Oszust z Warmii jako kanadyjski biznesmen

Trzeba przyznać, że Marek Grządek, bo pod takimi danymi personalnymi występował jako kanadyjski biznesmen, miał polot i pomysły, z których mogliby korzystać renomowani scenarzyści takich filmów jak „Włoska robota”. W jego kryminalnym scenariuszu pojawił się nawet Rafał Trzaskowski, niedawny kandydat na prezydenta RP, wcześniej wiceminister spraw zagranicznych i minister cyfryzacji polskiego rządu, a w czasach opisywanej tu przestępczej operacji – poseł do Parlamentu Europejskiego (2009-2013), zaczynający start do wielkiej kariery politycznej. Pewnie nigdy się nie dowiedział, że był w tę aferę „zamieszany”, lecz doprawdy mało brakowało, aby zeznawał w sądzie jako świadek.

Zacznijmy jednak od początku tej historii, z punktu widzenia młodego przedsiębiorcy działającego w okolicach Olsztyna. 34-letni Janusz Antkowiak przejął po ojcu niewielką żwirownię w gminie Dywity, a także małą firmę recyklingową, które miały stać się podstawą do rozwoju biznesu na szerszą skalę. Ale to nie jest takie proste, bo nie każdy ma talent i możliwości Jordana Belforta, tytułowego bohatera filmu „Wilk z Wall Street”, chociaż akurat jego kariera miała finał w amerykańskim więzieniu. Czasami jednak zdarzają się niezwykłe, można powiedzieć – bajeczne przypadki, które zmieniają płotki w rekiny biznesu. I wydawało się, że wierzący w swoją szczęśliwą gwiazdę Janusz na taką niezwykłą szansę trafił.

Od czasu do czasu bywał w nocnym klubie w Olsztynie i tam któregoś razu, we wrześniu 2010 roku, zaczepił go ochroniarz. Przekazał mu informację od znajomego złodzieja samochodów, który niedawno co wyszedł z więzienia, że pewien rzutki gość z zagranicy szuka kogoś, kto gotów jest włożyć pół miliona euro w dochodowy interes. „Czemu nie, mogę pogadać” – odpowiedział właściciel żwirowni, na co olsztyński bodyguard dał mu namiar na kanadyjskiego biznesmena, oczekując drobnej prowizji, gdyby wystrzałowy deal doszedł do skutku.

Tej nocy Janusz Antkowiak już nie kładł się spać, a w ciągu dnia – uwzględniając różnicę czasu – zadzwonił pod podany numer tajemniczego Polonusa w Kanadzie, który przywitał się z rodakiem uprzejmie, robiąc na nim bardzo pozytywne wrażenie. A trzeba dodać, że przedsiębiorca spod Olsztyna nie był w ciemię bity i mimo stosunkowo młodego wieku, potrafił oddzielić ziarno od plew, co tym bardziej świadczy, jak przekonujący był Marek Grządek. Tak się ów kanadyjski dobrodziej nazywał, a przynajmniej takimi personaliami posługiwał, co dopiero wyszło po czasie. Ale przecież samo nazwisko Grządek, jakże brzmiące po polsku, dodawało tylko wiarygodności rodakowi, który zrobił karierę za Wielką Wodą.

Od niechcenia wspominał o znajomych, których potrafił już wspomóc materialnie, przy okazji prezentując się jako prawdziwy światowiec, z koneksjami w biznesie międzynarodowym, doskonale czujący się w sieci układów i powiązań, także finansowych. Chwalił się, że ma partnerów biznesowych nie tylko w Polsce, ale i za granicą, a nawet ma znajomego eurodeputowanego, który pomagał mu w różnych przedsięwzięciach, więc proponowany deal jest skazany na sukces i tylko głupi z tej okazji nie skorzysta. Pogawędka o tych relacjach trwała dobre pół godziny i Janusz doszedł do wniosku, że to jest właśnie człowiek, który myśli w nowoczesnych, europejskich kategoriach i zlekceważenie tej szansy byłoby błędem nie do odrobienia. Zwłaszcza że Marek Grządek nie naciskał na wpłatę pół miliona euro „od ręki”, lecz zaprosił potencjalnego partnera do… Brukseli, centrum zachodniej Europy. Ta niespodziewana propozycja przeważyła szalę i Antkowiak nie miał już wątpliwości, że czeka go przygoda życia, o jakiej nie śnił w najśmielszych marzeniach.

