Miłkowice-Maćki. Dlaczego zamordował proboszcza?

Godzina 7.40. W niewielkim drewnianym kościele, pamiętającym czasy carskie, wierni coraz niecierpliwiej spoglądają na drzwi zakrystii. Ksiądz Tadeusz nigdy się nie spóźniał. Codziennie o 7.30 odprawiał mszę świętą, nawet gdy musiał ją odprawić tylko dla kilku najstarszych babć. Tego poranka ławki pozostają puste w części przeznaczonej dla wiernych. W ołtarzu nikogo.

Kościelny krząta się nerwowo przy zakrystii, zerka na drogę prowadzącą do plebanii. Wreszcie decyduje się wyjść przed świątynię. Na szczęście dostrzega przechodzącego Tomasza Zaleskiego, parafianina, którego zna od lat.

– Czy ksiądz już wyszedł? – pyta, choć sam zna odpowiedź.

Zaleski, mężczyzna po pięćdziesiątce, od razu wyczuwa, że dzieje się coś złego. Wiedział, że proboszcz choruje na cukrzycę. W głowie pojawiła się czarna myśl: może śpiączka? Może upadek? Pobiegli pod plebanię.

Miłkowice-Maćki. „Leżał na podłodze. Ręce rozłożone na kształt krzyża”

Drzwi wejściowe były zamknięte. Ani śladu włamania, żadnych wybitych szyb. Wszystko wyglądało normalnie, może zbyt normalnie. Okna na parterze – zasłonięte. Przeszli na tył budynku. Tam, od strony ogrodu, znajdowało się okno kuchenne.

Tomasz Zaleski wspiął się na palce, chwycił framugi i zajrzał do środka.

To, co zobaczył, zamroziło mu krew w żyłach.

– Boże kochany! – krzyknął, odsuwając się gwałtownie od szyby.

Na podłodze kuchni leżał ksiądz Tadeusz. Leżał na wznak, z ramionami rozrzuconymi na boki – tak, jakby konając, przybrał postać ukrzyżowanego. Wokół ciała kałuża krwi, która zdążyła już sczernieć. Usta proboszcza zaklejone były szeroką, srebrzystą taśmą klejącą .

– Miał na sobie ubranie, nie piżamę. To znaczyło, że nie spał, że wpuścił kogoś wieczorem i już nie odszedł od stołu – relacjonował później Zaleski, wciąż nie mogąc opanować drżenia głosu .

Natychmiast wezwano policję. W ciągu godziny niewielką plebanię otoczyły policyjne radiowozy, a funkcjonariusze w kombinezonach zabezpieczali ślady. Wójt, sąsiedzi, rodzina zmarłego – wszyscy zbiegli się pod kościół, tworząc milczący, oszołomiony tłum. W powietrzu wisiało jedno pytanie: kto i dlaczego zamordował księdza?

Ksiądz Tadeusz Krakówko przyszedł na świat 29 listopada 1955 roku w miejscowości Krakówki-Zdzichy, kilka kilometrów od Miłkowic. Był dzieckiem tej ziemi, choć droga do kapłaństwa wiodła go przez technikum w Czartajewie, służbę wojskową, pracę w Grodzisku i krótki epizod nauczycielski. Do seminarium w Drohiczynie wstąpił późno, mając już za sobą doświadczenia, które kształtują charakter. Święcenia kapłańskie przyjął w 1986 roku z rąk biskupa Władysława Jędruszuka .

Przez dziesięć lat pracował w Szmurłach koło Brańska. Tam zapamiętali go jako gospodarnego proboszcza, który nie bał się pracy fizycznej. Ale dopiero w Miłkowicach-Maćkach, dokąd trafił w sierpniu 2007 roku, naprawdę odnalazł swój dom.

– Był skromny jak franciszkanin – wspomina ks. Roman Kowerdziej, kolega z seminarium. – Nie miał samochodu. Gdy chciał mnie odwiedzić, prosił o podwózkę albo szedł pieszo. Na plebanii nie trzymał gospodyni. Sam gotował, sam robił przetwory z owoców z własnego ogrodu, sam hodował pawie, które przechadzały się po podwórku .

Parafianie pokochali go za coś jeszcze: za to, że nie wtykał nosa w nieswoje sprawy.

– Na pierwszej mszy powiedział wyraźnie: „Nie jestem ministrem, nie będę z wami rozmawiał o polityce. Jeśli chcecie rozmawiać o parafii, o wierze, o problemach – zapraszam zawsze” – opowiada Tomasz Zaleski. – I rzeczywiście: do księdza można było przyjść o każdej porze. Nawet późnym wieczorem. Wpuszczał, sadzał przy stole, parzył herbatę, wyciągał ciasto .

Sąsiedzi mieli zwyczaj zerkać wieczorami w okna plebanii. Jeśli na dole paliło się światło – znaczyło, że ksiądz krząta się po kuchni. Jeśli na piętrze – czyta książki. To był rytuał, który dawał poczucie bezpieczeństwa. Wszyscy mieli „na oku” swojego proboszcza. Wszyscy czuwali. A jednak tej nocy nikt nic nie słyszał .

Niedziela, 1 marca 2009 roku, była pierwszym dniem Wielkiego Postu. Ksiądz Tadeusz odprawił Gorzkie Żale, poprowadził nabożeństwo, celebrował Eucharystię. Mówił o nawróceniu, o potrzebie przemiany serca. Wierni rozeszli się do domów przejęci powagą rozpoczynającego się okresu pokuty.

Około godziny 22.00 na plebanii rozległ się dzwonek domofonu.

