Napadł na partnerkę i dzieci z nożem w ręku

Usłyszała uderzenie kamieniem w szybę i dźwięk rozbitego szkła. 8-letnia Asia, która spała z matką w jednym łóżku, znieruchomiała. Kiedy wychyliła głowę spod kołdry, zobaczyła swego ojca z nożem w ręku. Krzyknęła „ratunku”, budząc śpiącą w sąsiednim pokoju siostrę, 11-letnią Ewę.

Starsza dziewczynka przybiegła do matki. Obie siostry starały się powstrzymać mordercze zamiary ojca. Asia okrywała matkę własnym ciałem, a Ewa wskoczyła napastnikowi na plecy i gryzła go w ramiona, biła piąstkami. Dla potężnego mężczyzny te dolegliwości były jak ukąszenie muchy. Z zaciekłością uderzał nożem w ciało bezbronnej kobiety, dusił ją. Na początku błagała go, aby nie osierocał ich dzieci, potem osłabła, straciła przytomność.

Zofię B. od śmierci uratowała reakcja starszej córki. Ewa pobiegła do sąsiadki prosząc o wezwanie pogotowia. Kiedy dziewczynka wróciła do matki, ta leżała w kałuży krwi. Oprawca siedział nieruchomo obok swej ofiary i powtarzał: „Poczekam do końca, aż się, kur…, wykrwawisz”. W czasie nieobecności córki ukradł leżący na stole portfel kobiety z kartą do bankomatu.

Zawsze wracała

45-letnia Zofia B. od kilkunastu lat pozostawała w nieformalnym związku z Michałem S. Kiedy zdecydowali się na wspólne życie, oboje byli po „przejściach”. Ona po rozwodzie wychowywała samotnie córkę, jego ścigano za niepłacone alimenty. W nowym związku para przysięgła sobie, że nic ich nie rozłączy. Nie chcieli zakładać ślubnych obrączek. Uważali, że ich miłość nie potrzebuje formalnego potwierdzenia.

Kilka lat później dorastającej córce Zofii B. z pierwszego małżeństwa przybyły przyrodnie siostry: Asia i Ewa. Wszyscy mieszkali w rodzinnym domu matki dziewczynek. Michał S. pracował jako kierowca, jego partnerka była kelnerką w dworcowej kawiarni, czynnej całą dobę. Ta okoliczność bardzo przeszkadzała mężczyźnie. Uważał, że koło północy w lokalu schodzą się różni wykolejeńcy i na pewno zaczepiają jego kobietę. Wpadał do kawiarni niezapowiedziany i szukał okazji do awantury. Nie pomagało tłumaczenie, że nie jest to bar trzeciej kategorii, gdzie klient może się spoufalać z kelnerką, że nie ma tam mowy o wulgarnych zaczepkach. Zresztą, Zofia B.
nie pozwoliłaby na to.

Nic nie było w stanie go uspokoić. Poproszony o opuszczenie lokalu wracał do domu i rozdygotany czekał do rana na konkubinę. Kobieta rzadko miała szansę na odespanie zarwanej nocy. Awanturujący się godzinami partner dręczył ją podejrzeniami, w powietrzu fruwały wyzwiska, w końcu, na oczach dzieci, dostawała w twarz. Dla świętego spokoju przyznawała się, że jakiś klient uśmiechnął się do niej, gdy odbierała zlecenie. Obiecywała, że to się nie powtórzy.

Najpierw się awanturował, potem przyszedł z nożem

Najstarsza córka miała dość tych awantur. Kiedy tylko osiągnęła pełnoletność, wyprowadziła się z rodzinnego domu. Kilka lat później, na rozprawie Michała S. oskarżonego o usiłowanie zamordowania Zofii B., zeznała, że partner matki notorycznie ją zdradzał i podejrzewa, że matka rewanżowała się konkubentowi tym samym.

Sąd nie dociekał, jak było naprawdę – dla postępowania procesowego liczył się fakt kilkukrotnej ucieczki pokrzywdzonej z domu, gdy kochanek groził jej nożem. Zawsze wracała, a on ją przepraszał na kolanach.

W ostatnim czasie awantury o rzekomą zdradę bardzo się nasiliły. Zofia B. przestała się łudzić, że będzie dobrze. Po kolejnej karczemnej awanturze złożyła w prokuraturze zawiadomienie o znęcaniu się nad nią przez życiowego partnera. Doszło do procesu. Michał S. został skazany na 2 lata pozbawienia wolności w zawieszeniu. Nie zmienił się, więc założyła niebieską kartę dla rodzin maltretowanych. Policyjny psycholog skierował ofiarę i jej prześladowcę na terapię koordynowaną przez zespół interdyscyplinarny. Miało to pomóc skonfliktowanej parze w rozwiązaniu ich problemów. Nie pomogło, bo S. nie uznawał takiej terapii, w ogóle nie widział problemu w jego stosunku do partnerki. Zofia natomiast nie była psychicznie gotowa na sugerowane jej radykalne rozwiązanie: rozstać się z damskim bokserem, wystawić mu walizki na próg.

