Pedofil krzywdził dzieci. Niczego nie żałować

W domu rodziców 10-letniej Zosi B. ze Stalowej Woli stoją 2 komputery. W stacjonarnym dziewczynka ma zainstalowany komunikator Gadu-Gadu. Program, który pozwala na zarządzanie kontaktami. Może go używać również w swojej komórce.

Trwają wakacje 2016 roku. Zosia nie wyjechała z miasta, dużo czasu spędza przy telefonie. Kiedy któregoś dnia rozmawia z kolegą, jej ojciec ma akurat włączony komputer i widzi migające kontrolne światełko. Jest ciekawy, o czym tak długo rozmawia 10-latka, więc otwiera okienko na Gadu-Gadu. Po chwili nie tylko kompletnie zaskoczony, ale wręcz przerażony, przywołuje do pokoju żonę. Czytają rozmowę ich dziecka z kimś, kto podobno jest jej kolegą.

On: – Dostaniesz kieszonkowe 100 zł na swoje wydatki. Oczywiście nikt nie mógłby o tym wiedzieć.

Ona: – Fajnie by było. Starzy mi wydzielają.

– No, musiałabyś na to zasłużyć.

– Aha. Ale ktoś ty?

– Możemy się poznać. Jestem Oskar, a ty Zosia.

– A skąd mnie znasz?

– Widziałem cię kiedyś w parku. Masz piękne ciałko. Ile masz właściwie lat?

– 10.

– A ty?

– 16. U mnie nie ma starych, mogłabyś teraz przyjść.

– No dobra, ale gdzie?

– Napiszę ci adres, tylko zaraz go skasuj. Całowałaś się już kiedyś?

– Nie, coś ty.

– Jak przyjdziesz, to możemy spróbować.

– No nie wiem.

– Chcesz te 100 zł, czy nie…

– Ale co będziemy robili?

– Chciałbym tylko, abyś podciągnęła bluzkę.

Pan B. z zamiarem poznania, kto usiłował molestować jego córkę, wszczyna własne, amatorskie śledztwo. Z pewnych tropów wynika, że nagabującym nieletnią jest 30-letni prawnik, kręcący się w środowisku młodzieżowych zespołów sportowych (córka próbowała sił w kilku dyscyplinach). Ojciec Zosi B. o treści rozmowy na Gadu-Gadu zawiadamia policję. Okazuje się, że do prokuratury już wcześniej docierały informacje o grasowaniu w mieście pedofila. Zostało wszczęte dochodzenie.

Po rewizji w mieszkaniu rzekomego Oskara, w rzeczywistości Mariusza C., w czasie której zabrano do analizy twardy dysk jego komputera, przesłuchiwany prawnik przyznał się, że od dłuższego czasu utrzymuje elektroniczny kontakt z dziewczynkami w wieku 10-15 lat.

Rozmowy wyglądały podobnie, jak w przypadku Zosi. Na spotkania umawiał się w parku, na basenie. Potem nakłaniał do odwiedzenia go w mieszkaniu. Molestowanie seksualne zaczynało się od propozycji pocałunku (za 50 zł). Następnie, jak się wyrażał, „miało dojść do konkretów”.

Mariusz C. nie żałował czasu na oswajanie swoich ofiar z czynnościami aktu seksualnego. Udzielał porad, jak się przygotować „tam, na dole”, aby nie bolało. Zalecał przyjście z koleżanką, bo będzie im raźniej.

Śledczy dotarli do elektronicznego zapisu trwającej ponad 2 lata korespondencji z niejaką Elwirą. Kiedy się poznali przez internet, ona miała 11 lat, mieszkała w innym regionie Polski. Co roku, w czasie wakacji, przyjeżdżała do babci mieszkającej właśnie w Stalowej Woli. Mariusz C. przedstawił się jej, jako 19-latek, który „już dużo widział”. Kiedy zorientował się, że dziewczynka jest ciekawa jego erotycznych wynurzeń, z detalami, w wulgarny sposób opisywał współżycie kobiety z mężczyzną. Oswajał ją z tym, co miało nastąpić. Po roku takiej korespondencyjnej znajomości Elwira już następnego dnia po przyjeździe do babci okłamała ją, że umówiła się z koleżanką i zapukała do drzwi mieszkania Mariusza C. Wiedziała, co się wydarzy. Mężczyzna uprzedzał, że z początku może być nieprzyjemnie. Nie uciekła nawet wówczas, gdy „już po wszystkim” powiedział jej, że teraz jest jego kobietą i będzie pier… ją do woli. Na odchodne dostała tabletkę zapobiegającą ciąży.

