Magda Czechowska: tragedia w środku Kielc

3 lipca 2007 roku był wtorkiem. Magda Czechowska, jedenastoletnia mieszkanka kieleckiego osiedla Czarnów, właśnie skończyła szkołę. Miała niebieskie oczy, długie blond włosy do ramion, przy 160 centymetrach wzrostu ważyła 48 kilogramów. Uczyła się w Zespole Szkół Ogólnokształcących numer 26 przy ulicy Dygasińskiego. Była najstarsza z trójki rodzeństwa – ułożona, grzeczna, pomocna. Uwielbiała zwierzęta, szczególnie konie.

„Chociaż fizycznie jest rozwinięta, ma jeszcze dziecięcą psychikę. Nie ogląda się za chłopakami, nie sięga po używki. Nigdy nie obracała się w złym towarzystwie” – opowiadała o córce jej mama, pani Edyta.

Dziewczynka chorowała na astmę, ale to nie przeszkadzało jej w samodzielnym poruszaniu się po mieście. Czasem sama jeździła z Czarnowa po zakupy do centrum handlowego. Wydawała się dojrzała, odpowiedzialna. Ten pozór dojrzałości miał się okazać tragiczny w skutkach.

Tego dnia Magda bardzo chciała zobaczyć się ze swoją 15-letnią ciotką Elizą, młodszą siostrą jej mamy. Razem z koleżanką Olą pojechały autobusem do stadniny koni na obrzeżach Kielc.

Mama Magdy początkowo nie chciała się zgodzić na ten wyjazd. Ostatecznie przekonał ją argument, że Magda za dwa dni wyjeżdża na wakacje nad morze i dziewczyny długo nie będą się widziały. Postawiła jednak ultimatum: w domu o godzinie 19. Eliza miała odprowadzić siostrzenicę pod same drzwi.

Kiedy zbliżała się wyznaczona pora, babcia Magdy zadzwoniła do jej mamy. Poinformowała, że dziewczyny wrócą później, ponieważ klacz się oźrebiła. Dziewczynki miały być tym zafascynowane i nie chciały odchodzić od źrebaka.

Właściciel stadniny obiecał odwieźć nastolatki do centrum. Dotrzymał słowa – po godzinie 20 wysadził Magdę, Elizę i Olę przy zbiegu ulic Hipotecznej i Sienkiewicza.

Stamtąd dziewczynki ruszyły w stronę deptaku przy ulicy Sienkiewicza, a następnie skierowały się w stronę skrzyżowania z ulicą Paderewskiego. Tutaj nastolatki się rozdzieliły.

Eliza, mimo że obiecała odprowadzić Magdę pod blok, nie zrobiła tego.

Później, gdy mama Magdy zaczęła szukać córki, dzwoniąc do Elizy, usłyszała kilka różnych wersji wydarzeń.

Najpierw Eliza twierdziła, że wróciły już dawno. Potem, że razem z koleżanką odprowadziły Magdę do domu na ulicę Jagiellońską. Później, że to koleżanka przeprowadziła Magdę przez tunel. Wreszcie przyznała, że rozstały się na ulicy Sienkiewicza, nieopodal zejścia do tunelu.

Rozmowę tę relacjonowała mama Magdy: „Mówiła, że wróciły już dawno. Najpierw twierdziła, że z jeszcze jedną koleżanką odprowadziły Magdę do domu na ulicę Jagiellońską. Potem, że to ta koleżanka przeprowadziła moją córkę przez tunel. Wreszcie przyznała, że rozstały się na ulicy Sienkiewicza, nieopodal zejścia do tunelu”.

Wersje Elizy zmieniały się, a ona przez lata nigdy nie wytłumaczyła mamie Magdy, czym było to spowodowane. W 2016 roku dziennikarz śledczy dotarł do Elizy. Wyznała mu, że dręczą ją wyrzuty sumienia.

„Nigdy w życiu sobie tego nie wybaczę, że jej nie odprowadziłam. A nuż, może by się nic nie stało. W ostateczności obydwie byśmy nie żyły. Wtedy przynajmniej nie miałabym wyrzutów sumienia” – powiedziała.

Mimo tych słów, wersje wydarzeń przedstawiane przez ciotkę pozostawały niespójne. Do dziś nie wiadomo, czy Eliza mówiła całą prawdę, czy też coś zataiła.

O godzinie 20:39 kamera monitoringu w tunelu pod dworcem PKP w Kielcach zarejestrowała Magdę po raz ostatni. Szła w kierunku wyjścia prowadzącego na ulicę Mielczarskiego. Miała na sobie różową koszulkę z serduszkami, ciemne dżinsy i czarne sportowe buty.

Przed nią w tunelu szły dwie kobiety z małym dzieckiem, za nią kobieta w kwiecistej spódnicy i mężczyzna w jasnej kraciastej koszuli z saszetką w ręce.

