Środa, 31 marca 1999 roku, do historii polskiego gangsterskiego podziemia, przeszła jako jeden z najbardziej krwawych dni. W restauracji „Gama” przy ulicy Wolskiej w Warszawie, w ciągu zaledwie kilkunastu sekund, zginęło pięciu mężczyzn. Strzelanina, która wstrząsnęła całą Polską, była dramatycznym finałem wewnętrznych porachunków w gangu wołomińskim. Dziś, po latach, choć sprawcy zbrodni ponieśli surowe kary za inne przestępstwa, pełen obraz tamtej masakry wciąż pozostaje nieuchwytną zagadką.
W środę, 31 marca 1999 roku, nad Warszawą świeciło słońce, jakby nic złego nie miało się wydarzyć. Termometry pokazywały 15 stopni. Wiosna rozgościła się w mieście na dobre. Na ulicach czuć było nadchodzącą zmianę – koniec wieku, koniec pewnej epoki. Nikt jednak nie przypuszczał, że tego dnia, w niewielkiej restauracji przy Wolskiej, napisany zostanie ostatni, najbardziej krwawy rozdział wojny, która przez lata toczyła się w cieniu stolicy.
To była opowieść o ambicji, zdradzie i żądzy władzy. Opowieść o starym świecie, który nie chciał odejść, i o nowym, który torował sobie drogę ogniem maszynowego karabinu. To była opowieść o apogeum porachunków polskiego podziemia.
Część I. „Biuro” na Woli
Marian Klepacki, ps. Maniek, miał w swojej naturze coś z rzemieślnika. Może dlatego, że w młodości wyuczył się tokarstwa. Był człowiekiem precyzyjnym, zorganizowanym i niezwykle przebiegłym. Gdy w latach 90. przestępczy świat zwariował na punkcie łatwych pieniędzy, on pozostał wierny jednej zasadzie: dyskrecja to podstawa biznesu.
Dlatego restauracja „Gama” przy ulicy Wolskiej 38 była dla niego idealna. Z zewnątrz niepozorna – zwykła knajpka, w której serwowano solidne, polskie jedzenie. Pierogi z mięsem, przysmażana cebulka, boczek. Miejsce niby w centrum Warszawy, ale na uboczu, jakby schowane przed wścibskimi spojrzeniami. To dawało poczucie bezpieczeństwa. Iluzję kontroli.
Maniek z dumą nazywał Gamę swoim „biurem”. Tu załatwiał najważniejsze sprawy. A także negocjował podziały wpływów z innymi gangami. Tu uzgadniał kolejne przedsięwzięcia – przemyt spirytusu, papierosów, porwania dla okupu, a potem, gdy trzeba było ubrudzone pieniądze wyprać, inwestycje w nieruchomości. W kantorze i lombardzie, które oficjalnie posiadał na Pradze-Północ, lubił podczas przesłuchań dumnie rzucać słowem: biznesmen.
***
Razem z nim gangiem wołomińskim rządził Ludwik Adamski, ps. Lutek. Byli nierozłączni, choć różniło ich prawie wszystko. Maniek był mózgiem, strategiem. Lutek odpowiadał za logistykę, planowanie, za to, by wszystko działało jak w zegarku. Oficjalnie prowadził pralnię na Żoliborzu, ale w rzeczywistości był specjalistą od wymuszeń i uprowadzeń. Razem stworzyli imperium, które przez lata trwało w niełatwej równowadze z potężniejszym gangiem pruszkowskim.
Ta równowaga miała jednak pęknąć tamtej wiosny.
Maniek nie lubił wspominać tamtego popołudnia, gdy w jego kantorze w przejściu pod Dworcem Centralnym pojawił się Andrzej G., ps. Junior. Wysoka, szczupła sylwetka, spojrzenie, które za dużo mówiło. Junior nie był zwykłym gangsterem. Był wysłannikiem Jeremiasza Barańskiego, ps. Baranina – rezydenta pruszkowskiej mafii na Austrię i Niemcy. W Wiedniu Baranina był kimś w rodzaju króla polskiego podziemia. W Warszawie jego cień padał na wszystko.
Junior przekazał żądanie. Krótko, bez owijania w bawełnę: Baranina oczekuje współpracy. Będziecie dzielić się zyskami.
