Nikifor Maruszeczko: kto mnie pożegna?

Nikifor Maruszeczko – alkoholik, który w pijackim amoku strzelał, nie zastanawiając się. Zamordował dwóch policjantów, wdawał się też w regularne strzelaniny ze stróżami prawa. I to wszystko w ciągu kilku miesięcy. Dzisiaj trochę zapomniany, w okresie międzywojnia był jednym z najbardziej znanych bandytów.

W sobotę 15 stycznia 1938 r. około godziny 22.40 na placu Wolności w Białej (od 1951 r. części Bielska-Białej), przed hotelem Pod Orłem, posterunkowy Wiesław Miciński ujrzał awanturującego się pijaka. Kiedy zażądał dokumentów, młodzieniec wyciągnął broń i zaczął do niego strzelać. Posterunkowy upadł – jak pisały gazety – trafiony w ucho i w policzek. Dwie kule zraniły go niezbyt ciężko. Posterunkowy skorzystał więc z momentu, gdy bandyta starał się założyć nowy magazynek do rewolweru, rzucił się na niego i zdołał powalić na ziemię – relacjonował „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, najpoczytniejszy wówczas polski dziennik.

Odgłos strzałów zaalarmował właściciela restauracji w hotelu Pod Orłem niejakiego Rączkę, portiera hotelowego Szyndlera oraz przechodzącego akurat robotnika Adamczyka – we trzech rzucili się na pijanego, strzelającego na oślep, bandytę. Kule rozbiły szyby wystawowe pobliskich sklepów. Z pomocą nadbiegł też posterunkowy Góra, który pomógł rannemu policjantowi i obaj – to znów „IKC” – zakuli zbira w kajdany i odprowadzili do komisarjatu Policji Państwowej .

Gdy go ujęto i stracono, miał tylko dwadzieścia pięć lat. Był jednym z najbardziej znanych przestępców okresu międzywojennego. Jego bandyckimi wyczynami, policyjnymi poszukiwaniami, a wreszcie – ; procesem sądowym interesowała się cała Polska. Tymczasem postać to nie tylko okrutna, ale i tragiczna. Modelowy przykład, jak straszne dzieciństwo niszczy psychikę, tworząc z młodego człowieka pozbawionego skrupułów mordercę.

Nikifor Maruszeczko: na przestępczej ścieżce

Nikifor, a właściwie Florian Nikifor Maruszeczko, miał wyjątkowo trudne dzieciństwo. Jego matka Katarzyna Maruszczeko była alkoholiczką i prostytutką, ojca, zapewne jednego z klientów swojej rodzicielki, nigdy nie poznał. Nikt nie zadbał też o wykształcenie chłopca, który ostatecznie edukację zakończył na dwóch klasach szkoły powszechnej.

Szybko opuścił swoją rodzinną wieś Korzenicę, leżącą koło Jarosławia i zaczął zarabiać na życie jako podwórkowy śpiewak i gazeciarz. Wkrótce jednak wdał się w kontakty z szemranym towarzystwem i rozpoczął karierę drobnego złodzieja. Pierwszy raz w ręce policji wpadł w wieku czternastu lat trafiając na kilka miesięcy do poprawczaka. Po jego opuszczeniu, dodatkowo wyuczony w złodziejskim fachu, wyjechał z Polski za granicę. Zwiedził Niemcy, Austrię i Czechosłowację, wszędzie kradnąc i od czasu do czasu wpadając w ręce tamtejszej policji.

Wyroki zasądzane za popełnione przez niego przestępstwa były krótkie – od tygodnia do maksymalnie pół roku, Maruszeczko czuł się więc pewnie i rozwijał swoje złodziejskie umiejętności. W 1937 roku wrócił do kraju. Celem jego bandyckiej działalności (kradzieże i włamania do mieszkań) stał się teraz Śląsk. Podczas wyprawy do Żywca we wrześniu 1937 roku okradł mieszkanie oficera Straży Granicznej, kpt. Biestka. Łupek Nikifora padł wówczas pistolet – Sauer und Sohn kaliber 7,65 milimetra mieszczący 8 naboi. Broń w rękach nie stroniącego od alkoholu i awantur dwudziestoczterolatka stała się wyjątkowo niebezpiecznym narzędziem, który wkrótce posłużył do całej serii brutalnych zbrodni.

Wprawdzie przeżył, ale

26 października 1937 roku Nikifor, w półświatku nazywany „Florkiem”, chciał skorzystać z usług prostytutki Stefanii Pabiszówny na katowickim Placu Kościuszki. Doszło do sprzeczki i szarpaniny. Kobieta, którą Maruszeczko uderzył, zawołała na pomoc Jerzego Rothera (inna pisownia nazwiska to Roether lub Rotter), sutenera doglądającego interesu a jednocześnie policyjnego kapusia.