To był ostatni moment, kiedy Magda Czechowska żyjąca została uchwycona przez jakiekolwiek oko. Kilkaset metrów dzieliło miejsce, gdzie kamery po raz ostatni zarejestrowały dziewczynkę żywą, od bloku, w którym mieszkała.

Gdy Magda wyszła z tunelu i skierowała się w stronę osiedla Czarnów, zniknęła bez śladu.

Magda Czechowska. Poszukiwania na niespotykaną skalę

Tuż po godzinie 23 mama Magdy zawiadomiła policję. Rozpoczęły się poszukiwania na niespotykaną dotąd skalę.

Policjanci przeczesywali okolice dworca i teren między ulicami Mielczarskiego a Jagiellońską. Zaglądali do pustostanów, pukali do domów, wypytywali kierowców busów z pobliskiego dworca. Pracownicy wodociągów wypompowali wodę z sadzawki, zaglądali do studzienek, by wykluczyć wypadek. Sprawdzono wszystkie szpitale i ośrodki pomocy w województwie. Psy tropiące nie mogły podjąć śladu – padał deszcz.

„Rozpatrujemy różne hipotezy. Od najczarniejszych scenariuszy, takich, że ktoś uprowadził dziecko i je przetrzymuje, po te najlepsze – że Magda gdzieś uciekła, a teraz boi się wracać do domu” – mówił ówczesny komendant wojewódzki policji Wojciech Olbryś.

Trzy dni po zaginięciu komendant zadeklarował 5 tysięcy złotych nagrody za pomoc w odnalezieniu dziecka. 30 tysięcy dołożył prezydent Kielc Wojciech Lubawski. Łączna kwota wyniosła 35 tysięcy złotych.

Ogólnopolskie media rozniosły informację. Policjanci odbierali nawet 30 zgłoszeń dziennie – ktoś widział Magdę na Helu, ktoś inny na stacji paliw pod Tarnowem, w autobusie w Warszawie, albo tramwaju w Łodzi. Każdy sygnał był sprawdzany. Żaden się nie potwierdził.

Dopiero po roku od zaginięcia dziennikarz śledczy Michał Fajbusiewicz ujawnił, że policjanci dotarli do ważnego świadka. Świadek tamtego wieczora przebywał w okolicy dworca kolejowego. Widział, że Magda po wyjściu z tunelu na ulicę Mielczarskiego podeszła do dwóch mężczyzn stojących przy ciemnym vanie i rozmawiała z nimi.

Auto to mógł być opel zafira albo citroen xsara picasso. Informacja ta była utrzymywana w tajemnicy przez rok.

Później pojawiły się kolejne doniesienia – gdy trwały poszukiwania dziewczynki, ktoś widział srebrnego vana zaparkowanego w okolicach Rakowa, gdzie później znaleziono ciało.

Przez lata śledczy weryfikowali setki właścicieli podobnych pojazdów, podejrzewając, że kierowca mógł być pracownikiem mobilnym – dostawcą, akwizytorem – co ułatwiło mu niezauważone przewiezienie ofiary na odległość 50–60 kilometrów.

Mijały dni, tygodnie. Nadzieja gasła z każdym kolejnym dniem bez wieści o dziewczynce.

26 lipca 2007 roku w okolicach wsi Życiny w gminie Raków, około 50–60 km od Kielc, wypoczywał mieszkaniec Małopolski z psem myśliwskim – wyżłem weimarskim. Podczas spaceru, na nieużytkach między polami, po prawej stronie trasy Raków–Szydłów, pies znalazł płytki grób.

Pod 30-centymetrową warstwą ziemi i suchym jałowcem znajdowało się nagie ciało dziewczynki. Ktoś wyjął kolczyki z jej uszu. Zwłoki były ukryte półtora kilometra od asfaltowej drogi.

Policjanci pojawili się u pani Edyty i pobrali próbkę śliny do badań DNA. Trzy dni później badania genetyczne wykonane w łódzkim laboratorium kryminalistycznym potwierdziły: odnalezione zwłoki to Magda Czechowska.

Wyniki sekcji były wstrząsające. Biegli ustalili, że bezpośrednią przyczyną śmierci dziewczynki było uduszenie. Ktoś zatkał jej usta i nos – ręką, a może poduszką.

Stan zwłok wskazywał na to, że Magda żyła jeszcze około dwa tygodnie po zaginięciu. Zmarła między 16 a 19 lipca.

To oznaczało, że przez blisko dwa tygodnie 11-latka była przetrzymywana gdzieś przez swojego oprawcę. Była karmiona – sekcja wykazała obecność posiłków domowych w jej organizmie. Nie nosiła śladów brutalnego torturowania.

Śledczy wskazali również na prawdopodobny motyw seksualny zbrodni. Jednak ze względu na stan zwłok nie można było tego jednoznacznie potwierdzić.

Na ciele dziewczynki zabezpieczono ślady DNA należące do nieznanej osoby. Do dziś nie dopasowano ich do żadnego podejrzanego w policyjnych bazach danych.

