Paweł Tuchlin: kara śmierci to za mało?

Dlaczego Paweł Tuchlin polował na niewinne kobiety? Kiedy skazano mężczyznę na karę śmierci poprzez powieszenie? Co miało wpływ na brutalne czyny, których dopuszczał się zabójca? Dowiedz się, kim był Paweł Tuchlin. To z pewnością jeden z najgroźniejszych polskich morderców w historii.

Akademia Medyczna w Gdańsku. Z gmachu uczelni wychodzą studentki. Jest ciepły, jesienny wieczór, spacerujący w parku Paweł Tuchlin wybrał to miejsce i tę porę nieprzypadkowo. Jedna z dziewcząt oddziela się od grupki koleżanek i skręca w pustą alejkę. Na to czekał. Zachodzi jej drogę i demonstruje swoje przyrodzenie. Chce zobaczyć znajomy wyraz przerażenia, którym zwykle reagują w tej sytuacji zaatakowane przez niego kobiety. Lubi to. Jednak tym razem słyszy coś, co jednocześnie upokarza go i rozwściecza:

– Chłopie, czym ty się chwalisz?

Dla mężczyzny to potężna obraza.  Tuchlin dobrze zna to uczucie. „Śmierdziel”, „sikacz”, „strażak” – tak mówiły o nim dziewczyny, które prosił do tańca na zabawach w remizie. I śmiały się. Miał wtedy prawie 16 lat i wciąż moczył się w nocy, żadna nie chciała z nim tańczyć. Każdego ranka rodzice sprawdzali prześcieradło. Jeśli było mokre (a przeważnie było), dostawał „lekarstwo”: lanie pydą, czyli splecionymi rzemieniami. Sikał, więc go bili. Billi go, więc sikał. Na dziewczyny we wsi był wściekły. Potem na wszystkie inne. Jeszcze im pokaże, co potrafi.

Studentka, którą zaczepił, szybkim krokiem zmierza w kierunku przystanku na Alei Zwycięstwa. Jeszcze nie wie, że właśnie spotkała przyszłego „Skorpiona”.

– Dzień dobry – powiedział tylko zaskoczony do milicjantów w cywilu, którzy zastali go gdy krzątał się po zagrodzie w chłodny, wtorkowy ranek 31 maja 1983 roku.

– Dokumenty poproszę. Jesteście aresztowani pod zarzutem kradzieży drewna i parnika [urządzenia do przyrządzania pasz] – usłyszał w odpowiedzi.

Tak po prawdzie, to wiedział, że za kradzież grozi mu kolejna odsiadka i spodziewał się aresztowania. Zaciszna Góra, gdzie mieszkał, nawet od nieco większego Pinczewa z jednej strony i Starej Kiszewy – z drugiej, odgrodzona pasami jezior, tylu mundurowych, co dobry kwadrans później, nie widziała od ostatniej wojny. W gospodarstwie nie szukali jednak rolniczych narzędzi, a „żądła” Skorpiona. Obok, którego znaleźli też „trofea”: złote obrączki i damskie zegarki.

Przed pojmaniem, Paweł Tuchlin latami terroryzował Pomorze. Mężowie wychodzili po żony wracające z pracy, a ojcowie po córki wychodzące ze szkoły. Wokół tajemniczego zbrodniarza narosła niewyobrażalna psychoza i panika rozwiana dopiero 10 dni później, niewielką wzmianką na dole pierwszej strony „Dziennika Bałtyckiego”

Zamordował 8 kobiet

„Skorpion w Potrzasku”

W ostatnim okresie na terenie województwa gdańskiego dokonano szeregu napadów na samotnie wracające do domu, bądź udające się do pracy kobiety. Nieznany sprawca, działający zawsze w godzinach wieczorowo-nocnych bądź wczesnorannych upatrzywszy kolejną ofiarę podchodził do niej i bez słowa uderzał ciężkim przedmiotem (dziś wiadomo już, że był to młotek) w głowę. O bezwzględności bandyty, ochrzczonego później w śledztwie kryptonimem „Skorpion” mówi fakt, iż zadawał napadniętym po kilkanaście ciosów. W ostatnim przypadku biegli stwierdzili dokładnie 16 uderzeń. Przerażającym wynikiem działalności „Skorpiona” okazało się 8 zabójstw i 4 usiłowania. Wszystkie te zbrodnie po pełnione zostały na tle seksualnym, przy czym morderca dodatkowo obrabowywał swoje ofiary, z których najmłodsza liczyła 18, najstarsza zaś — 54 lata.

