Pechowe wakacje. Tomasz natychmiast zadecydował, że dzieci razem z żoną mają wrócić do domku albo iść na plażę, a on się wszystkim zajmie. Dzieci protestowały, ale był bardzo stanowczy. Wiedział, że sceny, które za jakiś czas będą się tu rozgrywały zostałyby im w pamięci do końca życia. Wszedł do wody i stwierdził, że dzieci w trzcinach znalazły trupa.
Po spędzeniu kilku kolejnych wakacji na zagranicznych wyjazdach Tomasz K. postanowił, że tym razem zostaną w Polsce i wybiorą się w jakieś spokojne miejsce. Żona z 12-letnią córką i 10-letnim synem zgodzili się z jego pomysłem. Dość już mieli kolejek na stołówkach, tłoku w basenach, czy zajmowania leżaków na plaży. Mocno we znaki dał im się zwłaszcza ostatni pobyt w Tunezji, gdzie trafili do ośrodka, w którym wszystko się psuło, a obsługa udawała, że zna tylko tunezyjski. Nie wspominając już o tym, że dużo czasu spędzili na lotniskach.
Pechowe wakacje
Plan był prosty. Jedziemy gdzieś nad wodę, wynajmujemy domek, śniadania i kolacje robimy sami, a obiady opłacamy w ośrodku lub pobliskim barze. Eliminuje to konieczność porannego zrywania się na śniadanie oraz głodu po zbyt wcześnie zaserwowanej kolacji.
Tata wędkuje (nie robił tego od lat) pływa i doucza dzieci pływania, mama – Wioletta opala się i czyta romanse. Dzieci, Magda i Piotrek, tym razem zgodnie, dodały do tego swój warunek, „mocny internet musi być” i wszystko było uzgodnione.
Wybrali dość znane, położone na wschodzie Polski jezioro B. w pobliżu miejscowości O. Bliska odległość i ceny zadowalające. Zarezerwowali pobyt na 10 dni. Gdy nadszedł termin wyjazdu, spakowali się i po dwugodzinnej podróży byli na miejscu. Domek okazał się komfortowy i przestronny. Ucieszyła ich bliskość plaży i kąpieliska z molo. Kiedy zobaczyli, że zgodnie z zapewnieniami także bar z jedzeniem jest całkiem niedaleko, dosłownie 300 m plażą, byli naprawdę zadowoleni. Co prawda, w barze był też alkohol, ale przecież będą tam chodzili tylko na obiady i wieczorem niech tam sobie siedzą ci, którzy przyjdą pić piwo czy inne trunki.
Pechowe wakacje
W dniu przyjazdu udało im się jeszcze popływać i znaleźć sklep, choć część zaopatrzenia przezornie przywieźli ze sobą. Wieczorem trochę zaniepokoił ich spory ruch ludzi w okolicach mola. Uznali, że to spacerowicze. Jednak, kiedy około godziny 23 wyszli przed domek, stwierdzili, że ruch wcale nie zmalał, a nawet jakby się nasilił. Okazało się, że spacerowicze nie przechadzają się bez celu, ale zmierzają w konkretne miejsce. Był nim właśnie bar, który chyba jednocześnie spełniał funkcję sklepu monopolowego, bo wracający z tego miejsca nieśli pełne siatki.
Niestety po północy, mimo że ruch trochę się zmniejszył, do domku, w którym próbował spać Tomasz K. wraz z rodziną, zaczęły dochodzić wrzaski. Początkowo nie reagowali, ale kiedy tuż przy domu usłyszeli głośne: „Maryśka, kur…, gdzie jesteś? Wojtek łap ją!” Tomasz K. nie wytrzymał i wyszedł na zewnątrz. Na jego uwagę: „Panowie, tu są dzieci. Jest noc” grupa podpitych mężczyzn zareagowała grzecznymi przeprosinami i przeniosła się bliżej mola. Przez pewien czas było trochę ciszej, ale po jakiejś godzinie nadeszła kolejna grupa. I teraz zaczęły się sypać takie wiązanki, że nawet ciężko je zacytować. Pojedyncze zdanie składałoby się z kropek i… niczego więcej. I znów Tomasz K. uznał, że musi interweniować, chociaż żona zatrzymywała go mówiąc: „Jakoś przetrzymamy. Niedługo sobie pójdą”.
