W Teksasie do 2011 roku każdy skazaniec mógł zamówić sobie wymarzone ostatnie danie. Dziś już nie może – i wszystko przez jednego mężczyznę, który zamówił ucztę dla kilkunastu osób, po czym… nawet jej nie tknął. Ale jedzenie to tylko część historii. Prawdziwe pożegnania skazańców to często mroczny teatr, w którym główną rolę grają poczucie humoru, rozpacz, a czasem zwykła głupota.
Wyobraź sobie, że za kilka godzin masz umrzeć. Co byś zjadł? Soczystego steka z krwistym środkiem? A może frytki? A może jednak czekoladowe lody, takie z dzieciństwa? Dla kilkudziesięciu mężczyzn i kobiet w Stanach Zjednoczonych to pytanie nie było abstrakcyjne. Mieli prawo wybrać swój ostatni posiłek. I wybierali… różnie. Czasami tak, że przechodziły dreszcze.
Człowiek, który zabił ostatnią kolację
Historia ostatnich posiłków skazańców ma swoją czarną legendę. Nazywa się Lawrence Russell Brewer.
Brewer był białym suprematystą, skazanym za jedną z najbardziej wstrząsających zbrodni w historii Teksasu – w 1998 roku wraz z dwoma wspólnikami zamordował Jamesa Byrda Jr., czarnoskórego mężczyznę, który wracał pieszo z przyjęcia rodzinnego. Byrd został brutalnie pobity, przywiązany łańcuchem do ciężarówki i przeciągnięty na niej przez prawie pięć kilometrów. Sekcja zwłok wykazała, że przez większość tego koszmaru Byrd wciąż żył.
Gdy we wrześniu 2011 roku nadszedł czas egzekucji Brewera, Teksas – zgodnie z wieloletnią tradycją – zapytał go, co chciałby zjeść na pożegnanie.
To, co zamówił, przeszło do historii.
Menu Brewera wyglądało jak zamówienie dla całej drużyny futbolowej:
- Dwa steki z kurczaka smażone po wiejsku, polane sosem, z cebulą
- Potrójny cheeseburger z bekonem
- Omlet z serem, wołowiną, pomidorami, cebulą, papryką i jalapeño
- Miska smażonej okry z ketchupem
- Trzy fajity z pełnym nadzieniem
- Pizza z mięsami
- Pół kilo mięsa z grilla z pół bochenka chleba
- Pół litra lodów waniliowych
- Kawałek krówki z orzechami
- Trzy piwa korzenne
Gdy strażnicy podali mu to wszystko, Brewer spojrzał na jedzenie… i oznajmił, że nie jest głodny. Nie tknął ani kęsa.
Senator stanowy John Whitmire wpadł w furię. Jak to możliwe, że człowiek skazany za tak bestialską zbrodnię może sobie pozwolić na luksus wyboru jedzenia, którym potem gardzi? – Ofiary nie dostały takiego przywileju – grzmiał Whitmire. W ciągu kilku godzin Teksas zakończył 87-letnią tradycję ostatnich posiłków. Od tamtej pory skazańcy w Teksasie dostają to samo, co wszyscy inni więźniowie. Brewer, nim umarł, zdążył jeszcze powiedzieć: „Nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Zrobiłbym to samo jeszcze raz”.
„French fries” i inne ostatnie słowa
James French został stracony na krześle elektrycznym w Oklahomie w 1966 roku. Był seryjnym mordercą, który… sam domagał się śmierci. Gdy nadszedł ten moment, spojrzał na obecnych i rzucił: „Jak wam się podoba taki nagłówek na jutro: »French fries«?” (gra słów z jego nazwiskiem). Do dziś uważa się to za jeden z najbardziej makabrycznych żartów w historii.
Ostatnie słowo: między „kocham cię” a „pocałujcie mnie w dupę”
Ostatni posiłek to jedno, ale ostatnie słowo? To dopiero pole do popisu. Niektórzy żegnali się jak filozofowie, inni jak rozczarowani klienci restauracji.
Weźmy Thomasa Grasso. W 1995 roku został stracony w Oklahomie za podwójne morderstwo. Jego ostatnie słowa przeszły do historii nie ze względu na skruchę, ale na… rozczarowanie cateringiem. Grasso zamówił na ostatni posiłek m.in. małże, burgery i truskawkowe shake’i. Ale najbardziej zależało mu na Spaghetti-Os – takich małych, okrągłych makaronikach w puszce. Dostał zwykłe spaghetti. Jego ostatnie zdanie przed śmiercią brzmiało: „Nie dostałem moich Spaghetti-Os, dostałem spaghetti. Chcę, żeby prasa to wiedziała”.