W styczniu br. decyzją komendanta wojewódzkiego MO w Gdańsku powstała w Komendzie Wojewódzkiej specjalna grupa operacyjno-śledcza, do której zadań należało ustalenie i ujęcie sprawcy tych ohydnych czynów. Praca grupy nie była łatwa. W ramach podjętych czynności wykrywczych, jej członkowie sprawdzili np. ponad 5 tys. mężczyzn odpowiadających cechom psychofizycznym poszukiwanego zwyrodnialca. Wbrew pozorom nie szukano bowiem kogoś całkiem anonimowego. Na podstawie dokładnej analizy akt ustalono bowiem, że „wampirem” może być mężczyzna w wieku 25-45 lat, blondyn, wzrostu powyżej 175 cm, noszący obuwie o nr 8-9 i posiadający grupę krwi „A”. Przyjęto również, iż mógł on być w przeszłości pracownikiem PKP.

W wyniku wielokierunkowych działań operacyjnych, w trakcie których odnotowano kolejne 4 przypadki napadów – sprawca został wreszcie ustalony i ujęty w dniu 31 maja br. Okazał się nim 37-letni Paweł T. zamieszkały w okolicach Starej Kiszewy, żonaty i posiadający jedno dziecko. Był on już karany wielokrotnie za kradzieże.

Wobec znalezienia w jego mieszkaniu przedmiotów stanowiących własność ofiar, Paweł T przyznał się do wszystkich 12 zarzucanych mu czynów.

Śledztwo pod nadzorem zespołu prokuratorów Prokuratury Wojewódzkiej, na którego czele stanął zastępca prokuratora wojewódzkiego w Gdańsku Ryszard Zegar, prowadzi Wydział Dochodzeniowo-Śledczy Komendy Wojewódzkiej MO w Gdańsku. O wynikach tego śledztwa poinformujemy czytelników w stosownym czasie.

Był ósmym z jedenaściorga dzieci państwa Tuchlinów. Był synem rolnika Bernarda oraz Moniki z domu Weier. Paweł miał aż dziesięcioro rodzeństwa, z którym bardzo dobrze się dogadywał. Niestety, w rodzinie Tuchlinów nie było zbyt wesoło. Ojciec chłopca miał bowiem ogromny problem z alkoholem. Codziennie przychodził do domu pijany, krzycząc na dzieci i żonę. Monika również nie była pobłażliwa wobec swoich pociech. Jednak to Pawłowi obrywało się najwięcej – chłopiec jako jedyny z rodzeństwa moczył się bowiem podczas snu.

Problem ten ciągnął się za nim niemal do szesnastego roku życia. Gdy tylko chłopiec wstał rano i rodzice zauważyli, że Paweł znów się zmoczył, obrywał od nich splotem grubych rzemieni. Pijany ojciec uważał, że jego syn wcale nie jest chory, a oddaje mocz do łóżka po złości albo z lenistwa, bo nie chce mu się wieczorem wstawać do toalety. Bernard wyzywał syna od „sikaczy”, zwłaszcza kiedy mocno się upił. Nie dawał też Pawłowi żadnych kieszonkowych – w ramach kary.

W kolejnych latach sytuacja Pawła wcale się nie polepszała. Chłopiec chodził do szkoły podstawowej, a potem do średniej. Cały czas zdarzało mu się moczyć, co niestety szybko zauważyli rówieśnicy i głośno szydzili z Pawła. Chłopiec z roku na rok coraz mocniej interesował się dziewczynami, jednak one nie zdawały się być nim zafascynowane. Każda znała przypadłość Pawła, wytykając chłopca palcami. Na potańcówce szkolnej wszystkie dziewczyny odsuwały się od Pawła, czasami wołając za nim „odejdź, bo śmierdzisz”. Było im wstyd, gdy młody Tuchlin zapraszał je do tańca. Można powiedzieć, że cała szkoła naigrawała się z zawstydzonego Pawła. Chłopiec nie dawał po sobie poznać, że jest mu przykro. Zamiast tego zaprzysiągł sobie, że kiedyś zemści się za to, że tak wiele razy został upokorzony.