***
Niestety, właśnie wtedy do domku dotarły odgłosy szarpaniny, krzyków, zamieszania. Gdy Tomasz wyszedł na zewnątrz, zobaczył dwóch mężczyzn otoczonych przez kilku innych, którzy… i tu trudno było mu zrozumieć, co się dzieje. Jedni bowiem atakowali tę dwójkę, koledzy ich odciągali, ci odpychali kolegów, potem role się zmieniały. W ogólnym chaosie, w pewnym momencie, rozległ się huk wystrzału pistoletowego i Tomasz K. zobaczył, że jeden z dwóch atakowanych mężczyzn trzyma w ręce broń i oddaje kolejne strzały. Co prawda lufę miał skierowaną w ziemię, w miejsce przed nogami cofających się napastników, ale nie sposób było przewidzieć, co będzie dalej.
Tomasz K. salwował się ucieczką do domku i umieściwszy żonę w pokoju dzieci, czyli w miejscu najdalszym od drzwi wejściowych, chwycił za telefon i wybrał numer 112. Krótko opisał zdarzenie, podał miejsce i swoje dane, i czekał na przybycie policjantów. Tymczasem strzały ustały, awantura trwała jednak w najlepsze, co dyskretnie obserwował przez okno. Miał więc nadzieję, że policjanci będą mieli szansę na zatrzymanie całego towarzystwa. Niestety, nie doczekał się na przybycie radiowozu i około godziny 4 poszedł spać. Przy okazji zaobserwował, że wraz z brzaskiem dnia, ustał ruch na trasie bar – reszta świata.
Pechowe wakacje
W kolejnych dniach zaobserwowane zjawisko powtarzało się. Gdy było ciemno, trwały wędrówki, wrzaski, a kiedy robiło się widno, zamęt ustawał. Żona skomentowała to nawet poetycko, mówiąc, że z ciemności wyłania się zło, a światło zagania je z powrotem.
Niestety, tej pierwszej nocy nie dane im było odespać. O godzinie 8.30 przed ich domkiem pojawił się radiowóz i policjanci stwierdzili, że muszą przesłuchać ich w sprawie zgłoszenia nocnej strzelaniny. Tomasz K. poirytowany tym, że nie pojawili się tuż po wezwaniu, stwierdził, że teraz odsypiają nockę i nie będzie mógł zeznawać. Po krótkiej wymianie zdań uzgodnił z policjantami, że przyjadą z żoną do komisariatu o godzinie 12. W tej chwili tylko krótko opisał im uczestników zdarzenia.
Niestety, rodzina K., która liczyła, że po szybkich zeznaniach pojadą gdzieś na obiad, srogo się zawiodła. Nie mieli z kim zostawić dzieci, więc składali zeznania na zmianę i skończyli dopiero przed godziną 17. Nie chcieli, żeby dzieci były obecne w pokoju w trakcie tej czynności i np. słuchały dosłownego przytaczania słów, jakich używali uczestnicy zdarzenia.
***
Zjedli spóźniony obiad i wrócili do swojego domku. Trochę nawet pobyli nad wodą, zaliczając pierwszą złowioną rybę (małego okonia) i pierwszy rozdział przeczytanego romansu. Wieczór i noc już ich nie zdziwiły, i nawet zasnęli budząc się tylko przy głośniejszych wrzaskach. Tej nocy nikt nie strzelał, ale rankiem zadzwonił do nich jeden z policjantów i poinformował ich, że właśnie ściągnęli specjalistę od sporządzania portretów pamięciowych, więc zapraszają do komisariatu. Państwo K. upierali się, że są na wczasach, więc niech rysownik przyjedzie do nich, ale usłyszeli, że teraz portret pamięciowy sporządza się w komputerze, a nie na kartce. A komputer jest w komendzie. Nie dyskutowali, że są przecież laptopy.
Policjant nalegał, deklarując nawet, że przyjedzie po nich radiowozem. Podziękowali i pojechali swoim samochodem. Tym razem woleli szybko mieć to z głowy, więc udali się do komendy od razu. Czynności jednak trochę potrwały i obiad zjedli dopiero po godzinie 15. Dzieci nie wynudziły się zbytnio, bo z ciekawością obserwowały nakładanie kolejnych elementów twarzy, a policjantka, która to wykonywała okazała się bardzo sympatyczna i umiejętna w kontaktach z dziećmi. Z wypoczynku zostało im więc tylko popołudnie. A następnego dnia w południe, kiedy w końcu rozkoszowali się słońcem, policjanci zadzwonili do nich z informacją, że zatrzymali sprawcę strzelania i kilka innych osób, i zapraszają do komisariatu w celu przeprowadzenia rozpoznania. I znów całe popołudnie państwo K. spędzili w komendzie, mając chociaż tę satysfakcję, że sprawcy zostali ujęci i nawet pistolet (co prawda przerobiona gazówka), został odnaleziony.
Chcesz poznać ciąg dalszy tej historii? Sięgnij po Detektywa Wydanie Specjalne 2/2025 (tekst Dariusza Gizaka pt. Atrakcje nad jeziorem). Cały numer do kupienia TUTAJ.