Ciąg dalszy tej historii wcale nie wskazywał, że kanadyjski biznesmen zastawił na rodaka spod Olsztyna jakąś misterną pułapkę. Wszystko przebiegało bardzo sprawnie i powoli prowadziło do celu. Najpierw Janusz doleciał samolotem, na koszt Grządka, do stolicy Belgii, gdzie raczej niepozorny z wyglądu gospodarz, ale w garniturze szytym na miarę, z eleganckim zegarkiem na ręce przyjął go z taką rewerencją, jakby to był jakiś Solorz albo Niemczycki. Był rówieśnikiem Janusza, więc zaraz obaj przeszli na „ty” i gość od razu poczuł się wybrańcem losu. Reszta tylko dopełniała stanu oszołomienia. Kanadyjski Polak wsadził rodaka z ojczystego kraju do wypasionej limuzyny i zawiózł do pięciogwiazdkowego hotelu w centrum Brukseli, a wieczorem zaprosił do wystrzałowej restauracji na wystawną kolację. Gospodarz za wszystko płacił, a gdy gość niby to sięgał do kieszeni z portfelem, Marek absolutnie nie pozwolił mu partycypować w kosztach.

Potem spacerowali po ulicach europejskiej stolicy, zwłaszcza po bajkowej, brukselskiej starówce. Na końcu wylądowali w hotelowym pokoju, gdzie niemal do rana, przy butelce whisky Ballantine’s, toczyli poważną, biznesową rozmowę, w której Grządek występował w roli wszystkowiedzącego mistrza, zaś Antkowiak – łykającego tajemną wiedzę czeladnika. Nie mógł uwierzyć, że to właśnie on stanie się beneficjentem bajkowego biznesu nowego przyjaciela.

Przede wszystkim czarodziej z dolarowej krainy Kanady w przystępny sposób wyjaśnił mu, jakim sposobem stanie się zamożnym, żeby nie powiedzieć – bogatym człowiekiem. Deal miał polegać na tym, że grupa osób dysponująca gotówką wpłaca w sumie 10 mln euro do jednego z największych funduszy inwestycyjnych we Francji, co przyniesie im 8 procent czystego zysku, więc łatwo policzyć, że będzie to 800 tys. euro. To tak na dobry początek. Logiczne więc, że aby jak najwięcej tego zysku przejąć, trzeba byłoby jak najwięcej do tej inwestycji włożyć. Na razie udział Janusza miał wynieść skromne 500 tys. euro, co wydawało się realne, a taką kwotę miał przekazać na konto polskiej firmy w Toruniu, pośredniczącej w transakcji. Aby pozbawić swojego gościa wszelkich podejrzeń, Grządek powołał się na eurodeputowanego Rafała Trzaskowskiego, który jako przyjaciel szefa wspomnianego funduszu inwestycyjnego miał być gwarancją tego przedsięwzięcia.

Dziś niedoszły prezydent RP jest w Polsce politykiem powszechnie znanym, ale wtedy, 15 lat temu niewielu mogło powiedzieć, że zna go osobiście. Wśród nich miał być Marek Grządek, co imponowało przedsiębiorcy spod Olsztyna, zwłaszcza że rysopis europosła mu się zgadzał, bo onegdaj poznał go jako wykładowcę na szkoleniu w Warszawie, w którym brał udział. A że akurat rozmawiali o tym w Brukseli, gdzie obraduje (poza główną siedzibą w Strasburgu) Parlament Europejski, więc tym bardziej takie powiązanie wyglądało wiarygodnie. Na dodatek Antkowiak dostał od gospodarza również regon firmy, na który miał wpłacać pieniądze, jak też inne dokumenty, pozwalające mu rozwiać wszelkie wątpliwości. Co więcej, po powrocie na Warmię sprawdził, że fundusz inwestycyjny o podanej nazwie istotnie istnieje we Francji, więc pozostało mu tylko zebrać owe skromne pół miliona w europejskiej walucie.

Chcesz poznać ciąg dalszy tej sprawy? Sięgnij po „Detektywa Wydanie Specjalne 4/2025 (tekst Marka Książka pt. Jak kanadyjski oszust podbijał Europę). Cały numer do kupienia TUTAJ.

Dodaj komentarz