Po szkole Paweł Tuchlin zaciągnięty został do wojska. Ze służby zwolniony został, kiedy okazało się, że mężczyzna ma poważnie uszkodzony słuch. Paweł pojechał wobec tego do Gdańska, aby tam zostać zawodowym kierowcą. Tuchlin poznał również Reginę, z którą następnie się ożenił. Para doczekała się dwójki dzieci. Od końca 1976 roku do połowy 1979 roku Tuchlin zamknięty został w więzieniu ze względu na drobne kradzieże.

Mężczyzna rozwiódł się z żoną, a później znów ożenił. Paweł postanowił, że od tego momentu będzie prowadził normalne, szczęśliwe życie rodzinne. Mimo że wciąż był zamknięty w sobie i wycofany z życia publicznego, sąsiedzi mówili o nim same dobre rzeczy. Opisywali Tuchlina jako mężczyznę spokojnego, kochającego, troskliwego i zaradnego. Z czasem jednak życie Pawła znów zaczęło ulegać zmianie. Tym razem na jeszcze gorsze.

W Tuchlinie zaczęły budzić się demony przeszłości. Mężczyzna zaczął mieć coraz poważniejsze objawy dziwnego popędu płciowego – doszedł bowiem do wniosku, że ekscytują go skrępowane i bezbronne kobiety. Paweł zaczął więc polować na niewinne ofiary, które następnie mógłby wykorzystywać seksualnie.

Po raz pierwszy wyruszył „na łowy” 31 października 1975 roku. W okolicach dworca PKP Gdańsk-Orunia wypatrzył 21-letnią Danutę. Śledził ją i kiedy w pobliżu nie było nikogo, zaczepił z pytaniem o zapałki. Kobieta zignorowała nieznajomego, wtedy on wyciągnął zza paska spodni młotek i uderzył ją kilkakrotnie w głowę. Nieprzytomną zaciągnął w krzaki, jednak w zaspokojeniu swoich chorych pragnień przeszkodziła mu kobieta przechodząca obok. Tylko dzięki temu ofiara przeżyła.

Swoją pierwszą ofiarę Tuchlin zamordował 9 listopada 1979 roku. Tym razem mężczyzna działał już z rozwagą i spokojem, a także przerażającą dokładnością. Kobieta, którą sobie upatrzył, była w wieku zaledwie 18 lat i miała na imię Irena. Paweł zamordował ją poprzez zadanie kilkunastu ciosów młotkiem w głowę.

9 listopada 1979 r. pielęgniarka Irena H. wracała z pracy w towarzystwie koleżanki do domu. Tuchlin śledził je dłuższy czas. W Niestępowie, gdy kobiety się rozdzieliły, dogonił pielęgniarkę, rozpiął spodnie i rzucił do niej: “Chodź będziemy się pieścić”. Natychmiast zaczął kobietę okładać młotkiem po głowie.

Podczas przesłuchań mówił, że w takich przypadkach ręka mu sama lata. Na ogół zadawał od kilku do 20 ciosów ciężkim narzędziem. Umierającą zaciągnął na pobliskie pole, a ubranie rozciął nożem.

Przypadek zadecydował, że wtedy nie został złapany. Odchodząc z miejsca zbrodni ukradł torebkę ofiary. Po drodze musiał przejść Radunię. Przekraczając rzeczkę zgubił w niej młotek z wybitym na nim napisem ZNTK. To Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego na Przeróbce, gdzie przez pewien czas Tuchlin pracował. Milicja sprawdziła ten trop. Każdy, kto pobierał narzędzia z magazynu zakładu pracy powinien być odnotowany w rejestrze. Być może przez niedbalstwo Tuchlin nie znalazł się w nim. Być może nie było powodu, żeby go w zeszycie odnotować, ponieważ narzędzie po prostu ukradł. Tego typu kradzieże w zakładach pracy były w PRL powszechnym procederem.

W ciągu roku “Skorpion” zabije sześć kobiet. To apogeum jego działań. Cechuje go wówczas spokój, rozwaga, mordercza precyzja i dokładność.

W tamtym czasie Skorpion, jak później Tuchlin został ochrzczony przez milicję, pracował w Zakładzie Naprawczym Taboru Kolejowego. Właśnie stamtąd wykradł swoje słynne narzędzie zbrodni, którym był młotem. Pech chciał, że nikt nie wpisał mężczyzny na listę pracowników pobierających narzędzia do pracy.

