Parafia Rudno: kto zamordował proboszcza?

Według danych z Narodowego Spisu Powszechnego z 2021 roku ilość ludności w podparczewskiej wsi Rudno wynosiła 680 osób. W 1979 roku liczba ta była niewiele wyższa i – jak to w małych miejscowościach – informacje roznosiły się z szybkością błyskawicy. Gdy zamordowano księdza, szemrano pokątnie, kto z kim miał konszachty i interesy, komu na rękę byłoby pozbycie się duchownego. Po latach wszystko ucichło, a nadzieje na wykrycie sprawców są bardzo małe!

Ksiądz Józef Puszkiewicz mieszkał w Rudnie od 33 lat. Dobrze znał wszystkich swoich parafian. Jak twierdzili wierni, był osobą niezwykłą. Zrezygnował z przysługującej mu zwyczajowo gospodyni, w prowadzeniu kuchni i utrzymaniu porządku na plebanii pomagały mu kobiety ze wsi. Żył skromnie. Wszystkie zebrane środki przekazywał na utrzymanie parafii. W razie potrzeby nierzadko też pożyczał wiernym drobne sumy pieniędzy.

Ksiądz Józef miał 73 lata i był już mocno schorowany. Miał problemy z poruszaniem się, ale wciąż starał się być aktywnym pasterzem. Był typem samotnika, nie utrzymywał z nikim bliższych kontaktów. Kiedy przebywał na plebanii, zawsze zamykał drzwi wejściowe, na dodatek właściwie nigdy nie otwierał okien. Plebania położona była nieopodal kościoła, w starym, parterowym, murowanym budynku z przeszklonym drewnianym gankiem.

Parafia Rudno: dzień dramatu

Tragedia rozegrała się 16 sierpnia 1979 r. Rano proboszcz odprawił mszę, na której było kilkoro wiernych. Po nabożeństwie na kilkanaście minut wszedł na plebanię. O godz. 9 pojechał autobusem PKS do Białej Podlaskiej – ksiądz nie miał swojego samochodu. Nie udało się ustalić wszystkich szczegółów dotyczących pobytu księdza w tym mieście.

Na pewno odwiedził sklep z dewocjonaliami, gdzie kupił parę rzeczy. Nie wiadomo jednak, co robił poza tym, czy spotkał kogoś, czy był z kimś umówiony. W mieście był dość długo. Jak ustalono, z Białej Podlaskiej odjechał w kierunku Rudna pekaesem o godzinie 15. Potwierdził to jeden z parafian, który spotkał księdza na przystanku autobusowym i zamienił z nim kilka słów.

Do Rudna dotarł około 15.30. Jak twierdzą świadkowie, prosto z przystanku poszedł na plebanię. W ręku miał sporej wielkości czarną torbę ze skaju, zapewne z zakupami. Później już nikt nie widział proboszcza żywego.

Nazajutrz – 17 sierpnia – parafianie, którzy przyszli na poranną mszę, nie mogli doczekać się przyjścia księdza. Spora ich grupka udała się na plebanię. Tu jednak zastali drzwi zamknięte (jak później ustalono, zamknął je na klucz morderca). Wyważono więc jedno z okien, by mógł przez nie wejść miejscowy nastolatek. Po chwili dał się słyszeć jego rozpaczliwy krzyk, że księdza zamordowano.

Świadkowie i policjanci

– Prawdopodobnie sprawca zabójstwa zaskoczył go na plebanii. Ksiądz nie zdążył rozpakować jeszcze zakupów, które przywiózł. Na miejscu zbrodni został znaleziony kij drewniany. Przedmiot gospodarski, którego jak mówili mieszkańcy, nie widzieli nigdy na parafii i nikt z mieszkańców tej wsi takiego przedmiotu nie używał – mówił  Grzegorz Paśnik z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie w rozmowie z reporterem telewizji „Polsat”

– Sprawca kilkakrotnie uderzył księdza tępym narzędziem, spowodowało to ciężkie obrażenia ciała, obrażenia głowy, obrażenia wewnętrzne – dodaje Janusz Wójtowicz z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

Narzędziem zbrodni okazała się drewniana kopyść. To rodzaj kija, używanego na wsi do mieszania paszy. Kiedy ksiądz wszedł na plebanię, morderca już tam na niego czekał. Po zabójstwie wyszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz.

– Ksiądz nie przyszedł na poranną mszę. Jeden z ministrantów wyważył okno na plebanię. Wszedł i w sypialni znalazł na podłodze ciało księdza Puszkiewicza – mówi Grzegorz Paśnik z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

Parafia Rudno: co powiedział ministrant

Oto fragment zeznań ministranta Wiesława F.: „Wszedłem do wewnątrz, do pokoju. Zobaczyłem nogi księdza Puszkiewicza. Pobiegłem do sieni, i krzyknąłem – „leży”. Wtedy Mikołajuk wszedł przez okno, do pokoju, w którym leżał ksiądz.”

Plebania, w której znaleziono martwego proboszcza była splądrowana. Mimo to, niczego z niej nie ukradziono. Zabójca nie tknął także pieniędzy, których pokaźną sumę miał przy sobie ksiądz. Do dziś nie wiadomo więc, jaki był motyw zabójstwa.

Oprócz zwłok, na miejscu zbrodni znaleziono niedopałki papierosów. Ksiądz Puszkiewicz nie palił, niedopałki musiał zatem zostawić po sobie morderca. Znajduje się na nich jego kod DNA. Mimo to, sprawa śmierci proboszcza dla policji wciąż pozostaje zagadką.