Maniek spojrzał na Lutka. Lutek milczał, ale jego twarz mówiła wszystko. Współpraca w praktyce oznaczała jedno: oddanie części władzy, oddanie pieniędzy człowiekowi, o którym w środowisku mówiło się szeptem – że jest kapusiem. Że to dzięki znajomościom w MSW latał po Europie Zachodniej jeszcze w czasach PRL.
– Nie mamy zamiaru pracować na rzecz kapusia – odpowiedział wtedy Maniek.
Junior skinął głową, jakby tylko potwierdzał to, co wiedział od początku. Wyszedł.
Kilka dni później w podziemnym przejściu między hotelem Marriott a Dworcem Centralnym zawodowy zabójca oddał serię strzałów. Junior zginął na miejscu. Ale nim umarł, zdążył przekazać Baraninie informację o nieposłuszeństwie wołomińskich bossów.
Wielka wojna zaczęła nabierać tempa.
Część II. Młody gniew
Karol S., ps. Karol, był inny niż starzy bossowie. Urodził się i wychował w Wesołej pod Warszawą. Z zawodu blacharz, w świat przestępczy wszedł przez bramę, nie przez salon. Jego specjalność to porwania dla okupu, napady na tiry, brutalność, która budziła respekt – i lęk.
Był ambitny. Za bardzo, jak na gust Mańka. W 1998 roku Karol zaczął domagać się większych premii. Uważał, że przynosi gangowi największe zyski, że kontroluje peryferyjne dzielnice – Anin, Rembertów – i zasługuje na więcej.
Maniek zdusił te ambicje w zarodku. Zrobił to brutalnie, bez owijania w bawełnę, dając Karolowi do zrozumienia, że w hierarchii wołomińskiej są miejsca, których się nie przeskakuje.
To był błąd.
Karol nigdy tego nie zapomniał. Czekał na swoją chwilę. I ta chwila nadeszła, gdy Baranina, szukając następcy Juniora, trafił właśnie na niego. Kimś, kto z radością podejmie się zemsty, był Karol. Baranina doskonale wiedział, że wołomiński gang pęka w szwach. Wokół Karola skupiała się grupa młodych, głodnych pieniędzy i władzy mężczyzn, którzy nie chcieli już słuchać starych bossów.
W grudniu 1998 roku pod mercedesem Mańka, zaparkowanym przed hipermarketem Géant przy ul. Jubilerskiej, wybuchła bomba. Ładunek eksplodował, gdy silnik uruchamiał kierowca. Maniek ocalał. Kierowca został ranny. Był to pierwszy, wyraźny sygnał, że wojna wkracza w decydującą fazę.
Ale Maniek nie zamierzał ustąpić. Postanowił działać po swojemu.
Część III. Przed burzą
Wczesnym popołudniem 31 marca 1999 roku w Gamie przy Wolskiej miała odbyć się narada. Miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo – to tu Maniek czuł się najbezpieczniej. Przybyli najważniejsi. Obok Mańka i Lutka zjawili się ich ochroniarze: Olgierd W., ps. Łysy, nowy kierowca i ochroniarz Klepackiego; Piotr Ś., ps. Kurczak; oraz Mariusz Ł., ps. Piguła.
Maniek z niewiadomych powodów dwóch innych ochroniarzy puścił tego dnia na miasto. Może ufał, że w jego „biurze” nic mu nie grozi. Może chciał, by narada odbyła się w wąskim gronie.
Na tę naradę mieli przybyć także inni. Mieli zapaść decyzje. Miał zapaść wyrok na Karola i jego ludzi.
Tymczasem, nieopodal restauracji, od wczesnych godzin rannych, toczyło się coś zupełnie innego. Menedżerka Gamy otworzyła lokal jak zwykle około godziny dziewiątej. Pod drzwiami czekali już kelnerzy, kelnerka i szatniarz – starszy pan na emeryturze, który dorabiał do skromnej renty. Wchodząc do środka, nikt z nich nie zwrócił uwagi na mężczyznę stojącego na schodach ośrodka zdrowia po drugiej stronie ulicy Wolskiej. Stał tam od dłuższego czasu. Patrzył. Czekał.
Był obserwatorem.
Około godziny 12:30 do akcji wkroczył kolejny. Cezary P., ps. Popo, wyciągnął komórkę i wybrał numer Karola. Jego głos był spokojny, rzeczowy.
