Mord w małopolskim „Socjalu”

Podchodząc do nich, wywijał trzymanymi w dłoniach ostrzami. Na nieoświetlonym w tym miejscu korytarzu świstały jak kindżały. Wyglądali jak marionetki i trudno było się zorientować najpierw, który z nich jest ten zły. Jeden nacierał, drugi używał w obronie rąk i dłoni. Gdy mógł, również kopał przeciwnika. Oto mord w małopolskim „Socjalu”.

Z różnych przyczyn trafili do budynku socjalnego w miejscowości oddalonej od Krakowa o około 20 kilometrów. Budynek był piętrowy, i tylko dlatego, że od miejscowych władz otrzymali tam lokum, nie wylądowali ulicy. Barczysty Łucjan, niezbyt wysoki Rafał i o subtelnej budowie ciała Agata. Wszyscy w wieku około 40 lat, o podobnym, zawodowym wykształceniu i z podobną również przeszłością; podejmujący się zazwyczaj prac dorywczych.

– Nie miał wyuczonego zawodu – charakteryzowali Łukasza ci, którzy go dobrze znali. Nigdy nie był karany, nie założył rodziny. – Nie miał też dzieci – dodawano.

– Z powodu złego zachowania jakiś czas temu jego bliscy wymeldowali go z rodzinnego domu – ustalali potem śledczy, nie precyzując jednak, na czym to złe zachowanie miało polegać.

Nikt nie przypuszczał, że będzie mord w ośrodku

Rafał miał trójkę pełnoletnich dzieci. Dwójka z nich mieszkała na swoim, młodszy natomiast, razem z ojcem, w tym właśnie domu socjalnym.

Agata uchodziła za narzeczoną Rafała, choć często widywano ją w towarzystwie Łucjana.

Wszyscy mieszkańcy tego domu socjalnego znali się i często spotykali. Kilkanaście pomieszczeń w tym budynku to głównie pojedyncze pokoje wypełnione po sufit tym, czego każdy dorobił się w życiu. Zazwyczaj było tego niewiele: najczęściej kilkuletni stary, kolorowy telewizor, jakby z demobilu, kilka luźnie porozstawianych zużytych starych półek, równie sfatygowana szafa, stary tapczan i leciwy stół, zawsze z dwoma krzesłami, równie starymi, jak i wszystko pozostałe, co się tam znajdowało. W rogu każdego pomieszczenia była również umywalka.

„Socjal” usytuowano naprzeciw urzędu miejskiego, po drugiej stronie przechodzącej przez miasteczko ulicy. Lokalizacja nie była przypadkowa. Chodziło o to, by łatwiej doglądać i kontrolować tych, którzy tu zamieszkiwali. Na korytarzach rzadko świeciło się światło. Najczęściej wykręcano i kradziono żarówki, gdyż każdy z zewnątrz mógł tutaj swobodnie wejść. Drzwi wejściowe stały zazwyczaj otworem, również nocą, przez co po spowitych mrokiem korytarzach, nawet w dzień, strach było chodzić. Wspólna ubikacja, łazienka na piętrze oraz kuchenka dostępne były dla każdego, nawet dla przechodniów.

– Budynek nie cieszył się zbyt dobrą opinią – wspominano. – Awantury, pijaństwo, a zdarzały się również rozboje…

– Trudny teren jednym słowem – opisywano w komisariacie.

Jedna rodzina…

– Łucjan i Agata często odwiedzali mego ojca – zeznawał potem syn Rafała. – Denerwowałem się, gdy do nas przychodzili.

Wpadał również wuj Agaty.

– Wchodzili i nawet nie pukali, tylko od razu pakowali się do środka.

To były częste i niezapowiedziane wizyty, bo takie tu zawsze panowały zwyczaje. Pokój, w którym mieszkał Rafał z synem był mały. Tapczan, szafki, umywalka, stolik, i telewizor…

Rafał musiał znosić wszelkie anse, jakie Agata czyniła jego ojcu.

– Przyzwyczaiłem się – dodawał potem. – Gdy zaglądali tu, zawsze było głośno i to do późnych godzin nocnych, a ja pragnąłem snu i spokoju. Nie miałem tu swojego konta, ale chciałem być z ojcem, bo go kochałem.

– Głośno bywało w całym budynku – przypominano.

