Nieuzasadniona kara śmierci. Poznaj szczegóły

Akta tej starej sprawy otwiera notatka z 17 grudnia 1986 roku, z której wynika, że w domu w Swoszowicach, na obrzeżach Krakowa, znaleziono zwłoki dwóch mężczyzn. Sprawca przeciął kabel telefoniczny, by opóźnić wezwanie śledczych, ale to było chybione działanie z jego strony. Zaskakujące było za to odkrycie, że zbrodniarz zabrał z lodówki porcję boczku, który zjadł na miejscu. Widać zabójstwo wywołało u niego wilczy głód.

Na gorąco starano się odtworzyć przebieg zbrodni. Okazało się, że najpierw od ciosów noża w brzuch zginął 73-letni Józef W., potem śmierć poniósł zraniony w szyję jego 45-letni syn, Jan W. Starszy z panów, gdy odkryto jego zwłoki, miał na sobie kalesony, koszulę i sweter. Na ubraniu zauważono ułamane i zakrwawione ostrze noża, zapewne fragment narzędzia zbrodni. Młodszy z zabitych był nagi. Wnioskowano, że zabójca wtargnął do ich domu, gdy spali.

Zabici byli majętni. Mieli dom, szklarnie, kurniki. Od pewnego czasu do ich gospodarstwa były włamania, ale tego nie zgłaszali. Posiadali w obejściu olbrzymiego psa rasy dog arlekin, który ostrzegawczo szczekał w nocy, ale gdy gospodarz wybiegał, by sprawdzić, co się dzieje, nikogo w pobliżu nie widział. Złodziejaszek był sprytniejszy i szybszy. Aż do tamtej grudniowej nocy…

Zwłoki odkryła żona jednego z zamordowanych. Ona pierwsza osobiście zawiadomiła milicję. Funkcjonariusze przybyli z nią na miejsce dramatu i wykonali kawał dobrej roboty. Bez trudu ustalili sposób wejścia zabójcy na posesję i do budynku gospodarzy. Okno na parterze było rozbite, a na podłodze widoczne ślady obuwia. Na zewnątrz odkryto brunatne plamy. To świadczyło o tym, że zabójca był ranny, potem wyjaśniło się w jaki sposób odniósł krwawe obrażenia.

Trzech funkcjonariuszy milicji, z nosami przy ziemi i z odbezpieczoną bronią palną, tropiło każdą kolejną plamkę krwi na śniegu. Przez zaśnieżone o tej porze roku pola dotarli do odległego prawie 2 kilometry domu Stefana i Krystyny M. Kryminalni działali tak szybko, że dopiero po chwili za nimi na miejsce dotarł przewodnik z psem tropiącym. Weszli do środka i ujrzeli młodego człowieka z ranami na głowie i rękach. Śledztwo jeszcze się nie zaczęło, a właściwie już dobiegło końca. Sprawca był w matni. Okazało się, że to 29-letni Ryszard B., w przeszłości zatrudniony na gospodarstwie u swoich ofiar.

Gdy Ryszarda B. zamknięto w areszcie tymczasowym, skrupulatnie prześwietlono jego drogę życiową. Los nie szczędził mu wielu trudności. Urodził się w 1958 roku, w Ostrowie Wielkopolskim, pod Poznaniem. Ojciec zniknął, gdy chłopak miał 6 lat. Potem okazało się, że wyjechał do Wrocławia i założył tam drugą rodzinę.

Matka Ryszarda przeżyła obóz koncentracyjny KL Auschwitz. Po wojnie leczyła się w sanatoriach, ale ostatecznie zmarła na zapalenie płuc, gdy chłopak skończył 11 lat. Jeszcze przed jej śmiercią Ryszard, w 1967 roku, trafił do Domu Dziecka w Pleszewie. Ojca nie było, matka nie domagała, więc Ryszardem zajęły się służby państwa. W tamtych latach to nie było przyjazne miejsce. Dyrekcja wystawiła mu raz niepochlebną opinię. Pisała, że chłopak ma skłonności do włóczęgostwa, często ucieka z placówki i jako powód podaje „chęć poznania kraju oraz szukanie przygód. Uczeń słaby, ulega wpływom innych, zepsuty, rozbudzony erotycznie” – opisano go w jednym z raportów.

Ryszard uciekł raz do Katowic, gdzie na dworcu dobierał się do niego pedofil. Sprawę jednak umorzono, choć chłopak miał ledwie 14 lat. Uznano, że dobrowolnie spotkał się z przestępcą seksualnym i poszedł z nim do bramy w wiadomym celu. W placówce opiekuńczej Ryszard B. pozostawał do 18. roku życia. Już jako pełnoletni dostał skierowanie do Ochotniczego Hufca Pracy w Nowym Targu na Podhalu i pracował w tamtejszych zakładach skórzanych. Pracował 6 miesięcy, potem został zwolniony i, w 1976 roku, udał się do Krakowa. Na krakowskim Kleparzu bogatsi gospodarze zwyczajowo szukali taniej siły roboczej i Ryszarda do pracy wziął majętny rolnik spod Proszowic.

Rysiek wytrzymał u niego 2 lata. Robotę z własnej woli porzucił na początku 1978 roku. Potem ruszył przed siebie bez celu i pieniędzy. W pociągu, do którego wsiadł, skradł kobiecie torebkę i natychmiast wpadł. Prokurator wsadził go za kratki na pół roku. Kryminalny incydent skończył się dla Ryszarda B. wyrokiem roku odsiadki w zawieszeniu na 5 lat. Na wolność wyszedł jesienią 1978 roku. Wrócił w dobrze znane mu miejsce, czyli szukać pracy najemnej na krakowskim Kleparzu.

Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 2/2024 (tekst Marcina Grzybczaka pt. Nieuzasadniona kara śmierci). Cały numer do kupienia TUTAJ.

Dodaj komentarz