***

W ostatniej kłótni, która zdarzyła się miesiąc przed jego wtargnięciem przez okno, poszło o SMS-y w telefonie kelnerki. Nie chciała dać mu PIN-u do swej komórki. Oskarżył ją, że ukrywa korespondencję z kochankiem. W rzeczywistości były to skargi do koleżanki, że nie ma w domu spokoju. Radziła się, co robić. Wybuchła awantura. Kiedy Michał przyłożył jej nóż do szyi, padła przed nim na kolana, błagała o życie.

Nie zabił, dał się udobruchać. Przez kilka dni był spokój. Zgodził się na jej warunki: nie będzie jej śledzić, kontrolować z kim rozmawia przez telefon, zamykać w domu. Uświadomiła mu, że musi pracować, nie wyżyją z jego pensji. Jako kierowca zarabiał 2,5 tys. zł, z czego komornik odciągał jedną trzecią na alimenty.

Michał S. przestrzegał honorowej umowy przez tydzień. Ale którejś nocy, gdy miała zmianę, znów wtargnął do kawiarni. Było tuż przed godziną 24, przy stolikach ani jednego klienta. Personel już wyszedł do domu, tylko Zofia B. została na gospodarstwie.

– Kiedy stanął w drzwiach – zeznała w sądzie – z obłędem w oczach, pianą na ustach, skuliłam się za bufetem. Pomyślałam: nade mną jest kamera, zarejestruje, jak umieram. Tylko cud może mnie uratować: gdyby Pan Bóg zesłał anioła w postaci zabłąkanego amatora gorącej kawy.

Z nożem przy szyi

Niestety, nic takiego się nie zdarzyło. Michał S. sięgnął po leżący na blacie nóż do krojenia pizzy i przeskoczył z nim na drugą stronę bufetu. Uderzył konkubinę pięścią w głowę. Upadła, na chwilę straciła przytomność. Zagroził, że jeśli nie poda mu PIN-u do komórki, to „ją zaje…”.

Nie miała sił, aby się podnieść i sięgnąć do torebki po telefon. Leżała bezwładnie na podłodze, a on ją kopał, gdzie popadło. Krzyczał, że jest kur… i zaraz ją zaszlachtuje. Zrzucił jej na głowę pizzę wraz z talerzem.

Po chwili rozpłakał się, nóż wypadł mu z ręki. Pomógł jej się podnieść. Odblokowała swój telefon, zapisała mu hasło. Wspólnie przejrzeli w aparacie jej kontakty. Przekonał się, że tej nocy nie mógł się do niej dodzwonić, gdyż rozmawiała długo z właścicielem kawiarni, który miał do swej pracownicy służbową sprawę. Michał S. kajał się, stokrotnie przepraszał, zapewniał, że bardzo kocha i już nigdy nie podniesie na nią ręki. Zastosował emocjonalny szantaż:

– Jeśli się nie pogodzimy – uprzedził kochankę – ja się powieszę.

***

Udało się wyprowadzić go na zewnątrz, gdzie zaparkował samochód. Poczekała, aż włączy silnik i odjedzie w kierunku domu. Dopiero, gdy wróciła do pustej kawiarni, puściły jej nerwy. Musiała się wypłakać, a potem wszystko przemyśleć. Rano zatelefonowała do przyjaciółki z pytaniem, czy mogłaby na kilka tygodni przeprowadzić się z córkami do jej niezamieszkałego domu.

Zrób to od razu – usłyszała – bo znów się rozmyślisz.

Tym razem nie wahała się. W czasie, gdy Michał S. był w pracy, opuściła dom swoich rodziców.

Użyczony pokój był na parterze. Młodsza córka Asia bała się nocy. Okryta kołdrą po czubek włosów spała z matką. Kiedy Michał S. o świcie podglądał śpiącą konkubinę przez okno, był przekonany, że obły kształt na łóżku, to jej nowy kochanek. Rzucił w szybę kamieniem…

Zaatakował ją z nożem w ręku. Chcesz wiedzieć jak zakończyła się ta historia? Sięgnij po Detektywa 3/2022 (tekst Heleny Kowalik pt. „Będę tu siedział aż ona umrze”). Cały numer do kupienia TUTAJ.