Małgorzata Wnuczek – Czy to Małgosia?

Policja w Leicestershire potwierdza, że szczątki zostały znalezione podczas działań śledczych prowadzonych od końca września 2025 roku po otrzymaniu nowych informacji z Polski. Na razie nie wiadomo, czy należą one do zaginionej Małgorzaty. Trwają szczegółowe badania genetyczne. Śledztwo od lat prowadzone jest jako sprawa zabójstwa, a funkcjonariusze nie ukrywają, że liczą, iż to odkrycie pomoże wreszcie odpowiedzieć na pytanie, co naprawdę stało się z młodą kobietą z Inowrocławia, która wyjechała do Anglii w poszukiwaniu lepszego życia. O tym, że szczątki należą do Małgosi może świadczyć fakt, że znaleziono je w odległości zaledwie 400 metrów od jej ostatniego miejsca zamieszkania, a ponadto, miejsce ukrycia ciała wskazał świadek, który wiedział coś o zdarzeniu.

Był maj 2006 roku. Zdawać by się mogło, że w życiu Małgosi wreszcie wszystko zaczynało się układać. Miała stałą pracę, której rytm dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Uwolniła się od toksycznej relacji i powoli zaczynała wierzyć, że tym razem będzie inaczej. Jej kilkuletnia córka była pod opieką dziadków w Polsce. Małgorzata utrzymywała z rodziną stały kontakt.

– Ona prawie codziennie do nas pisała, trochę rzadziej dzwoniła, ale zawsze wiedzieliśmy, co się u nas wzajemnie dzieje – mówiła mi w 2020 roku pani Bożena Smółka, mama Małgosi.

31 maja 2006 roku wczesnym rankiem wyszła z nocnej zmiany i razem z koleżanką udała się na przystanek autobusowy. Było jeszcze wcześnie, słońce dopiero wstawało nad Leicester, pogoda była piękna. Dzień zapowiadał się wyjątkowo spokojnie. Kobiety wsiadły do tego samego autobusu, rozmawiały chwilę o pracy, może też o córce Małgosi, o planach na wolny dzień. Kilka przystanków dalej, w centrum, Małgosia wysiadała, a jej koleżanka pojechała dalej. Tu ślad się urywa. Z późniejszych ustaleń wynika, że kobieta zrobiła drobne zakupy w jednym z niewielkich sklepów spożywczych, zapłaciła 4 funty kartą. Ten ruch na koncie stał się ostatnim, niepodważalnym śladem jej istnienia. To, że zakupu dokonała Małgosia, a nie ktoś, kto był w posiadaniu jej karty, świadczył zapis z monitoringu w sklepie. Potem nie było już nic, żadnych logowań telefonu, żadnych wiadomości. Jakby rozpłynęła się w cichym, majowym poranku.

Następnego dnia przypadał dzień dziecka. W Polsce mała Ola od rana czekała na telefon. Wiedziała, że mama zawsze dzwoni, choćby na chwilę. Tym razem jednak telefon milczał. Pani Bożena, matka Małgosi, próbowała tłumaczyć to sobie zmęczeniem córki, innym grafikiem w pracy. Z każdą mijającą godziną jednak w jej głowie narastał niepokój, który wieczorem zamienił się w złość.

– Nie zadzwonię pierwsza, pomyślałam wtedy – mówiła pani Bożena Smółka. – Niech sama się odezwie. Przecież obiecała Oli.

Małgosia nie zadzwoniła. 4 czerwca, w dzień 27. urodzin Małgorzaty, rodzice zdecydowali się zadzwonić do córki. Wiedzieli, że jeśli poszła do pracy w sobotę, to kończy zmianę o świcie. A być może miała tę sobotę wolną. Nie byli pewni, dlatego postanowili zadzwonić dopiero w niedzielne południe, żeby dać jej chwilę na sen. Ale nie odebrała. Wtedy po raz pierwszy poczuli przeszywający strach. Zadzwonili do Darka, męża Małgorzaty. Jego głos brzmiał obojętnie, jakby sprawa go nie dotyczyła.

– Małgosia się bawi – miał im wtedy powiedzieć. – Przecież ma urodziny, wyszła z koleżankami, pojechały do Birmingham.

W ciągu kolejnych kilku dni z Małgosią nie było żadnego kontaktu, dlatego Bożena i Ryszard Smółkowie zaczęli naciskać na zięcia, by zgłosił zaginięcie żony.

– Powiedział nam, że policja nie przyjęła jego zgłoszenia, bo nie mieszkał z Gosią – wspomina pani Bożena. – Ale ja w to nie wierzyłam. Ani przez chwilę.

Rzeczywiście, kilka tygodni przed zdarzeniem Małgosia wyprowadziła się od męża, ale nie miało to żadnego wpływu na kwestię zgłoszenia zaginięcia. Skoro jednak Dariusz nie kwapił się do tego, Smółkowie polecieli do Anglii i osobiście zgłosili zaginięcie córki.

Funkcjonariusze ustalili, że 31 maja, w dniu jej zniknięcia, z wynajmowanego przez nią pokoju zniknęły wszystkie rzeczy: ubrania, dokumenty, drobiazgi codziennego użytku. Zabrano nawet dużą walizkę, tą samą, z którą kobieta przyjechała do Anglii kilka lat wcześniej. Została tylko suszarka do włosów, jakby ktoś o niej zapomniał albo celowo zostawił, żeby stworzyć pozory pośpiechu.

Dwa miesiące po zaginięciu kobiety Dariusz spakował swoje rzeczy i nagle pojawił się w Inowrocławiu. Przyjechał bez zapowiedzi, z jednym plecakiem, zmęczony, nerwowy, jakby uciekał przed czymś. Przez miesiąc mieszkał z teściami, nie podejmując żadnej pracy. Smółkowie wspominają, że jego zachowanie od początku wydawało się dziwne – unikał rozmów o Małgosi, wychodził z domu bez słowa, czasem znikał na całe dnie. W końcu namówili go, by wrócił do Anglii, do miejsca, gdzie zniknęła jego żona. Pożyczyli mu pieniądze, wierząc, że na miejscu będzie mógł pomagać policji, że z bliska dopilnuje sprawy.

Okazało się jednak, że mężczyzna nie wrócił do Leicester. Zamiast tego pojechał na południowy kraniec Anglii, do Kornwalii.

Chcesz poznać ciąg dalszy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 1/2026 (tekst Anny Strzelczyk pt. Czy to Małgosia?). Cały numer do kupienia TUTAJ.