– Wszystko gotowe.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem krótkie potwierdzenie. Karol odwiesił słuchawkę i spojrzał na trzech mężczyzn, którzy od niedawna czekali w zaparkowanym polonezie na ulicy Staszica – przecznicy sąsiadującej bezpośrednio z Gamą.
Byli to zawodowcy. Nie pytali o szczegóły. Otrzymali rozkaz i wiedzieli, co mają robić.
Polonez odpalił cicho. Przejechał kilkaset metrów.
Część IV. Egzekucja
Gama pachniała obiadem. Smażona cebula, tłuszcz skwierczący na patelni, ciasto na pierogi. Była chwila przed trzynastą. W środku panował spokój – w restauracji nie było klientów, jedynie personel krzątał się przy przygotowaniach do popołudniowego ruchu.
Drzwi otworzyły się z impetem.
Do środka weszli trzej mężczyźni. Świadkowie do dziś spierają się o to, jak wyglądali. Jedni mówili, że mieli na sobie mundury, inni – kombinezony. Jeszcze inni twierdzili, że byli ubrani na czarno, od stóp do głów, w kominiarkach. W jednym wszyscy są zgodni: byli uzbrojeni po zęby.
Ich buty odbijały się głośnym echem od podłogi, gdy mijali sparaliżowaną ze strachu obsługę. Kelnerka zamarła z talerzem w dłoni. Szatniarz wcisnął się w kąt, jakby miał nadzieję, że podłoga się pod nim otworzy. Nikt nie krzyknął. Nikt nie zdążył.
Zabójcy nie zwolnili kroku. Przeszli przez pierwsze pomieszczenie i skierowali się do sali w głębi. Tam, przy stoliku, siedzieli bossowie wraz ze swoimi ludźmi. Byli pogrążeni w rozmowie. Nie zobaczyli, co nadchodzi. A jeśli zobaczyli, było już za późno.
***
Pierwsze strzały zagrzmiały bez żadnego ostrzeżenia.
Każdy z napastników używał innej broni – później śledczy znajdą na miejscu łuski od karabinu maszynowego, myśliwskiej dubeltówki i pistoletu. To nie był spontaniczny atak. To był zaplanowany, chirurgicznie precyzyjny wyrok.
Pociski rozrywały ciała, rozwalały krzesła, wbijały się w ściany. 51-letni Marian Klepacki, Maniek, zwalił się na podłogę, zanim zdał sobie sprawę, co się dzieje. Obok niego padł 48-letni Ludwik Adamski, Lutek. Razem z nimi, podziurawieni kulami, zginęli ich ochroniarze: 38-letni Łysy, 26-letni Piguła, 34-letni Kurczak.
Wszyscy byli martwi, nim ostatnia łuska upadła na posadzkę.
Cisza, która zapadła po ostatnim strzale, była niemal namacalna. Powietrze wypełnił swąd prochu i metaliczna woń krwi. Przez okna, które teraz były usiane dziurami po pociskach, wpadało słońce, oświetlając pobojowisko.
Kilka kul trafiło w kaloryfery pod oknami. Z uszkodzonych rur zaczęła wylewać się woda, mieszając z krwią zabitych, tworząc różową, parującą kałużę, która powoli rozlewała się po podłodze.
Na zewnątrz, na ulicy, ludzie przystawali, niepewni, co się stało. Ktoś usłyszał strzały, ale myślał, że to petardy. Ktoś inny zobaczył trzy czarne sylwetki wychodzące z restauracji, wsiadające do srebrnego poloneza. Samochód odjechał spokojnie, bez pośpiechu, jakby nic się nie wydarzyło.
Tego popołudnia nikomu z kilkuosobowego personelu Gamy nic się nie stało. Nikogo nie postrzelono. Nikt nie został wzięty jako zakładnik. Cel był jeden, precyzyjnie określony: bossowie i ich ochroniarze.
Strzelanina w Gamie była największą gangsterską egzekucją w historii Warszawy. Była apogeum porachunków polskiego podziemia. Była sygnałem, że kończy się jedna epoka, a zaczyna inna – brutalniejsza, bardziej bezwzględna.