Są też tacy, którzy do końca pozostają twardzi. Gary Gilmore, pierwszy człowiek stracony w USA po przywróceniu kary śmierci w 1977 roku, na pytanie o ostatnie słowa odpowiedział krótko: „Let’s do it” („Zróbmy to”). Legenda głosi, że te trzy słowa zainspirowały później slogan Nike – „Just Do It”. I tak oto morderca stoi u podstaw jednego z najbardziej dochodowych haseł reklamowych świata.
John Wayne Gacy, jeden z najbardziej płodnych seryjnych morderców (zgwałcił i zabił co najmniej 33 chłopców i młodych mężczyzn), też nie silił się na finezję. Gdy podawano mu śmiertelny zastrzyk, spojrzał na obecnych i rzucił tylko: „Pocałujcie mnie w dupę”.
Są i tacy, którzy próbują być zabawni. George Appel w 1928 roku, siadając na krześle elektrycznym w Nowym Jorku, miał podobno powiedzieć: „Panowie, za chwilę zobaczycie pieczonego Appla” (kolejna gra słów z nazwiskiem). Niestety, dowcip nie uratował mu życia – zabił policjanta.
Przekaz na wieczność
Inni traktują swoje ostatnie chwile jak manifest. John Spenkelink, stracony na Florydzie w 1979 roku, pozostawił po sobie gorzką refleksję na temat sprawiedliwości: „Kara śmierci – ci bez kapitału dostają karę” – gra słów „capital punishment”. Miał na myśli to, że na śmierć skazywani są głównie biedni, których nie stać na dobrych prawników.
Barbara Graham, stracona w komorze gazowej w Kalifornii w 1955 roku, do dziś budzi kontrowersje. Jej ostatnie słowa: „Dobrzy ludzie zawsze są tacy pewni, że mają rację” – były gorzkim komentarzem pod adresem sędziów i ławy przysięgłych. Do końca twierdziła, że jest niewinna.
A Aileen Wuornos, słynna „potworna” prostytutka-zabójczyni z Florydy (jej historię opowiada film „Monster” z Charlize Theron), przed śmiercią w 2002 roku zaczęła mówić coś, co brzmiało jak scenariusz filmu science fiction: *”Odpływam z rockiem i wrócę jak Independence Day z Jezusem 6 czerwca. Jak wielki statek-matka, wrócę”*. Nie wróciła.
Głód, który przeszedł do historii
Niektórzy jednak podchodzą do ostatniego posiłku zaskakująco… ascetycznie. Victor Feguer w 1963 roku w Iowa poprosił tylko o jedną pojedynczą oliwkę z pestką. Tłumaczył, że ma nadzieję, iż z pestki wyrośnie kiedyś drzewo oliwne – symbol pokoju.
Z kolei Timothy McVeigh, zamachowiec odpowiedzialny za śmierć 168 osób w Oklahoma City, nie chciał żadnego jedzenia. Zamiast tego poprosił o odręczne przepisanie poematu „Invictus”. To utwór o nieugiętości ludzkiego ducha. Kończy się słowami: „Jestem panem mojego losu, jestem kapitanem mojej duszy”.
Po co to wszystko?
Czy te ostatnie życzenia i słowa coś nam mówią? Owszem. Mówią o tym, jak różnie ludzie radzą sobie ze świadomością nieuchronnego końca. Dla jednych to ostatnia szansa, by poczuć smak wolności (nawet jeśli to tylko cheeseburger). Dla innych – by rzucić światu w twarz swoją pogardę, żal, czy choćby głupi żart.
A dla nas? Dla nas to mroczna rozrywka, mieszanka tabu i fascynacji. Lubimy czytać o tym, co zamówił seryjny morderca, bo to bezpieczny dreszczyk – siedzimy w ciepłym domu, popijając herbatę, a oni za chwilę mieli zniknąć. I choć tradycja ostatnich posiłków w wielu stanach powoli zanika, te historie zostaną z nami na zawsze. Bo nic tak nie intryguje jak ludzka natura w swojej najbardziej ekstremalnej odsłonie.
W końcu, jak powiedział kiedyś pewien skazaniec, który akurat nie dostał swoich ukochanych Spaghetti-Os – nawet w obliczu śmierci liczy się, żeby prasa wiedziała.
Źródła: Texas Department of Criminal Justice, raporty prasowe AP, archiwa Florida State Prison
Fot. pixabay.com