Pogrzeb Magdy odbył się 4 sierpnia 2007 roku w kościele Chrystusa Króla na kieleckim Baranówku. Zebrała się nie tylko rodzina dziewczynki, sąsiedzi, nauczyciele i szkolny poczet sztandarowy. Przyszło też mnóstwo obcych ludzi, którzy tygodniami śledzili informacje o poszukiwaniach dziecka, a potem z bólem przyjęli wiadomość o śmierci.

Na cmentarzu zgromadziło się około 300 osób.

„Módlmy się o surową karę dla tego, kto skrzywdził Magdę, i oto, żeby sumienie do końca życia nie pozwoliło mu zapomnieć o tym, co zrobił” – mówił do zebranych wokół białej trumny ksiądz Sławomir Grabiec.

Kilka dni później przez Kielce przeszedł marsz milczenia. Na plakatach napisano, że jest poświęcony „bestialsko zamordowanej Magdzie”. Prowadzony przez bliskich dziewczynki ruszył z Placu Wolności o godzinie 20:40 – tej samej, o której kamery zarejestrowały ją po raz ostatni.

Przez lata śledczy analizowali wiele wersji wydarzeń. Jedną z najbardziej mrocznych hipotez był wątek Sławomira T., znanego jako „Wampir z Radomia” – seryjnego mordercy, który w latach 2000. zgwałcił i zamordował kilka kobiet.

W 2008 roku Sławomir T. został skazany za usiłowanie zabójstwa na tle seksualnym – zaatakował kobietę, dusząc ją przewodem i rękami. W 2016 roku, po opuszczeniu więzienia, ponownie zatrzymano go w związku z zabójstwami dwóch młodych kobiet w Radomiu.

Śledczy z kieleckiego Archiwum X sprawdzali aktywność Sławomira T. w lipcu 2007 roku. Analizowano logowania telefonów komórkowych, sprawdzano, czy przebywał w okolicach Kielc lub Rakowa. Mimo intensywnych prac nie udało się zdobyć twardego dowodu łączącego go ze sprawą Magdy Czechowskiej.

Inne hipotezy mówiły o sprawcy z bliskiego otoczenia. Brak śladów walki w tunelu i fakt, że zniknęła na krótkim odcinku drogi, sugeruje, że mogła dobrowolnie wsiąść do samochodu kogoś, komu ufała. Sposób, w jaki sprawca opiekował się nią przez dwa tygodnie, karmiąc ją, a po śmierci układając ciało ze swoistym pietyzmem, wskazywał na emocjonalną więź z ofiarą.

Pojawiały się też teorie o kobiecie, która mogła porwać Magdę z powodu niespełnionego macierzyństwa – przetrzymywać ją, traktować jak własną córkę, a gdy zdała sobie sprawę z ogólnopolskiej obławy, spanikowała i udusiła dziewczynkę.

W październiku 2008 roku prokuratura umorzyła śledztwo ze względu na to, że „brak jest dalszych możliwości dowodowych zmierzających do wykrycia sprawcy”. Rodzice Magdy zażalili się na tę decyzję, jednak sąd utrzymał ją w mocy.

Sprawą zajęli się policjanci z kieleckiego Archiwum X – wydziału do spraw przestępstw niewykrytych, który powstał w świętokrzyskiej policji pod koniec 2008 roku.

Funkcjonariusze zapowiedzieli wykorzystanie najnowocześniejszej technologii teleinformatycznej i programów komputerowych do analizy zabezpieczonych dowodów. Badano ziemię z miejsca znalezienia zwłok, analizowano nagrania z monitoringu przy użyciu algorytmów rekonstrukcji obrazu.

W ostatnich miesiącach sprawę zabójstwa przejął specjalny dział ds. niewykrytych zabójstw w małopolskim pionie Prokuratury Krajowej, znany jako Archiwum X.

„Stwierdziliśmy, że szanse są, że coś możemy zrobić w kierunku tego, żeby tę sprawę rozwiązać. Nie dam jednak gwarancji, że to się uda” – powiedział Eryk Stasielak, naczelnik Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej.

„Gdybyśmy nie wierzyli, nasza praca nie miałaby sensu” – dodał.

Mija czas. Sprawa Magdy Czechowskiej, mimo upływu lat, wciąż nie daje spokoju śledczym i całej Polsce. Ta jedenastolatka w różowej koszulce, która weszła do tunelu pod dworcem PKP w Kielcach i już nigdy z niego nie wyszła, stała się symbolem utraconej niewinności miasta.

W miejscu jej zniknięcia i odnalezienia ciała do dziś zapalane są znicze. Sprawa wymusiła zmiany w podejściu do bezpieczeństwa dzieci w przestrzeni miejskiej – rozbudowę monitoringu, większy nacisk na edukację o kontaktach z nieznajomymi.

Kto zabił Magdę Czechowską? Dlaczego właśnie ona? Pytania pozostają bez odpowiedzi. A w kieleckim Archiwum X, a teraz w krakowskim wydziale Prokuratury Krajowej, śledczy wciąż mają nadzieję, że w końcu znajdą klucz do tej zagadki.