Gdańsk: „Pakt miłości” zapisany krwią dziadka

2 lutego 2025 roku, niedzielny poranek. Gdańsk-Brzeźno, ul. Młodzieży Polskiej. W powietrzu wisi morska wilgoć, a zimowy wiatr od Zatoki Gdańskiej przeszywa do kości. 78-letni Józef D., drobny, zgarbiony wdowiec, zakłada popielaty płaszcz. O szóstej rano, jak co niedziela, wyrusza z jednopokojowego mieszkania w kamienicy. Ma przed sobą dwieście metrów. Za chwilę minie sklep, potem łukiem ulicy zbliży się do kościoła pw. św. Antoniego. Myśli pewnie o zwyczajnych sprawach: o kolędzie, o herbacie, która czeka w termosie, może o kłótniach, które ostatnio rozbrzmiewały w ciasnym mieszkaniu, gdzie mieszkał ze swoją wnuczką Angeliką, jej mężem Kamilem i czteroletnim prawnukiem Krystiankiem.

Nie wie, że ktoś na niego czeka. Że w mroźnym półmroku ulicy, kilkadziesiąt metrów dalej, stoi 20-letni Dawid Z. z tłuczkiem do mięsa w ręku. Że za rogiem, w cieniu budynku, na „czatach” wystawia się 26-letni Kamil N. Że w ciepłym łóżku w kamienicy budzik właśnie wybił szóstą, a 25-letnia Angelika N. wie dokładnie, co dzieje się dwieście metrów od jej drzwi.

O tej godzinie nikt jeszcze nie przypuszczał, że ta niedziela zapisze się w annałach gdańskiego kryminału jako dzień, w którym „pakt miłości” podpisany został ludzką krwią.

Żeby zrozumieć okrucieństwo tej zbrodni, trzeba najpierw poznać ofiarę. Józef D. sprowadził się do Gdańska kilkadziesiąt lat temu. Z zawodu był cieślą — człowiekiem, który całe życie budował, naprawiał, tworzył. A półtora roku przed śmiercią stracił żonę. Został sam w niewielkim mieszkaniu w kamienicy przy ul. Młodzieży Polskiej, zaledwie rzut kamieniem od nadmorskiej plaży. Mieszkanie było skromne: jeden pokój, kuchnia, dorobiona toaleta. Ale było jego. I był w nim ogródek — według sąsiadów całe jego życie.

— To był dobry chłop, nigdy się z nikim nie kłócił i zawsze pomagał. Jego życie to był ogródek — wspominali sąsiedzi tuż po zabójstwie.

Józef D. nie był człowiekiem, który szukał konfliktów. Wręcz przeciwnie — gdy wnuczka Angelika wraz z mężem Kamilem i ich kilkuletnim synem nie mieli pieniędzy na wynajem, przyjął ich pod swój dach. Wpuścił do swojego jednopokojowego mieszkania. Nie wiedział, że podpisuje w ten sposób wyrok śmierci.

Angelika N. wyszła za mąż w 2022 roku. Poznała Kamila N. w krakowskiej restauracji indyjskiej, gdzie Podhalanin pracował jako kelner. Przekonała go do przeprowadzki do Trójmiasta. Niedługo potem na świat przyszedł ich syn, Krystian. Rodzina była młoda, bez pieniędzy, bez perspektyw. Gdy nie było ich stać na wynajem, Józef otworzył im drzwi.

Ale życie na czterdziestu metrach kwadratowych — dziadek, wnuczka, jej mąż i małe dziecko — okazało się koszmarem. Zaczęło dochodzić do nieustannych sprzeczek. Codzienne tarcie. Brak prywatności. Wspólna kuchnia, wspólna łazienka, wspólna przestrzeń, w której emocje nie miały gdzie ulotnić się.

Angelika czuła się „niekomfortowo”. Zaczęła mówić, że ma dość. Że dziadek „przeszkadza”. Że „syfi” w mieszkaniu. Że ją podgląda, gdy jest naga. Czy to była prawda, czy wymysł manipulatorki, która potrzebowała pretekstu? Sąd nigdy nie rozstrzygnął tej kwestii do końca. Ale zrozumiał coś innego: dla Angeliki N. dziadek przestał być człowiekiem. Stał się przeszkodą. A przeszkody się usuwa.

Niespełna trzy miesiące przed zabójstwem Angelika podjęła pracę w sklepie sieciowym przy ul. Krasickiego w Gdańsku. Na kasie. Dawid Z., dwudziestolatek z sąsiedniego osiedla, pracował tam jako pomocnik. Między półkami z towarem narodził się romans. Szybki, namiętny, pozbawiony granic.

Dawid zakochał się „po uszy”, jak sam zeznał w sądzie. Był gotów na wszystko. A Angelika wiedziała, jak to wykorzystać.

— Byłem zakochany w niej po uszy. Była dla mnie bardzo ważna — wyznał w sali rozpraw, patrząc w sufit, jakby szukał tam wybaczenia. — Podpisaliśmy pakt miłości.