Za drzwiami stał Artur K., 23-letni mieszkaniec wsi. Kiedyś był ministrantem, znał rozkład pomieszczeń, wiedział, gdzie proboszcz trzyma pieniądze. Towarzyszył mu Robert T. z sąsiednich Miłkowic-Janków.

Ksiądz otworzył, choć późna pora go zdziwiła. Artur K. zaczął mówić o swoich problemach rodzinnych, o rozwodzie, o życiowych trudnościach. Prosił o rozmowę. To był sprawdzony pretekst – ksiądz przecież zawsze przyjmował .

Gdy znaleźli się w środku, atmosfera nagle się zmieniła. Artur K. wyciągnął zaostrzony śrubokręt. Grożąc nim, kazał proboszczowi położyć się na podłodze. Robert T., widząc obrót spraw, spanikował i wybiegł z plebanii. Zostawił kolegę samego z ofiarą .

Artur K. przeszukał portfel księdza. Znalazł około tysiąca złotych. To mu nie wystarczyło.

– Gdzie są reszta pieniędzy? – krzyknął.

Ksiądz Tadeusz odpowiedział, że więcej nie ma. Wtedy padł pierwszy cios – śrubokręt wbił się w plecy duchownego. Z bólu i przerażenia proboszcz wyjawił, że w sejfie znajduje się koperta. Było w niej około 8 tysięcy złotych i kilka cennych monet. Artur K. zabrał wszystko .

Logika podpowiadałaby, żeby uciekać. Ale napastnik wiedział, że ksiądz go rozpoznał. Nie mógł zostawić świadka.

– Pytałem, gdzie jest kuchnia, bo chciałem wziąć nóż. Stwierdziłem, że nie warto księdza zostawić przy życiu, żeby mnie nie wydał policji – zeznawał później w śledztwie, z zimną krwią odtwarzając tok swojego rozumowania .

Kazał duchownemu wyjąć z szuflady kuchenny nóż i podać sobie. Potem zgasił światło. W ciemności zadał kilka ciosów w klatkę piersiową. Celował w serce. Nie pamiętał, ile razy uderzył. Był pijany .

Przed wyjściem zakleił księdzu usta taśmą, by stłumić ewentualne krzyki – ale krzyków już nie było. Zamknął drzwi na klucz i odszedł w noc .

Artur K. nie uciekał daleko. Spotkał się ze znajomymi. Za skradzione pieniądze kupili wódkę i jedzenie. Urządzili libację – coś na kształt makabrycznego grilla, który przeciągnął się do późnych godzin. Niektórzy z biesiadników wiedzieli, skąd pochodzą pieniądze. Nikt nie powiadomił policji .

Gdy następnego dnia ciało odkryto, a śledztwo ruszyło pełną parą, Artur K. i Robert T. próbowali ukryć się w sąsiednim województwie. Policjanci zatrzymali ich szybko. W śledztwie aresztowano łącznie sześć osób – część za paserstwo, część za niepowiadomienie o zbrodni, część za pomoc w zacieraniu śladów .

Artur K. przyznał się do winy. Mówił, że żałuje. Ale śledczy zwracali uwagę na coś, co mroziło krew żyłach bardziej niż same zeznania: po wyjściu z plebanii, gdyby tylko nie wyrzucił kluczy, chętnie wróciłby po więcej łupów. Żałował nie śmierci człowieka, ale tego, że nie zdążył zabrać wszystkiego .

Proces toczył się przed Sądem Okręgowym w Białymstoku. Prokurator żądał dla Artura K. dożywocia, argumentując, że zabójstwa dokonano z premedytacją i w okrutny sposób.

– Ostatnie chwile życia ksiądz Krakówko przeżył w przeświadczeniu, że zaraz je utraci – mówił oskarżyciel, podkreślając brak skruchy sprawcy i jego lekceważący stosunek do norm społecznych .

Obrońca Artura K. wnioskowała o łagodniejszy wyrok. Wskazywała na młody wiek oskarżonego, trudne dzieciństwo pozbawione właściwych wzorców, przebyte leczenie psychiatryczne. Sam Artur K. w ostatnim słowie przeprosił rodzinę zamordowanego .

11 lutego 2010 roku sąd ogłosił wyrok: 25 lat pozbawienia wolności dla Artura K. Pozostali oskarżeni usłyszeli wyroki od pół roku do półtora roku więzienia, część w zawieszeniu .

Dziś plebania w Miłkowicach-Maćkach stoi cicha. Nowy proboszcz odprawia msze, parafianie modlą się w tych samych ławkach. Ale w okolicy wciąż żywa jest pamięć o księdzu Tadeuszu – człowieku, który nie miał samochodu, nie gonił za pieniędzmi, a wieczorami hodował pawie i czekał na tych, którzy potrzebowali rozmowy.

Jego droga krzyżowa rozpoczęła się po powrocie na plebanię w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu. I choć zabójcy ponieśli karę, w sercach mieszkańców pozostaje pytanie, na które żaden wyrok nie odpowie: jak to możliwe, że ktoś, kogo ksiądz wpuścił do domu z ufnością, odpłacił mu w ten sposób? .

W małych społecznościach rany goją się latami. A wiatr wiejący od strony pól w Miłkowicach-Maćkach wciąż szepcze historię o dobrym księdzu, który miał jedno nieszczęście – otworzył drzwi komuś, kogo znał.

JK, JF

W tekście wykorzystano materiały archiwalne Polskiej Agencji Prasowej, doniesienia „Gazety Współczesnej”, „Kuriera Porannego” oraz reportaż radiowy Włodzimierza Filipowicza „Zabójstwo na plebanii” z 2010 roku. *

Fot. drohiczynska.pl