Dlaczego godziła się na wszystko? Psychologowi przesłuchującemu ją w czasie śledztwa wyznała, że Mariusz C. był jedynym dorosłym, który gdy rozmawiali przez internet, zawsze miał czas, aby ją wysłuchać. Nie doświadczała tego od rozwiedzionych rodziców ani od babci, która dbała głównie o to, aby wnuczka miała na czas obiad. Elwira pogodziła się z tym, że za wysłuchiwanie jej zwierzeń przez dorosłego przyjaciela trzeba spełniać jego życzenia. Pierwszy raz zobaczyła nagiego mężczyznę i jak zeznała:

– To było wstrętne. Cały czas pytałam, czy już koniec, a on, że jeszcze chwilę.

Kiedy wróciła do domu babci, wysłał jej mailem zdjęcie swojego penisa z propozycją, aby pokazała je koleżance. Proponował, aby odwiedziła go z nią. Bardzo ją na to namawiał. Potem jeszcze dwa razy spotkali się w cztery oczy.

Czy zeznawała szczerze? Idąc z babcią na przesłuchanie do komendy policji tak bardzo głośno płakała, że aż się ludzie oglądali.

Nie rozumiały, że zostały wykorzystane

To była nietypowa reakcja, bo nieletnie ofiary pedofila w obecności psychologa w komendzie policji zazwyczaj starały się bagatelizować te rozmowy.

– Ja to średnio rozumiałam zadawane mi pytania – twierdziła 14-letnia Marlena.

Dziewczynki zaprzeczały, że były w mieszkaniu nagabującego je mężczyzny. Kłamały – zdradzały je niekontrolowane słowa, które się im wyrywały podczas rozmowy z biegłym psychologiem. Po okazaniu im tekstów obscenicznych rozmów na Gadu-Gadu śmiały się nerwowo albo rozpaczliwie płakały.

Zdaniem psychologów Elwira rozpaczała, bo było jej wstyd, że jej tajemnica wyszła na jaw. Gdyby sądzić po tekstach, które pisała do pedofila, jest zdemoralizowana, ale tak naprawdę to osamotnione, zagubione dziecko.

Z kolei Mariusz C. nie uważał się za gwałciciela nieletnich. Z uśmiechem tłumaczył w śledztwie, że taki ma już charakter – od dzieciństwa lubi sięgać po zakazane owoce. Ale opinie seksuologów były dla niego druzgocące. Badany nie widział nic złego w tym, co robił.

Co do Elwiry, to twierdził, że ona sama dążyła do spotkania z nim i po pierwszym współżyciu powiedziała, że chce spróbować jeszcze raz. Była psychicznie i fizycznie gotowa na kontakty seksualne. Do żadnego gwałtu nie doszło.

– Przecież było lato, gorące wakacje, w bloku wszystkie okna pootwierane – Mariusz C. przekonywał przesłuchujących go – gdyby dziewczynie coś się nie podobało, mogła krzyczeć. Nie tylko nie zrobiła tego, ale przyszła do mnie następnej nocy niezaproszona. Babci powiedziała, że ma pilną sprawę do koleżanki, która stoi pod blokiem…

To było skomplikowane śledztwo. Materiał dowodowy opierał się głównie na relacjach dzieci. A one nie rozumiały, że zostały wykorzystane i nie chcąc się stawiać w złym świetle, zaprzeczały faktom. Trudno było je przekonać, aby zeznały prawdę. Zamykały się w sobie zwłaszcza, że gdy dochodziło do konfrontacji ze sprawcą, on mówił swym ofiarom, że są winne, bo go prowokowały.
Chcesz poznać ciąg dalszy historii? Sięgnij po Detektywa 8/2025 (tekst Heleny Kowalik pt. Żniwa dla pedofila). Cały numer do kupienia TUTAJ.