luciano został deportowany z powrotem do Włoch.

Osiadł w Neapolu, skąd, mimo stałego nadzoru, nadal kierował międzynarodowym handlem heroiną. Wspólnie z Vito Genovese, swoim dawnym podwładnym, który przejął kontrolę nad jego amerykańską rodziną, Luciano zorganizował potężny szlak narkotykowy łączący Sycylię z Ameryką.

26 stycznia 1962 roku Luciano zmarł na atak serca na lotnisku w Neapolu. Miał 65 lat. Miał właśnie spotkać się z hollywoodzkim producentem w sprawie filmu o swoim życiu. Władze włoskie i amerykańskie ogłosiły, że szykowały właśnie jego aresztowanie w związku z 150-milionowym procederem narkotykowym.

Jego ciało przewieziono do Nowego Jorku i pochowano na cmentarzu św. Jana w Queens – spoczął obok rodziców pod swoim prawdziwym nazwiskiem Salvatore Lucania. Przez całe życie wymyślił się na nowo. Z biednego imigranta stał się najpotężniejszym gangsterem swoich czasów. I choć sam zmarł na zawał, a nie od kuli – co w jego świecie było rzadkością – to jego dziedzictwo przetrwało do dziś.

Struktury, które stworzył, przetrwały dekady. Pięć rodzin wciąż działa. Komisja wciąż istnieje. A Luciano przeszedł do historii jako architekt nowoczesnej mafii – człowiek, który z chaosu gangsterskich wojen stworzył korporację zbrodni. Urodził się Salvatore Lucania, ale świat zapamiętał go jako Lucky’ego – szczęściarza, który przetrwał wszystko i zbudował imperium na gruzach prohibicji.

Na zdjęciu: Charlie „Lucky” Luciano, włoski gangster urodzony na Sycylii. Luciano jest uważany za ojca współczesnej przestępczości zorganizowanej w Stanach Zjednoczonych za podział Nowego Jorku na pięć różnych rodzin mafijnych i utworzenie pierwszej komisji. Był pierwszym oficjalnym szefem współczesnej rodziny mafijnej Genovese.