Gdy alfons przybiegł na miejsce bandyta, który nigdy nie rozstawał się ze skradzionym miesiąc wcześniej pistoletem, wycelował broń i dwoma strzałami zabił niczego nie podejrzewającego Rothera. Spanikowany Nikifor zaczął uciekać natrafiając po drodze na wracającego z pracy woźnego sądowego Antoniego Fornalczyka, do którego także wymierzył lufę pistoletu. Strzały padły dlatego, że Fornalczyk był ubrany w służbowy strój i Maruszeczko był przekonany że woźny jest policjantem. Funkcjonariusz katowickiego sądu cudem przeżył atak bandyty, ale kolejne miesiące spędził w ciężkim stanie w szpitalu.

Po dokonanym zabójstwie życie Floriana uległo diametralnej zmianie – ze złodzieja zamienił się w brutalnego zabójcę. Ze Śląska przeniósł się teraz do Małopolski, najpierw do Myślenic a następnie do Krakowa, gdzie dokonywał napadów na restauracje. 5 listopada, po krótkim pobycie w powiecie wadowickim gdzie także kradł, dokonał napadu na restaurację Kemplera i Hassa. W pościgu za uciekającym Florianem uczestniczył policjant Władysław Junk – na jego nieszczęście, podczas pogoni na ul. Dietla Maruszeczko zdołał odbezpieczyć broń i zastrzelić funkcjonariusza.

Gang

Zabójstwo Junki (tak odmieniano nazwisko w ówczesnej prasie) postawiło na nogi całą Policję Państwową, która poszukiwała teraz mordercy swojego kolegi. Nikifor zdając sobie sprawę, że nie może dalej działać sam dobrał sobie dwóch kompanów – Władysława Sporzyńskiego (występuje także pod nazwiskiem Spażyński) z Bugaja koło Kalwarii Zebrzydowskiej oraz Józefa Kaszewiaka z Warszawy. Gang nie przetrwał jednak długo ponieważ w Tarnawie Dolnej pod Wadowicami policja zastawiła na przestępców pułapkę – w strzelaninie został ciężko ranny Sporzyński, ale Maruszeczko i Kaszewiak zdołali zbiec.

Z okolic Wadowic zuchwali bandyci przenieśli się do Katowic. W nocy z 5 na 6 grudnia dokonali napadu na restaurację państwa Gałuszków w Załężu. Nikifor w pijackiej malignie strzelał na oślep. Ciężko ranna została Wiktoria Gałuszkowa, która później zmarła, jej mąż Józef oraz stały bywalec lokalu Jan Białas. Morderczy duet przeniósł się teraz do Warszawy, Maruszeczko i Kaszewiak zmieniali miejsca pobytu i pseudonimy podając się za: Mariana Sikorę, Stanisława Garleja czy Floriana Sikorę.

Nagroda 1000 zł

Wystawiono za nimi list gończy i wyznaczono nagrodę za ich schwytanie w wysokości 1.000 zł. Podczas nocnego patrolu w rejonie ulic Kruczej i Żurawiej na zabójców natknęli się dwaj stołeczni funkcjonariusze – Franciszek Mazurek i Henryk Bąk. Podczas pościgu doszło do kolejnej tragedii – Bąk został zastrzelony przez bandytów. Przestępcom udało się zbiec. Ze stolicy udali się do Białobrzegów koło Radomia, gdzie znów zostali rozpoznani przez policję ale w strzelaninie, która się wywiązała nikt nie zginął. Do kolejnego starcia między bandytami a funkcjonariuszami doszło pod Szydłowcem, kule raniły wówczas Kaszewiaka, który zmarł w szpitalu w Radomiu oraz woźnicę, który wcześniej został zmuszony przez przestępców do ich podwiezienia. Maruszeczko po raz kolejny zdołał zbiec. Panujące wówczas ciężkie mrozy i znaleziony przez policjantów podziurawiony kulami płaszcz Floriana sugerowały, że morderca zamarzł gdzieś w świętokrzyskich lasach. Nie była to jednak prawda.

Nikifor Maruszeczko: nadszedł kres

Od początku 1938 roku morderca ukrywał się w Białej Krakowskiej i w Bielsku, gdzie dokonał napadu na Spółdzielnię Inwalidów Żydowskich Salomona Ratschlaegera. W nocy z 15 na 16 stycznia w hotelu „Pod Orłem” w Białej Krakowskiej odbywała się zabawa zorganizowana przez lokalny cech krawiecki. W pewnej chwili do budynku weszło dwóch kompletnie pijanych mężczyzn. Pierwszym był fryzjer Jakub (w prasie Jakób) Igiel drugi przedstawiał się jako Staszek.