„Pakt miłości”. Te słowa brzmią jak tytuł kiepskiego filmu dla nastolatków. W tym przypadku były jednak wyrokiem śmierci. Bo w tym „pakcie” znalazło się miejsce dla morderstwa.

Dawid był tak zaślepiony, że oddawał Angelice swoje pieniądze, a sam głodował. Ona wydawała je na „różne zachcianki”. W środowisku metalowym Angelika znana była pod pseudonimem „Czarny Kruk”. Teraz jednak nie marzyła o muzyce. Marzyła o mieszkaniu i ogródku dziadka — o lokalizacji przy popularnym deptaku nadmorskim. Snuła plany: budka z lodami, kebab. Biznes. Życie. Tylko że lokum należało do Józefa D.

Śledczy z Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Oliwa, na czele z prokuratorem Grzegorzem Gostomskim, ustalili, że zbrodnia nie była aktem nagłym. Była wyreżyserowana z chirurgiczną precyzją.

Wszystko zaczęło się od spotkania na plaży w Gdańsku. Cała trójka — Angelika, Kamil i Dawid — siedziała tam i rozmawiała. Temat? Pozbycie się dziadka. Według zeznań Dawida Z., Angelika wyrażała wobec seniora „skrajną niechęć” i obwiniała go o swoje problemy życiowe. Choć — jak twierdził — nie padły wprost słowa o zabójstwie, miał on zrozumieć, że chodzi o „pozbycie się” dziadka z mieszkania.

Decydujące spotkanie miało odbyć się 24 stycznia 2025 roku. Wtedy zapadły ustalenia: Dawid Z. dokona ataku. Kamil N. stanie na czatach. Angelika N. będzie duchem tej operacji — obecna przy ustalaniu szczegółów, nieobecna przy egzekucji.

Pierwotnie morderstwo planowano na ostatnią niedzielę stycznia — 26 stycznia. Ale Dawid zachorował. Termin przełożono. Wybrano 2 lutego. Dzień, w którym Józef D. zawsze szedł na mszę.

Profiler kryminalny Łukasz Wroński z Centrum Psychologii Kryminalnej, komentując sprawę dla mediów, nie miał wątpliwości: — W przypadku, kiedy mamy do czynienia z podziałem ról i mamy kilku sprawców, a wśród nich kobietę, to bardzo często mamy sytuację, że ona wykorzystując swoje zdolności do manipulacji, a często też uwodząc sprawców, wykorzystuje ich, posługując się nimi jak narzędziem. Można by ich też porównać do pistoletu, którym ona się w danym momencie posługuje.

2 lutego, godzina 6:00. Józef D. maszeruje chodnikiem. Ma 78 lat, ale krok jeszcze pewny. Niedługo będzie przed kościołem. Nagle zza krzaka wyskakuje młody mężczyzna w kominiarce. W ręku trzyma tłuczek do mięsa — narzędzie z kuchni, które w jego dłoni staje się narzędziem egzekucji.

Dawid Z. podszedł do niego od tyłu. Zadał kilkanaście uderzeń w głowę i twarz. Potem powalił na ziemię. Przydusił kolanem, uszkadzając krtań i łamiąc żebra.

Józef D. wzywał pomocy. Ale Dawid nie przerwał ataku.

— To była najgorsza i najgłupsza decyzja w moim życiu, bardzo żałuję — wyznał później w sądzie.

W tym czasie Kamil N. stał w ukryciu. Obserwował, czy nikt nie nadchodzi. Gdy wszystko milkło, Dawid uciekł. Przebrał się. Wrócił do domu. Tłuczek wyrzucił do morza. Zakrwawione ubrania — do śmietnika.

Ciało Józefa D. znaleziono kilkadziesiąt minut później. Dwieście metrów od domu. Dwieście metrów od własnej wnuczki. Dwieście metrów od kościoła, do którego już nigdy nie dotrze.

Policja zatrzymała trójkę tego samego dnia. Jeszcze przed zmrokiem 2 lutego 2025 roku w ręce funkcjonariuszy wpadli Angelika N., Kamil N. i Dawid Z. Śledztwo trwało dziesięć miesięcy. Przesłuchano 27 świadków. Zabezpieczono zapisy monitoringu z remontowanego pensjonatu, analizowano połączenia telefoniczne i SMS-y między oskarżonymi.

Śledczy uzyskali szereg opinii biegłych: informatyka śledczą, dwie opinie z zakresu genetyki sądowej, trzy opinie sądowo-psychologiczne i trzy sądowo-psychiatryczne.

Proces ruszył 12 stycznia 2026 roku. Przed Sądem Okręgowym w Gdańsku całą trójkę dowieziono z aresztu. Na sali pojawiła się matka Angeliki. Sąd nakazał jej jednak opuścić salę — na kolejnej rozprawie miała zeznawać jako świadek. Wychodząc, powiedziała do córki: „Kocham cię”. Gdy sędzia rozpoczęła czytanie aktu oskarżenia, Angelika N. schowała głowę w dłoniach i zaczęła szlochać.

