Makabryczne zabójstwo lichwiarza…

To było makabryczne zabójstwo. Za podejrzanym o zabójstwo mężczyzną Prokuratura Okręgowa w Lublinie rozesłała list gończy. Wydany został Europejski Nakaz Aresztowania, co oznaczało, że policja każdego kraju należącego do Unii Europejskiej miała obowiązek go ścigać, a w przypadku zatrzymania powiadomić o tym polski wymiar sprawiedliwości.

– W takim razie jesteśmy umówieni, życzę miłego dnia i do zobaczenia – zakończył rozmowę telefoniczną.

Ręce mu drżały jakby był na ostrym kacu, w głowie miał mgłę. Odsunął od siebie komórkę na sam skraj biurka, żeby jej widok nie prowokował go do ponownego zadzwonienia i odwołania wszystkiego. Jeśli tego nie zrobi, odwrotu już nie będzie.

Nie – podjął decyzję – nie wycofa się, sprawy za daleko zaszły. Klamka zapadła. Plan jest dobry. Jeśli nie spanikuje, nikt go nie będzie podejrzewał. To, co chciał zrobić, było straszne, ale innego wyjścia nie miał. Pewnie będzie się smażył w piekle, jednak to była i tak lepsza opcja niż życie w ciągłej niepewności.

Zwłoki w spalonym samochodzie

8 stycznia 2010 roku, późnym wieczorem mieszkańcy wsi Poczekajka w powiecie chełmskim zauważyli z drogi płonący pod lasem samochód. Ktoś powiadomił straż pożarną. Mimo szybkiej i sprawnie przeprowadzonej akcji gaśniczej, z auta niewiele zostało. Poczerniała blacha, a w środku fragmenty tapicerki. Można było jednak rozpoznać  markę. Spaliło się volvo s80.

Po opanowaniu ognia strażacy zajrzeli do wnętrza wraku. Aż podskoczyli z wrażenia. Na tylnym fotelu od strony pasażera leżały zwęglone ludzkie zwłoki. Wkrótce w miejscu zdarzenia zjawiły się radiowozy policyjne.

To był mężczyzna – stwierdzono po przeprowadzeniu oględzin szczątków. Zostały one przekazane do zakładu medycyny sądowej w Lublinie, celem dalszych badań. Sprawa przedstawiała się nader zagadkowo. Wykluczono, że volvo wypadło z drogi i zapaliło się na skutek eksplozji paliwa w zbiorniku (co zresztą w przypadku auta tej klasy wydawało się mało prawdopodobne). Gdyby tak było, samochód, nieistotnie z jaką prędkością by się poruszał, zatrzymałby się na polu zaraz za drogą, a nie dobrych kilkadziesiąt metrów dalej, pod lasem. Ponadto na drodze i na poboczu widniałyby ślady hamowania lub gwałtownego skrętu kół. Co prawda prószył śnieg, ale nie na tyle, by wszystko zakrył, tym bardziej, że takie ślady mają dynamiczny charakter.

Makabryczne zabójstwo a nie nieszczęśliwy wypadek

Zapowiadało się skomplikowane dochodzenie. Policja musiała znaleźć odpowiedzi na kilka kluczowych pytań. Po pierwsze: kim był człowiek, który zginął straszną śmiercią w ogniu? Na pewno nie on prowadził samochód, ponieważ jego zwęglone zwłoki zostały znalezione na tylnym siedzeniu. Po wtóre, kto siedział za kierownicą i dlaczego osoba ta zostawiła pasażera w płonącym aucie? Wreszcie –  jak w ogóle doszło do pożaru?

Jakby było mało tych łamigłówek, sekcja zwłok wykazała, że mężczyzna  nie zginął w ogniu. Na jego głowie stwierdzono obrażenia, pochodzące od ciosów zadanych twardym, ciężkim narzędziem. Z całą pewnością człowiek ten już nie żył, gdy się spalił. Należało przypuszczać, że śmiertelne ciosy zadał mu kierowca volvo, a potem podpalił auto. Zapewne chciał tym sposobem zatrzeć ślady morderstwa i utrudnić identyfikację zwłok.

Makabryczne zabójstwo: Można powiedzieć, że miał wrogów

Chociaż auto uległo znacznym zniszczeniom na skutek ognia, a stan zwłok utrudniał ich identyfikację, policji udało się ustalić do kogo należało volvo i kto został w nim znaleziony martwy. Była to jedna i ta sama osoba – zamieszkały w Lublinie 43-letni Mirosław H.

Skontaktowano się z jego bliskimi. Ci potwierdzili, że jeździł czarnym volvo s80. Rodzina powiedziała policji, że od kilkudziesięciu godzin mężczyzna nie dał znaku życia. 8 stycznia wybrał się poza Lublin w sprawach biznesowych i od tego czasu się nie pokazał, a w jego telefonie początkowo zgłaszała się poczta głosowa, a potem komórka w ogóle zamilkła. Byli przybici wiadomością o śmierci Mirosława H., jednak śledczy odnieśli wrażenie, że są mniej zaskoczeni niż należałoby się w takiej sytuacji spodziewać. Tak jakby brali pod uwagę, że usłyszą o nim coś bardzo złego.

–  Czym zajmował się pan Mirosław? Miał może jakichś wrogów? – spytała policja.

–  Mąż zajmował się interesami. A jeżeli chodzi o wrogów, to owszem, można powiedzieć, że ich miał. I to wielu – padła zdecydowana odpowiedź żony.

Mirosław H. pochodził z zamożnej rodziny inteligenckiej, która od lat prowadziła w Lublinie renomowaną aptekę. Był jej udziałowcem, ale oprócz tego zajmował się też inną, chyba jeszcze bardziej dochodową działalnością. Miała ona dość specyficzny charakter. Mirosław H. udzielał pożyczek na procent.

***

To mógł być motyw zabójstwa. Lichwiarstwo jest istotnie dochodowym zajęciem, a do tego ci, którzy się nim zajmują, raczej nie odprowadzają podatków od tej działalności. Ale jest to także igranie z ogniem. Znający twórczość Fiodora Dostojewskiego doskonale wiedzą jak skończyła lichwiarka ze „Zbrodni i kary”. A ci, którzy tej powieści nie czytali, z lektury aktualnych doniesień rubryk kryminalnych mogą się przekonać, do  czego jest zdolny dłużnik, niemający z czego oddać wierzycielowi pieniędzy. Zwłaszcza jeśli tamten nalega na szybki zwrot.

Mirosław H., jak zeznała jego rodzina, grał dość wysoko. Pożyczał spore, sięgające kilkuset tysięcy złotych sumy. Jego klientami byli głównie przedsiębiorcy z Lublina i województwa. Twardo egzekwował warunki, na jakich pożyczał pieniądze, zarabiał dużo na procentach, ale zdarzały się nieprzyjemne sytuacje. Odbierał telefony z inwektywami, miewał sprawy w sądzie. Swego czasu ktoś poprzebijał mu opony w samochodzie. Ostatnio mówił, że jest już zmęczony życiem w stresie. Zamierzał rzucić lichwiarstwo i zająć się czymś spokojniejszym.

Postanowiono przyjrzeć się dłużnikom Mirosława H.

Chcesz poznać kulisy tej wstrząsającej sprawy? Sięgnij po Detektywa 7/2022 (tekst Mariusza Gadomskiego pt. Makabryczne zabójstwo lichwiarza). Cały numer do kupienia TUTAJ.