– Potrzebujemy kodu DNA do porównania z kodem, który otrzymaliśmy z niedopałka papierosa. Jakiegoś podejrzanego, żeby kod pobrać i porównać z niedopałkiem papierosa – mówłi Grzegorz Paśnik z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

Niestety, do dzisiaj takiego materiału porównawczego nie udało się odnaleźć.

Parafia Rudno: hipotezy i domysły

Niestety mimo żmudnego śledztwa do dziś nie odnaleziono sprawcy. Dlaczego zginął proboszcz? W odzieży księdza znaleziono 2500 starych złotych, a w różnych miejscach plebanii, w większości w bilonie, ok. 10 tys. zł. To może przeczyć wersji zabójstwa na tle rabunkowym, ale właściwie jest ona jedyną prawdopodobną – być może sprawca znalazł większą sumę i nie przeszukiwał zwłok.

Wykluczono motyw zemsty bądź seksualny. Natomiast nie wykluczono, że sprawca mógł być osobą z zaburzeniami psychicznymi. Najprawdopodobniej nie pochodził z Rudna. Niestety, gdy dokonano tej zbrodni, nie przeprowadzano badań DNA. Dowodem byłyby niedopałki, które zabójca zostawił w popielniczce – ksiądz nie palił. Przyjęto hipotezę, że ksiądz, wróciwszy z Białej Podlaskiej, zaskoczył sprawcę, wchodząc na plebanię. Może o tym świadczyć nie do końca rozpakowana czarna torba z zakupami.

Parafia Rudno: wojenny dramat

To już drugi proboszcz, który tragicznie zmarł w tej parafii.  30 maja 1940 roku 51 mieszkańców Rudna w powiecie parczewskim zostało rozstrzelanych przez Niemców.Wśród nich był tamtejszy proboszcz. Proboszcz trzykrotnie odsyłany do wioski, wracał, rozgrzeszał, modlił się podczas egzekucji swoich parafian, a na końcu został zastrzelony.

Tego dnia Niemcy zabrali ze wsi mężczyzn i rozstrzelali ich, strzałem w tył głowy, w pobliskim lesie koło wsi Planta. Był z nimi również ówczesny proboszcz parafii Rudno ks. Roman Ryczkowski. Zwłoki zostały pochowane na miejscu, w zbiorowej mogile, i dopiero w 1945 r. ekshumowano je i złożono na cmentarzu. Na miejscu kaźni został postawiony krzyż. Zbrodnia została dokonana w odwecie za śmierć niemieckiego kolonisty.

Niemcy podejrzewali, że w Rudnie ukrywana jest znaczna ilość broni. Było to powodem pogróżek, jakie na dwa tygodnie przed bestialskim mordem pod adresem mieszkańców kierował Adolf Dykow, znany powszechnie kat ludności tej części Podlasia. Czarę goryczy przelało zabicie w nieznanych bliżej okolicznościach Niemca. Miało to miejsce 28 lub 29 maja 1940 roku w lesie Górki, na torach linii kolejowej Łuków-Lublin (pomiędzy Parczewem a Milanowem). W odwecie za ten akt nieposłuszeństwa niemiecki okupant chciał wymordować mieszkańców Milanowa, w myśl stosowanej zasady ,,50-ciu Polaków za jednego Niemca”. Jednak wójtowi (o nazwisku Schultz) udało się zażegnać niebezpieczeństwo grożące wsi. Najprawdopodobniej to on zasugerował, że „bandyci” pochodzą z Rudna.

Marsz śmierci

Rankiem 30 maja 1940 roku do Rudna przyjechały dwa niemieckie samochody ciężarowe. Jeden zatrzymał się na początku wsi od strony Parczewa, a drugi pojechał na koniec miejscowości. Wysiadło po kilku Niemców, którzy prowadzili łapankę. W większości byli to volksdeutsche, niemieccy osadnicy z pobliskich wsi Cichostów i Okalew. Mieszkańcy zostali zaskoczeni urządzoną obławą, dlatego nawet nie podejmowali próby ucieczki. Tylko nieliczni chcieli ukryć się w pobliskim lesie, przez co narażali się na ostrzał. W ten sposób jako pierwszy zginął Józef Robak. Schwytanych mężczyzn (ok. 170) zaprowadzono pod kościół, który znajdował się w centralnej części wsi.

Ze szkoły wyciągnęli kierownika Antoniego Zagańczyka oraz nauczyciela Tomasza Kowaluka. Oficer dowodzący akcją kazał też przyprowadzić ks. Romana Ryczkowskiego. Wszyscy byli przekonani, że zostaną wywiezieni na roboty do Niemiec. Jednak stało się inaczej – mężczyźni zostali poprowadzeni przez wieś, a następnie gościńcem w stronę odległego o 2 kilometry lasu. W pewnym momencie z braku sił upadł 70-letni mężczyzna. Wtedy Niemcy zatrzymali kolumnę i dokonali selekcji wybierając 50 osób do rozstrzelania. W przeważającej części byli to mieszkańcy Rudna (ok. 40 osób), kilku mieszkańców Warszawy oraz sąsiednich wsi, którzy przypadkowo znaleźli się w Rudnie w czasie łapanki. Zwolnionym kazano szybko wracać na wieś nie oglądając się za siebie.

Źródło: fakt.pl, interwencja.polsatnews., gazeta.pl, fb.com

Fot. pixabay.com