Dawid Z. zeznawał jako pierwszy. Przyznał się do winy. Szczegółowo opisał przygotowania: dobór ubioru maskującego, wybór narzędzia, wiedzę o porannych wyjściach Józefa D. do kościoła. Przyznał, że ofiara wzywała pomocy, ale on nie przerwał. Podczas składania wyjaśnień często spoglądał na Angelikę.

Angelika N. częściowo przyznała się do winy, ale na sali rozpraw odmówiła składania wyjaśnień. Sąd odczytał jej zeznania ze śledztwa. Kobieta bez cienia wstydu opisywała romans z Dawidem: — Chłopak zakochał się we mnie do nieprzytomności.

Kamil N. nie przyznał się. Twierdził, że w dniu zabójstwa poszedł do sklepu, a nie na czaty. Że słysząc „ratunku”, pomyślał, że Dawid zrobił coś złego. Że nie śledził dziadka. Sąd nie uwierzył. Jego wyjaśnienia były „ukierunkowane na umniejszenie swojej roli”, sprzeczne i niekorelujące z dowodami. Tylko Dawid Z. nie próbował się wymigać. Może dlatego, że wciąż był zakochany? Może dlatego, że „pakt miłości” okazał się silniejszy od strachu przed więzieniem?

10 lipca 2026 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku pod przewodnictwem sędzi Karoliny Kozłowskiej ogłosił wyrok. Sala była wypełniona po brzegi. Dziennikarze, prawnicy, ludzie ciekawi, jak skończy się ta makabryczna historia.

Sąd uznał, że oskarżeni działali w warunkach współsprawstwa, zgodnie z wcześniejszym porozumieniem. Głównym inicjatorem była Angelika N. Żaden ze współoskarżonych nie odwiódł jej od zabójstwa.

Jednak sąd zaskoczył nieco kwalifikacją. Z opisu czynu wyeliminowano „szczególne okrucieństwo”. Sędzia Kozłowska uzasadniała to w sposób, który brzmiał niemal jak apologia: — Nie ulega wątpliwości, że każde zabójstwo z samej definicji jest czynem okrutnym. Oskarżeni, decydując się na wybór narzędzia zbrodni, nie chcieli wyjątkowo dręczyć pokrzywdzonego, a szybko go zabić.

To oznaczało, że minimalna kara nie wynosi 15 lat, a sąd miał większą swobodę. I skorzystał z niej.

Angelika N. – 25 lat pozbawienia wolności.

Dawid Z. – 25 lat pozbawienia wolności.

Kamil N. – 20 lat pozbawienia wolności

Wymiar kar został zróżnicowany według roli. Sąd uznał, że w przypadku Angeliki N. zachodziła motywacja zasługująca na szczególne potępienie — to ona zainicjowała zabójstwo własnego dziadka. W przypadku mężczyzn sąd nie przyjął takiej kwalifikacji, uznając, że kierowali się uczuciem do kobiety. Uczucie, które przerodziło się w morderczy fanatyzm.

W ocenie sądu wymierzenie dożywocia byłoby „nieuprawnione”, a wobec oskarżonych „możliwa jest resocjalizacja”. Po ogłoszeniu wyroku sąd zdecydował o przedłużeniu aresztowania do stycznia 2027 roku.

W uzasadnieniu sąd podkreślił, że okoliczności zbrodni wskazują na wysoki stopień demoralizacji oskarżonych. Ale jednocześnie stwierdził, że wymierzenie dożywocia byłoby „nieuprawnione”, a wobec nich „możliwa jest resocjalizacja”.

Może. Ale czy jest możliwe wybaczenie?

Józef D. miał 78 lat. Przeżył wiele. Wychował córkę, a potem wnuczkę. Dał im dach nad głową. A oni, zamiast wyprowadzić się, postanowili go usunąć. Nie z powodu wielkiej fortuny. Z powodu ciasnoty. Ciasnoty mieszkania, która okazała się tylko pretekstem. Bo prawdziwa ciasnota tkwiła w ich duszach.

W tej historii jest jeszcze jedna ofiara, o której rzadko się mówi. Czteroletni Krystianek — syn Angeliki i Kamila. Chłopiec, który w dniu zabójstwa spał w mieszkaniu, z którego wyszła matka, by wysłać kochanka na śmierć dziadka. Dziecko, które straciło ojca i matkę w jednym momencie. Które być może nigdy nie zrozumie, dlaczego jego rodzice siedzą w więzieniu, a dziadek nigdy nie wrócił z kościoła.

W Brzeźnie wciąż stoi kamienica. Wciąż jest tam jednopokojowe mieszkanie. I wciąż, co niedzielę o szóstej rano, dzwony kościoła św. Antoniego wzywają wiernych. Tylko że jeden z nich już nigdy nie przejdzie tych dwustu metrów.

Wyrok nie jest prawomocny. Sprawa ma jeszcze swoje rozdziały. Ale „pakt miłości” Angeliki N. i Dawida Z. — podpisany krwią dziadka — już na zawsze pozostanie w historii polskiego kryminału jako jedna z najbardziej przerażających zbrodni rodzinnych ostatnich lat.