1 lutego 1980 r. w Zakoniczynie “Skorpion” morduje Anastazję E., pracownicę gdyńskiej Centrali Rybnej. Zakoniczyn to wówczas kompletne odludzie. Jest późno, zimno i pada deszcz ze śniegiem. W dodatku ofiara nie śpieszy się do domu, ponieważ od lat źle układa się jej życie z mężem. Rano to właśnie mąż odnajduje jej zwłoki na polu. Alkoholik Jerzy E. oświadcza milicji, że to on zabił żonę. Ze szczegółami opowiada o zbrodni. W dodatku mundurowi znajdują w domu młotek ze śladami krwi. Narzędzie jest jednak za małe, aby zadać nim tak ciężkie obrażenia i nie pasuje do ran, jakie zadano Anastazji E. Po zbadaniu Jerzego E. przez lekarzy zostaje on umieszczony w zakładzie psychiatrycznym.

Dopiero po kilku latach od pierwszej koszmarnej zbrodni, milicja powołała specjalną grupę o kryptonimie „Skorpion”, która miała znaleźć mordercę. Dlaczego taka nazwa? Śledczy szybko rozpracowali metodę działania sprawcy. Atakował znienacka, skutecznie, a potem oddalał się niezauważony przez nikogo.

Podobnie jak skorpion… Dokonywał napadów na tle seksualnym, ale nie gwałcił swoich ofiar. Najwyższą przyjemność sprawiało mu patrzenie na nie i dotykanie intymnych części ciała. Dla śledczych był bardzo trudnym przeciwnikiem, ponieważ na miejscu zbrodni zostawiał niewiele śladów.

Zabójca w późniejszym procesie sądowym twierdził, że nie miał pojęcia o ilości zamordowanych ofiar. Wszystkie zostawiał ponoć w stanie, gdy jeszcze oddychały. Z miejsca zbrodni zabierał kobiece torebki, w których najczęściej znajdował pieniądze, pożywienie, biżuterię czy zegarki. Zdobytymi łupami w postaci świecidełek czasami obdarowywał swoją niczego nieświadomą żonę.

W późniejszych zeznaniach twierdził: „Moim celem nigdy nie było mordowanie kobiet. Chciałem je tylko unieruchomić. Gdyby się nie ruszały, nie musiałbym ich zabijać”.

Kolejne morderstwa wyzwalają w Tuchlinie poczucie bezkarności, wszechmocy i zuchwałości. Do momentu aresztowania morderca poczyna sobie wyjątkowo nonszalancko. Zaczyna atakować w dzień, czasami w odstępie kilku dni. Nie zwraca uwagi na zachowanie bezpieczeństwa, które wcześniej było jego priorytetem.

Milicja zatrzymała go 31 maja 1983 roku nie dzięki śladom pozostawionym na miejscu zbrodni, lecz dzięki temu, że Tuchlin… zrabował kilka świń. Podczas przeszukiwania gospodarstwa Tuchlina znaleziono młotek, który schowany był w bagażniku samochodu. Znajdowały się na nim ślady krwi jednej lub kilku ofiar.

Tuchlin po trzech godzinach przesłuchania pęka i przyznaje się do popełnionych zbrodni. Jest totalnie zaskoczony. Początkowo myśli, że jest przesłuchiwany w sprawie kradzieży, których dokonał. Gdy śledczy zmieniają temat, odruchowo zasłania usta ręką.

Potem “Skorpion” ochoczo uczestniczy w wizjach lokalnych. Pokazuje, w jaki sposób uderzał kobiety. Do ręki dostaje podpiłowaną u nasady styropianową atrapę. Na wszelki wypadek, gdyby za bardzo wczuł się w rolę. Tym bardziej, że morderca doskonale pamięta okoliczności, przebieg, jak i wygląd miejsca, w którym dokonywał zbrodni. Nawet jeśli coś się w nim przez lata zmieniło. Jest rzeczowy, zimny, beznamiętny. Jak twierdzi, odtwarzanie zbrodni podnieca go na 50 procent. Marudzi czasami, że “go nie bierze”, gdy nie podoba mu się pozorantka odgrywająca rolę ofiary.

Wizje lokalne osłania oddział ZOMO. W innym przypadku morderca mógłby zostać zlinczowany. Seryjny morderca na pół roku trafia na obserwację psychiatryczną do Szczecina. Zachowuje się spokojnie i uprzejmie. Odkrywa w sobie uzdolnienia plastyczne. Z chleba i śliny wykonuje trzy makiety waginy, ozdobione naturalnymi włosami. Jedną z prac ofiarowuje pani doktor psychiatrii, w której zakochuje się w takcie badań. Pisze do niej listy, że dopiero przy nim pozna znaczenie słowa “prawdziwy mężczyzna”. Lekarka rozchorowuje się z nerwów.