Część V. Śledztwo. Cienie przeszłości
Kilka godzin po egzekucji w lesie w pobliżu Falenicy znaleziono spalonego poloneza. Samochód był zwęglony, numery VIN starte, ale śledczy szybko ustalili właściciela. Okazał się nim uczeń aktorskiego studium policealnego. Chłopak był przerażony, gdy zobaczył w swoim mieszkaniu policję. Miał niezbite alibi – auto skradziono mu na kilka dni przed strzelaniną. Szybko wyszedł na wolność.
Prawdziwe śledztwo dopiero się zaczynało. Prowadzono je dwutorowo.
Pierwszy tor wiódł na zewnątrz: czy za zbrodnią stoją gangsterzy całkowicie oderwani od realiów wołomińskich, ale mający wspólne interesy z zamordowanymi? Czy to mógł być odwet pruszkowskiej mafii?
Drugi tor prowadził do wnętrza: do wewnętrznych wołomińskich porachunków.
Wszystkie tropy szybko zaczęły wskazywać na Karola.
Policja działała systematycznie. Najpierw zatrzymano Roberta B., ps. Bieniasty. Potem Andrzeja M., ps. Niuniek. Kilka dni później w ręce funkcjonariuszy wpadł Paweł J., ps. Japa – w chwili zatrzymania próbował wyrzucić pistolet z tłumikiem.
Po kilku tygodniach aresztowano także Cezarego P., ps. Popo – tego, który dzwonił z komórki, dając sygnał do ataku.
Sam Karol przez ponad trzy miesiące ukrywał się skutecznie. Miał swoje kanały, swoje kryjówki. Mylił pościg, przemieszczał się między Warszawą a okolicami, zawsze o krok przed policją. Ale ostatecznie i on wpadł.
Jeden z uczestników wydarzeń, Andrzej T., ps. Tyburek, poszedł w zaparte. Ukrywał się przez pełne dziesięć lat. Gdy w końcu został zatrzymany, usłyszał tylko drobne zarzuty. Reszta stanęła przed sądem.
Proces ciągnął się latami. W lutym 2013 roku zapadł prawomocny wyrok. Wszyscy oskarżeni – poza Popo, który w areszcie popełnił samobójstwo – zostali skazani na kary dożywotniego pozbawienia wolności.
Jednak żaden z nich nigdy nie przyznał się do masakry w Gamie.
Zbrodnia ta formalnie pozostaje niewyjaśnioną zagadką. Śledztwo w tej sprawie nigdy nie zostało zakończone postawieniem bezpośrednich zarzutów dotyczących egzekucji na Woli. Oskarżeni ponieśli karę za inne przestępstwa – strzelaninę przed restauracją Friday’s oraz masakrę w Aninie.
Epilog. Krew na asfalcie
Cmentarz w Wołominie kryje dziś grób Mariana Klepackiego. Spoczął tam w 1999 roku, mając 52 lata. Obok niego, w pamięci rodzin i w policyjnych archiwach, pozostaje cień jego syna – Jacka Klepackiego, ps. Młody Klepak, który zginął zastrzelony 17 sierpnia 2002 roku w restauracji „Okoń” w Mikołajkach. Głównym podejrzanym w tej sprawie był Andrzej Tyburski, ps. Tyburek – ten sam, który przez lata ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości.
Ludwik Adamski, Lutek, spoczął w nieznanym miejscu. Oficjalnie był właścicielem pralni. Nieoficjalnie – jednym z najgroźniejszych polskich gangsterów swojej epoki.
Miejsce po Gamie przy Wolskiej 38 już dawno przestało istnieć. Budynek zmienił wygląd, funkcję, przeznaczenie. Ale dla tych, którzy pamiętają, dla policjantów, prokuratorów, dziennikarzy śledczych, ta adres wciąż przywołuje obrazy: woda mieszająca się z krwią, pociski tkwiące w ścianach, trupy w garniturach leżące wśród stolików.
31 marca 1999 roku był dniem, w którym polskie gangsterskie podziemie pokazało swoje najgorsze oblicze. Był dniem, w którym apogeum porachunków osiągnęło punkt krytyczny. Był dniem, po którym nic nie mogło już być takie samo.
Gang wołomiński przestał istnieć jako zorganizowana struktura. Jego miejsce zajęły nowe grupy, nowi ludzie, nowe zasady. Ale legenda – krwawa, brutalna, niepokojąca – pozostała.
Wciąż czeka na swojego kronikarza. Wciąż kryje tajemnice, których nikt do końca nie wyjaśnił.
Fot. wikipedia.org