Napad na księdza. Ksiądz Tadeusz służył w niewielkiej parafii z pokorą, z dala od zgiełku i bez rozgłosu. Lubiano go i szanowano. Hodował pawie, pielęgnował kwiaty, zaskakiwał humorem. Nikt nie przypuszczał, że jego życie zakończy się w tak brutalny i bezsensowny sposób.
Gdy 2 marca 2009 roku nie pojawił się na porannej mszy, jeszcze nikt nie spodziewał się, że drzwi plebanii skrywają mroczną tajemnicę.
54-letni ksiądz Tadeusz w parafii w Miłkowicach-Maćkach w województwie podlaskim, w gminie Drohiczyn, posługiwał od kilkunastu miesięcy. Niedługo, ale zdążył zaskarbić sobie sympatię wiernych. Życzliwy, lecz introwertyczny. Gdy mógł – pomagał, jednak odpoczywać wolał w samotności. Lubił kwiaty i latem to głównie im poświęcał wolny czas. Wśród parafian uchodził za skromnego i cichego, oddanego pracy proboszcza.
Napad na księdza
Od początku posługi kapłańskiej jasno dawał do zrozumienia, że nie zamierza angażować się w politykę, lecz chce skupić się na sprawach Kościoła. Podkreślał wielokrotnie, że ksiądz to nie minister. Jako swoją misję postrzegał wyłącznie służbę duchową. Unikał komentowania bieżących wydarzeń politycznych, nawet gdy pytali o nie wierni. Kościół ma łączyć, a nie dzielić – mawiał. Pracowity i samodzielny. Ze wszystkim sobie radził. Nie potrzebował gospodyni. Duży dom parafialny uważał za zbyt przestronny. Gotował, sprzątał, przy plebanii utworzył nawet małe gospodarstwo: hodował kury, pawie, sadził warzywa. Nie był typem kapłana tylko z modlitewnikiem w ręku, ale człowiekiem, mimo że introwertycznym, to bliskim ludziom. Dlatego bardzo go ceniono. Uśmiechnięty, otwarty, swój. Potrafił słuchać bez oceniania, co sprawiało, że ludzie chętnie zwracali się do niego. Wśród wiernych panowała zgodna opinia, że ksiądz Tadeusz miał talent do wygłaszania poruszających kazań.
Kilka ciosów nożem
W poniedziałek, 2 marca 2009 roku ksiądz Tadeusz nie pojawił się na porannej mszy. Miejscowym wydało się to dziwne, ponieważ do tej pory zawsze uchodził za punktualnego. Nawet gdy źle się czuł, odprawiał nabożeństwa, nie chcąc zawieść parafian. Dlatego jego nieobecność w poniedziałkowy poranek natychmiast wzbudziła niepokój. Ksiądz chorował na cukrzycę, więc ludzie pomyśleli, że gorzej się poczuł lub stracił przytomność.
Kościelny próbował dostać się do środka plebanii, ale drzwi były zamknięte. Zdziwił się, że nikt nie otwiera, ponieważ duchowny rzadko wyjeżdżał. Powiadomił sąsiada rolnika i wspólnie, z użyciem drabiny, zajrzeli przez okno do wnętrza budynku. Zobaczyli w kuchni, obok kredensu, ciało duchownego z ustami zaklejonymi taśmą. Co prawda krew nie płynęła charakterystyczną strużką znaną z kina sensacyjnego, ale ksiądz nie dawał oznak życia.
Wkrótce na miejsce przyjechała policja i niemal natychmiast stwierdziła, że księdza zamordowano. Oprócz ust zaklejonych taśmą na ciele ofiary zauważono kilka ran kłutych. Znaleziono pusty portfel i opróżnioną kasę pancerną. Motyw sprawcy wydawał się jasny. Mimo że proboszcz nie należał do osób zamożnych – nawet nie miał samochodu – padł ofiarą przestępstwa na tle rabunkowym. Wieść o śmierci księdza rozeszła się błyskawicznie. I nie ma co się dziwić – dotąd takie rzeczy mieszkańcy maleńkiej wsi widywali tylko w telewizji.
Ministrant z problemami
Kościół i plebanię wyposażono w alarm. W związku z tym włamywacz raczej nie miałby szans przejść niezauważony. Wyglądało na to, że ksiądz musiał otworzyć drzwi, czyli znał sprawcę. Nie znaleziono śladów włamania, a wierni solidarnie stwierdzili, że ksiądz nie wpuszczał obcych do domu.