– Interweniowaliśmy często, i to w różnych sprawach – dodawali policjanci.

Musieli interweniować, bo wszyscy żyli tu jak w jednej, wielkiej rodzinie…

– Bałem się o ojca, by mu się nie przydarzyło jakieś nieszczęście – dodawał syn Rafała.

Na saksach

– Tamtego dnia było równie wesoło – przypominał tragiczne wydarzenie syn Rafała.

Gadano, popijano, snuto plany, gdyż od pewnego czasu cała trójka pozostawała bez pracy.

– Trzeba pojechać za granicę – uznali w końcu goście Rafała, kiedy sobie dobrze popili. – Choćby gdzieś na trzy miesiące!

Lecz od razu zrobił się problem.

– Ja zostanę – uznał w końcu Rafał, choć ustalili początkowo, że za robotą do Niderlandów wszyscy ruszą razem. On po namyśle jednak zmienił zdanie. – Syna nie zostawię – tłumaczył.

Jak poszło tym, którzy w połowie kwietnia 2017 roku zdecydowali się wyjechać do kraju tulipanów?

– Różnie, chyba… – stwierdzali potem funkcjonariusze. – A przynajmniej nie tak, jakby sobie tego życzyli. Tam trzeba było wstawać skoro świt, co stanowiło nie lada wyzwanie. Więc praca przy kwiatach nie zbyt im odpowiadała.

– Przez pierwszy miesiąc utrzymywałam Łucjana, bo mu nie szło jakoś… – opowiadała Agata. – Pracował najpierw przez dwie godziny dziennie, a później zupełnie stracił ochotę i musiałam mu znaleźć inną robotę.

Po następnym miesiącu sytuacja się odwróciła.

– Przez kolejne dni Łucjan utrzymywał Agatę i jej wuja – przypominali funkcjonariusze.

Dokładał się nawet po 20 euro do wspólnego czynszu, który tam musieli płacić, by ich nie wyrzucono.

Obojgu jednak obrzydła ta robota i postanowili wracać do kraju. Prócz wuja kobiety, który pozostał na emigracji.

Jest dług, będzie mord…

– Kupię ci bilet powrotny – oświadczył jej Łucjan na lotnisku w Amsterdamie, gdy sięgając do portfela stwierdziła, że ma za mało pieniędzy, by wracać do kraju samolotem.

– Zwrócę ci po powrocie – obiecała w połowie lipca 2017 roku, gdy już wylądowali w Warszawie.

Ponowiła swą propozycję w budynku socjalnym, gdy byli już na miejscu.

– Wszystko pomiędzy nami zostało załatwione, nic mi nie jesteś winna – uznał, na co się najpierw ucieszyła, lecz nie tak do końca.

Po powrocie ponownie spotykali się w pokoju Rafała i jego syna. Chłopiec znowu nie miał spokoju i nie miał gdzie spać. Z tym że teraz, za wuja, który nadal pozostawał w Niderlandach, dołączył do towarzystwa brat Agaty.

15 sierpnia 2017 roku nie było inaczej, znowu imprezowali…

– Miałem już dość – oświadczył syn Rafała. Chciał nawet rozgonić całe to towarzystwo. – Wynoście się, chcę spać! – krzyczał.

Nikt nie zareagował, nawet jego ojciec.

– Co, ty?… – w końcu odezwała się Agata.

– No wiesz? – dołożył od siebie Łucjan.

I towarzystwo nadal bawiło się w najlepsze.

Następnego dnia ojca ruszyło jednak sumienie.

– Będziemy się spotykali gdzie indziej – oznajmił synowi.

Jednoosobowy pokój po skosie korytarza, podobny do innych, należał do Władysława, ich rówieśnika, wysokiego i barczystego mężczyzny.

– Umówieni jesteśmy wieczorem – od rana 17 sierpnia 2017 roku Rafał przypominał Agacie, że około godziny 21 spotykają się u Władka.

– Czy Łucjan wiedział o tym spotkaniu? – zastanawiali się funkcjonariusze. – Chyba nie, skoro wydarzyło się to wszystko, potem…

Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 7/2022 (tekst Romana Roesslera pt. Mord w małopolskim „Socjalu”). Cały numer do kupienia TUTAJ.

Dodaj komentarz