Specjaliści uznają, że Tuchlin w czasie popełniania zbrodni miał zdolność kierowania swoim postępowaniem i rozpoznawania skutków swoich czynów. Podczas procesu odwołuje zeznania ze śledztwa. Twierdził, że przyznał się, ponieważ milicjanci nastraszyli go, że jeśli tego nie zrobi, nie zobaczy już nigdy rodziny. I jeszcze, że jak się przyzna, to załatwią mu opinie o niepoczytalności. Złożył nawet wniosek o zgodę na zmianę płci.

Pogrążyły go jednak opinie 26 biegłych z różnych dziedzin. W tym najważniejsze – te, które dotyczyły sposobu działania mordercy. Podczas napaści “Skorpion” obnażał się, uderzał ofiary wielokrotnie młotkiem w głowę, zaciągał w ustronne miejsce, gdzie je obnażał, dotykał w miejscach intymnych, jednocześnie dokonując aktu samozadowolenia. Potem okradał napadnięte kobiety z cennych przedmiotów.

Zmęczony i zgłodniały często posilał się na miejscu zbrodni tym, co znalazł w torebkach i siatkach ofiar. Atakował po zmroku lub przed świtem. Gdy zaczynało wiać lub padało. W czasie przesłuchania stwierdził: “Byłem dziwnie niespokojny. Nie mogłem się skupić na tym, co robiłem. Coś mnie ciągnęło, chodziło mi w środku, po piętach. Gdy się we mnie nazbierało, wyruszałem na wędrówkę po mieście”.

Podczas procesu zeznawali współwięźniowie siedzący z Tuchlinem w jednej celi. Podczas rozmów “Skorpion” zapytany o to, co chciałby robić na wolności, odpowiedział: “Poszedłbym stuknąć jakąś fląderkę”.

5 sierpnia 1985 roku Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał mężczyznę za 9 zabójstw, a także 11 prób usiłowania popełnienia morderstwa. Wyrokiem Tuchlina była kara śmierci poprzez powieszenie. Sąd Najwyższy utrzymał wyrok, uważając, że człowiek pokroju Tuchlina zasługuje na trwałą eliminację ze społeczeństwa. Z kolei Rada Państwa nie ułaskawiła okrutnego zabójcy.

Paweł Tuchlin stracony został z dniem 25 maja 1987 roku w areszcie śledczym w Gdańsku. Była to przedostatnia osoba w naszym kraju, na której wykonano karę śmierci.

Zanim jednak do tego doszło wprowadzono go do specjalnie przygotowanej celi. Prokurator odczytuje wyrok i pyta “Skorpiona” o ostatnie życzenie. Ten rzuca się na kolana i zaczyna prosić o darowanie życia. Tak samo jest, gdy funkcjonariusze zaciągają go przed oblicze kata.

Cela śmierci to niewielkie pomieszczenie. Dwa na trzy metry. Ściany pomalowane farbą olejną na zielono. W podłodze otwór o głębokości pół metra i metalowa klapa. Wewnątrz na podłodze stoi blaszane naczynie. Funkcjonariusze wprowadzają miotającego się “Skorpiona” na klapę. Skazaniec w końcu kapituluje. Kat zarzuca mu na szyję pętlę, naciąga sznur i zwalnia mechanizm zapadni. Trwa to kilka sekund.

Po 20 minutach lekarz stwierdza zgon. Wszyscy uczestnicy egzekucji podpisują protokół wykonania kary śmierci. Kat zgodnie ze zwyczajem wrzuca do trumny swoje białe rękawice. Potem, również w zgodzie z własnym zwyczajem, idzie do restauracji na kilka kieliszków wódki, aby “odprężyć się i wrócić do psychicznej równowagi”. Następnego dnia prywatnym polonezem wraca do Warszawy.