Szukanie zabójcy od razu skoncentrowało się na miejscowych chuliganach, znanych policji z przysklepowych bójek. Jednym z nich był Artur, kiedyś epizodycznie ministrant, a potem facet, o którym raczej nikt nie miał dobrego zdania. Ślad okazał się strzałem w dziesiątkę, prowadzącym jak po sznurku do prozaicznej przyczyny ogromnego nieszczęścia.
Napad na księdza
Ludzie wiedzieli, że jak Artur – nazywany „Groszkiem” – sobie wypije, staje się agresywny i zdolny do wszystkiego. Mieszkańcy raczej trzymali się od niego z daleka. Nikt się nie zdziwił, gdy policja zapukała do jego drzwi. Zresztą, od dawna mówiono, że to tylko kwestia czasu, aż chłopak narobi naprawdę dużych kłopotów.
Artur pochodził z patologicznej rodziny, utrzymującej się z prac dorywczych i zasiłków. Już w dzieciństwie sprawiał problemy wychowawcze. Wcześnie sięgnął po alkohol, oszukiwał i awanturował się pod byle pretekstem. Nie znosił sprzeciwu. Gdy zaprawił się procentami, uchodził za nieobliczalnego. Chłopak trafił nawet do szpitala psychiatrycznego, ale po wypuszczeniu odmówił dalszego leczenia. W międzyczasie związał się z kobietą, ale i tutaj emocje wreszcie wzięły górę: dewastował mieszkanie, nie dogadywał się z teściem. Para się rozeszła. Ze związku miał dziecko, na które musiał płacić alimenty. Wydatków nie brakowało, dlatego u Artura z kasą zwykle było krucho. Nie garnął się do pracy na etacie, na spadek również nie miał co liczyć.
Wyjeżdżał za granicę, ale pieniądze, które zarobił, zamiast odłożyć natychmiast topił w kieliszku. Ludzie doskonale wiedzieli, jaki jest, i już nie zwracali na niego uwagi. Jak to w małych miejscowościach: wszyscy się znają i nie chcą problemów. Dopiero gdy Artur nie zamierzał polubownie rozwiązać sprawy wybicia szyb na posesji swojej ciotki, wszczęto wobec niego postępowanie. Reszta uchodziła mu na sucho, łącznie z odsiadką.
„Groszek” całymi dniami włóczył się po wsi ze swoim kumplem Robertem i nagminnie go wykorzystywał. Co rusz wciągał go w kłopoty. Mówił, że jeśli pójdzie do więzienia, to tylko z nim. Robert coraz bardziej czuł ciężar tej toksycznej relacji, ale nie umiał lub nie chciał się od niej uwolnić. Znajomość chłopaków próbowała rozbić matka Roberta, ale na niewiele zdało się przeganianie Artura. W lutym mężczyzna nie stawił się w zakładzie karnym. W końcu… zabił. Mieszkańcy okolicznych wsi zgromadzeni na miejscu tragedii podczas wizji lokalnej głośno domagali się samosądu.
Śmierć dla kasy
Artur na plebanię dostał się albo pod pretekstem rozmowy o swoim rozwodzie, albo kolejnej przysięgi abstynenckiej. Wersje są różne. Ksiądz doskonale znał problem alkoholizmu. Wielokrotnie ubolewał, że ludzie rzadko chodzą do kościoła, nie dają dobrego przykładu i że młodzież coraz częściej szuka w alkoholu ucieczki od problemów. Bardzo go to bolało. Nie wiedział, jak do nich przemówić, jak zachęcić ich do zmiany życia. Czuł, że coś trzeba zrobić, ale nie do końca wiedział co.
Plan się powiódł. Artur z Robertem wieczorem przyszli na plebanię. Chwilę po tym, gdy weszli do środka, Artur wyciągnął zza pazuchy zaostrzony śrubokręt i zaczął nim grozić księdzu. Zabił kapłana, a poplamione krwią ubrania prawdopodobnie spalił.
Niedługo cieszył się wolnością. Policjanci w związku z zabójstwem księdza bardzo szybko zatrzymali sześć osób, w tym Artura i Roberta. W tej grupie było czterech mężczyzn i dwie kobiety, w wieku od 21 do 38 lat. Artur do wszystkiego się przyznał i opowiedział o przebiegłym planie, w którym stawką było życie.
Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa Wydanie Specjalne 4/2025 (tekst Miłosza Magrzyka pt. Napad na księdza). Cały numer do kupienia TUTAJ.