Czy to możliwe, że niewyjaśniony – jak dotąd – upadek nieznanego obiektu latającego do basenu portowego nr 4 w Gdyni był przedmiotem zainteresowania służb specjalnych i wojsk Układu Warszawskiego? A czy możliwe jest, żeby tak nie było?
21 stycznia 1959 roku, o świcie, nad portem w Gdyni coś rozświetliło niebo i z hukiem wpadło do wody. Świadkowie mówili o ognistej kuli, stożkowatym bolidzie, czerwonym talerzu. Państwowe media zareagowały z opóźnieniem, ale służby – błyskawicznie. Wojsko, milicja, naukowcy z Polskiej Akademii Nauk i – jak twierdzą niektórzy badacze – także służby specjalne. Co dokładnie wydarzyło się tego mroźnego poranka i dlaczego ta historia do dziś nosi przydomek „polskiego Roswell”?
Świt nad basenem numer 4
Było kilka minut po godzinie 5 rano, sztormowy wiatr dochodził do 8 stopni w skali Beauforta. W porcie trwała zwyczajna nocna zmiana. Dokerzy pracowali przy rozładunku drobnicowca PLO „Jarosław Dąbrowski”, w kabinach dźwigów walczono ze zmęczeniem kolejną mocną herbatą lub czarną kawą, jeśli była.
Nagle zrobiło się jasno jak w dzień. Na tle czarnego nieba pojawił się niewielki, różowy punkt, który w ciągu sekund urósł do rozmiarów oślepiającej kuli. Świadkowie opisywali obiekt jako walec długości około 4 metrów i średnicy 1,5, rozgrzany do czerwoności, ciągnący za sobą ognistą smugę.
Obiekt przeleciał nad statkiem z przeciągłym, metalicznym zgrzytem, po czym z gwizdem wpadł do basenu 4, w pobliżu Nabrzeża Polskiego. W górę wystrzeliła kolumna wody, nad taflą unosiły się kłęby pary. Po chwili morze znowu było czarne, tylko rozszerzające się kręgi fal zdradzały, że coś właśnie spadło z nieba.
Pierwszy telefon: milicja
W realiach PRL port był strefą newralgiczną – skrzyżowaniem szlaków handlowych, wojskowych i wywiadowczych. Milicja, która w latach 50. XX wieku pełniła rolę zarówno stróża bezpieczeństwa, jak i narzędzia kontroli politycznej, miała w portach swoje etatowe posterunki. Były też, jak w Gdyni, Graniczne Placówki Kontrolne. Każde nietypowe zdarzenie automatycznie stawało się „sprawą bezpieczeństwa państwa”.
Według relacji z tamtych lat pierwsze zgłoszenia trafiły do redakcji „Wieczoru Wybrzeża”, ale równolegle informacja musiała popłynąć służbową drogą z kapitanatu portu do Komendy MO.
Najpierw zgłosił się pracownik portu Jan Blok.
– Ja i pięciu moich kolegów pracowaliśmy w tym czasie w ładowni (…). Ten dźwięk przypominał raczej zgrzyt, powstały na skutek tarcia metali. Miałem wrażenie, że leci prosto na nas – zeznawał.
Tamtej nocy dyżurny zapewne dostał najpierw lakoniczny meldunek: „Niezidentyfikowany obiekt wpadł do basenu, możliwy ładunek z samolotu, możliwa katastrofa techniczna”. Nie używano jeszcze skrótu „UFO” – to określenie pojawi się później, wraz z gazetowymi tytułami. W tym samym czasie gazety bardzo często pisały jednak raczej o „latających talerzach” lub „spodkach”. Termin „UFO” zrobi się w Polsce naprawdę powszechny dopiero od lat 70., wraz z przedrukami tekstów z prasy zachodniej, czy cyklem artykułów Zbigniewa Blani-Bolnara o UFO w „Przeglądzie Technicznym”.
Potem dźwigowy Władysław Kuczyński podał w prasie, że „to coś” było długości około metra, raczej półkoliste niż okrągłe, najpierw różowe, później coraz bardziej czerwieniejące. Woda wytrysła na wysokość 1,5 metra. 23 stycznia do redakcji „Wieczoru Wybrzeża” zadzwonili też Włodzimierz i Jadwiga Płonczkier. Powiedzieli, że o godzinie 6.05 rano zauważyli nadlatujący nad miasto od północnego zachodu talerz. Był duży, koloru pomarańczowego o różowych brzegach. Zawisł nad miastem na kilkanaście sekund.
Bardzo szybko stało się jasne, że to nie będzie zwykła sprawa dla portowego komisariatu.
Chcesz poznać szczegóły historii z 1959 roku. Szczegóły w artykule Jacka W. Brzozowskiego pt. Ognista kula nad Gdynią” w miesięczniku „Detektyw” 2/2026. Kup TUTAJ.