Czy wszystko w tej sprawie jest jasne? To pytanie zadał dziennikarz portalu onet.pl w rozmowie z mecenasem Adrianem Wrocławskim, który napisał książkę o zabójcy, okrzykniętym Skorpionem. Oto odpowiedź:

Myślę, że sprawa została wyczerpana. Jedyną rzeczą, którą my nie wiemy, to ile ofiar było w rzeczywistości. Tuchlin zabrał wiele tajemnic do grobu. Nigdy nie udało mu się udowodnić zabójstwa z 1977 r. Miało ono miejsce w położonym niedaleko jego domu rodzinnego w Semlinie, gdy w tym czasie oficjalnie przebywał w Areszcie Śledczym w Gdańsku. Prawdopodobnie stał też za zaginięciem dziewczyny w Gdańsku, w 1976 r. Jej torebkę ze śladami krwi znaleziono zaledwie ulicę dalej, gdzie dwa miesiące wcześniej porzucił torebkę innej ofiary. Rozważano też jeszcze jedno zaginięcie, za którym mógł stać Tuchlin.

W opinii dotyczącej modus operandi Tuchlina wskazano, że w jego sprawie brakuje tak zwanego pierwszego czynu, który mógłby zapoczątkować cały ciąg tych ataków. Ciężko twierdzić, że sprawca ot tak nagle bierze młotek i zadaje kobiecie ciosy w głowę. Nie jest wykluczone, że mogło być jeszcze jakieś wcześniejsze przestępstwo, które Tuchlina wprowadziło w świat przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu. Niektórzy ze śledczych uważali, że tym pierwszym czynem mogło być zaginięcie siedmioletniej dziewczynki na Oruni. Jest bardzo dużo niewykrytej działalności Tuchlina, ale trzeba to sobie uczciwie powiedzieć: nigdy o niej już się nie dowiemy.

Paweł Tuchlin: to też warto wiedzieć…

– Praktycznie od najmłodszych lat kradł wszystko, co dało się ukraść. Nawet jedna z jego sióstr zeznawała, że Paweł jeszcze będąc dzieckiem wynosił ojca narzędzia i sprzedawał je za znaczki. Przez całe swoje życie popełniał przestępstwa. Dokonał zaboru aż 19 samochodów. Dokonywał też kradzieży z włamaniem, m.in. do magazynu, regularnie okradał swoje zakłady pracy. Nie pogardził nawet bańkami na mleko, które stały przy drodze. Pomawiał ludzi. Tak było z jednym jego znajomym z pracy, elektrykiem, który nie chciał razem z nim dokonać skoku na magazyn. Tuchlin pomówił go, twierdząc że całe zdarzenie było tylko jego pomysłem, że ten elektryk groził mu, że go zabije, jak się wygada milicji.

– Do momentu jego finalnego zatrzymania w wieku 37 lat, spędził w zakładach karnych ponad siedem i pół roku. Kiedy wyszedł po swojej ostatniej odsiadce w 1979 r., to aby wypełnić dziurę trzyletnią w życiorysie, zlecił podrobienia świadectwa pracy. Gdy przeniósł się na Kociewie, wszędzie dookoła zaczęły ginąć różne rzeczy. Przypisywano mu nawet włamanie do mieszalni pasz czy kiosku. Tych czynów wiążących się z nim było mnóstwo. On był nastawiony do życia na zasadzie, że jak czegoś nie ma, to on sobie weźmie. Potrzebował drewno, to je ukradł. Szukał świń, to je ukradł. Potrzebował paszy czy parnika, to ukradł. Paliwo? Tak samo. Rozglądał się też za krową, bo nie chciał kupować jej na preferencyjnych warunkach ze Spółdzielni Mleczarskiej, bo by musiał odstawiać mleko. A tego nie mógłby przeboleć, bo ja sam mówił – mleko też by chciał zatrzymać.

“Skorpion” został wymyślony przez kapitana Ryszarda Małaszka, kierownika Sekcji Zabójstw i Rozbojów Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Milicji w Gdańsku. To był doświadczony funkcjonariusz. Brał udział w wielu głośnych sprawach m.in. morderstwa Jana Gerharda czy zabójcy Krzysztofa Plewy zwanego “Pętlarzem z Sosnowca”. Był też koordynatorem w grupie “Anna” ścigającej Wampira z Zagłębia. Małaszek wymyślił “Skorpiona”, bo stwierdził, że ta nazwa pasuje do sposobu, w jakim napastnik atakuje swoje ofiary. Uderzenia znienacka. Jak skorpion.

Źródło: dziennikbaltycki.pl, histtoria.trojmiasto.pl, magazyndetektyw.pl, kronikidziejow.pl, onet.pl,

Fot. wikipedia.org