Ten drugi był wyjątkowo nachalny wobec gości balu, zwłaszcza wobec pań. Nie poskutkowały interwencje portiera Schindlera, rosłego barmana ani właściciela hotelu Franciszka Rączki, wezwano więc policję. Dwaj funkcjonariusze podeszli do pijanych mężczyzn. Posterunkowy Wacław Myciński poprosił Staszka o dokumenty – ten jednak zamiast wylegitymować się sięgnął po broń i zaczął strzelać do policjanta.

Zamroczony alkoholem chybił kilka razy ale dwie kule dosięgły funkcjonariusza raniąc go w twarz i rękę. Chwiejący się na nogach Staszek nie miał żadnych szans na ucieczkę. Dopadli go taksówkarze, którzy parkowali swoje samochody pod hotelem licząc na dobry tej nocy zarobek. Na posterunek odprowadził intruza, mimo odniesionych ran, posterunkowy Myciński. Bandyta miał nie tylko problem z poruszaniem się po wypitym alkoholu. Został także dotkliwie pobity przez taksówkarzy, którzy spętali go powrozem i wymierzyli obywatelską sprawiedliwość.

Na posterunku zapytany o personalia dumny Staszek przedstawił się prawdziwym imieniem i nazwiskiem:

– Jestem Florian Nikifor Maruszeczko – wódka mnie zgubiła!

Z Białej, 17 stycznia 1938 roku przestępca został przetransportowany pociągiem do więzienia w Wadowicach. Eskortującym go policjantom miał ponoć powiedzieć:

Wiem co mnie czeka. Huśtawka, potem grób.

Pierwsza rozprawa, w sprawie zabójstwa policjanta Henryka Bąka odbyła się 22 lutego przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Maruszeczko był na Sali rozpraw spokojny a zapytany czego żałuje, odpowiedział, że śmierci swojego kompana Kaszewiaka. Nikifor mówił, że zabijał bo zgubiła go wódka, (…) strzelał jak głupi, bo stale był pijany.

Żal mi jest osób cywilnych, lecz policjantów wcale mi nie żal, gdyż stale mnie prześladowali.

Po procesie warszawskim Nikifor został przewieziony do Katowic, gdzie miała odbyć się kolejna rozprawa. W związku z brakiem miejsc w tamtejszym więzieniu Nikifora przewieziono do więzienia w Mysłowicach. Przed Sądem Okręgowym, Nikifor odpowiadał za zabójstwo Jerzego Rothera, Walerii Gałuszkowej oraz postrzelenie woźnego Antoniego Fornalczyka. W obu przypadkach zapadły wyroki śmierci. Przeciwko bandycie miały toczyć się jeszcze dwa kolejne procesy – przed Sądami Okręgowymi w Wadowicach i w Krakowie. Jednak w sprawie przestępstw, których oskarżony dopuścił się na tym terenie śledztwo jeszcze trwało i prokurator nie przedstawił aktu oskarżenia. Tymczasem wyroki zatwierdził Sąd Najwyższy a prezydent Ignacy Mościcki odmówił skazanemu prawa łaski. Sporzyński, który stanął przed sądem wspólnie z Maruszeczką został uniewinniony z braku dowodów na jego współudział w przestępstwach.

Nikifor Maruszeczko: trzeba go wyeliminować

Dziennikarz „Gazety Zachodniej” przytaczając sentencję wyroku sądu katowickiego pisał:

Przy wymiarze kary sąd wziął pod uwagę, że oskarżony – jak sam przyznał – kulą rewolwerową usuwał każdego, kto stanął mu na drodze. Jeśli chodzi o warunki życiowe oskarżonego, to nie były one gorsze niż tysięcy ludzi, którzy jednak za broń nie chwytają. Fakt, iż w przeciągu paru miesięcy dopuścił się 5-ciu morderstw dowodzi tak wielkiego nasilenia woli przestępczej, iż zachodzi potrzeba całkowitego wyeliminowania go ze społeczności ludzkiej.

Florian Nikifor Maruszeczko, dwudziestopięcioletni bandyta przed którym drżała cała Polska, seryjny zabójca, zawisł na szubienicy. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1938 roku. Jego ostanie słowa brzmiały: Nie ma mnie nawet kto pożegnać.

Źródło: wck.wadowice.pl, gazeta.policja.pl, wyborcza.pl,

Fot. wikipedia.org